Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Jak  Święta Lipka z Wujem na Turbacz wędrowała

Jak Święta Lipka z Wujem na Turbacz wędrowała

Oczekujemy na kanonizację papieża Jana Pawła II, wiedząc że jest to zakończenie jakiegoś etapu – także etapu naszego życia.W październiku roku 1978  na papieża został wybrany kardynał Karol Wojtyła, również czekaliśmy na zakończenie konklawe, ale wtedy było zupełnie inaczej. O decyzji dowiedzieliśmy się popołudniu z radia Wolna Europa, byliśmy więc pełni entuzjazmu i bardzo chcieliśmy zobaczyć w telewizji pierwsze błogosławieństwo. 

W październiku roku 1978  na papieża został wybrany kardynał Karol Wojtyła, również czekaliśmy na zakończenie konklawe, ale wtedy było zupełnie inaczej. O decyzji dowiedzieliśmy się popołudniu z radia Wolna Europa, byliśmy więc pełni entuzjazmu i bardzo chcieliśmy zobaczyć w telewizji pierwsze błogosławieństwo.

Ale gazety, radio i telewizja podawały wówczas jedynie wiadomości z jednej państwowej agencji, a komunistyczne władze wahały się co zrobić. Pamiętam jak z rodziną, sąsiadami i przyjaciółmi siedzieliśmy przed telewizorem i wpatrywali się w ekran. Godziny mijały, a polska telewizja (innych kanałów wówczas nie było) pokazywała skup buraków cukrowych i niekończący się sznur ciągniętych przez konie furmanek  wjeżdżających na ogromną wagę, a potem zjeżdżających z niej.

Wpatrywaliśmy się więc w te furmanki, które wjeżdżały na wagę i zjeżdżały, a tymczasem komuna zastanawiała się jak podać tę najważniejszą wiadomość, której jednak nie mogła  całkiem ukryć. W końcu, papież Karol Wojtyła ukazał się na krótką chwilę na balkonie, a niedługo potem na ścianie naszego Uniwersytetu pojawił się transparent z napisem: Nasz profesor Papieżem!

Organizatorzy dzisiejszego spotkania chcieli, żeby opowiedzieć coś o Janie Pawle II z czasów gdy nie był jeszcze papieżem, a na naszym uniwersytecie, także na tym dziedzińcu, bywał bardzo często. Przyjeżdżał nocnym pociągiem z Krakowa i już o 8 rano (oczywiście z kwadransem akademickim) rozpoczynał zajęcia.  Wykładał etykę w sali 33 (dziś oznaczonej numerem 208) i sala ta była zawsze przepełniona (pamiętam,  że nieraz siedziałam na parapecie). Prowadził też ćwiczenia i seminaria.

Był dla nas profesorem i mistrzem. Na uniwersytecie każdy ma profesora, ale nie każdy ma szczęście mieć mistrza. Czy umieliśmy to wtedy docenić? Może nie, bo traktowaliśmy ten niezwykły dar z właściwą młodości beztroską. A może jednak tak, bo przecież garnęliśmy się do naszego Mistrza z podziwem i miłością.

Kiedy mówię: „mistrz” myślę o uczestnictwie i myślę o wdzięczności. Kontakt mistrza z uczniem nie polega tylko na tym, że mistrz o czymś informuje go, albo że go o czymś poucza. Kontakt mistrza z uczniem to nie jest tylko to, że jeden mówi, a drugi słucha, ale jest to raczej wspólne robienie czegoś. Polega na tym, że mistrz zaprasza do wspólnego działania, na przykład na seminarium naukowym, albo na wycieczce, albo w modlitwie. To jest uczenie przez uczestnictwo, o którym Karol Wojtyła w książce Osoba i czyn pisze, że przez współbycie i współdziałanie następuje współ- kształtowanie się osób.

Taki charakter kontaktów można nazwać przyjaźnią, taki kontakt nie poniża ucznia, ale go podnosi. Czuliśmy się kochani, każdy osobiście, mogliśmy więc przyjmować swobodnie ile kto chciał i ile potrafił. Mówił do nas: moi młodzi przyjaciele i zachował wierność tej przyjaźni na zawsze.

Bo zanim nasz Profesor został Papieżem, był po prostu naszym Profesorem,  więc opowiem Państwu coś, co (na wzór Kwiatków Świętego Franciszka) można by zatytułować:  Jak  Święta Lipka z Wujem  na Turbacz wędrowała.

Wuj to oczywiście ksiądz Karol Wojtyła, bo tak zwracaliśmy się do Niego, a  Święta Lipka to grupa przyjaciół z różnych stron Polski, którzy spotykają się już  55  lat. Zaczęło się od wakacyjnego obozu w Świętej Lipce na Warmii, zorganizowanego przez studentów z Koła Filozoficznego KUL, na który zaprosiliśmy Księdza Profesora. Potem zjechaliśmy się  w Krakowie z okazji Jego konsekracji na biskupa i tak zostało do dziś, że spotykamy się zawsze – choć w różny sposób – w łączności z  Wujem.

Ponieważ przyjaźń – jak wino – im starsze tym wyborniejsze, więc i nasza przyjaźń nabrała przez lata szczególnej wartości. Kiedyśmy jednak wędrowali na Turbacz, byliśmy jeszcze bardzo młodzi, a Wuj też był młody, choć jako biskup i profesor miał mnóstwo obowiązków. Mimo to – jak mógłby ktoś powiedzieć – poświęcał nam dużo czasu.

Nie jest to jednak dobre określenie. To nie było tak, że Wuj „poświęcał nam czas”, ale że włączał nas do swojego czasu. Tak właśnie postępuje dobry wychowawca, mistrz: idzie ku najważniejszym wartościom i zachęca wychowanka by szedł z nim razem. Robi to co uznaje za dobre i piękne i zaprasza ucznia by robił to razem z nim, zaprasza do uczestnictwa.

Ksiądz Profesor lubił ruch i wysiłek fizyczny i zawsze wolał przebywać na świeżym powietrzu niż w murach zamkniętych pomieszczeń, wiec kiedyśmy na ćwiczeniach marudzili: Księże profesorze pójdziemy do parku – odpowiadał: a dobrze, dobrze. Szliśmy więc do Ogrodu Saskiego, siadali na trawie, a że nasz Profesor lubi dzieła myśli ludzkiej najwyższej próby, wspólnie czytaliśmy i komentowali Etykę Nikomachejską Arystotelesa.      Zgłębialiśmy każde zdanie i każde słowo, a  prawdę mówiąc nie najlepiej nam to szło i przez cały rok nie przebrnęliśmy nawet przez jedną księgę. Ksiądz Profesor wcale się tym jednak nie zrażał, bo uważał, że studenci przede wszystkim powinni  nauczyć  się myśleć.

Zadaniem uniwersytetu jest także uczyć powiedział w Częstochowie na spotkaniu z KULem, podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny – ale w gruncie rzeczy jest on po to, żeby człowiek, który do niego przychodzi, który ma swój własny rozum już nieco rozwinięty i pewien zasób doświadczenia życiowego, nauczył się myśleć sam. Uniwersytet jest po to, żeby wyzwolił ten potencjał umysłowy i potencjał duchowy człowieka.

Zupełnie nie przejmował się tak modnymi dziś sprawami  jak zbieranie punktów do sprawozdań i CV, tworzeniem swojego image i szybkim uczeniem praktycznych umiejętności. Realizował przysięgę doktorska każącą studiować nie dla nieszlachetnej korzyści ani próżnej chwały, ale żeby szerzej jaśniało światło prawdy, które jest pożytkiem rodzaju ludzkiego. Wiec komentowaliśmy Arystotelesa bez bezpośrednich korzyści, lecz dla światła prawdy i uczyliśmy się zdumiewać nad człowiekiem i światem.

A wracając do naszego wędrowania na Turbacz – Wuj kochał góry, a że i nas kocha, więc wybraliśmy się razem w Gorce. Pojechaliśmy do Krakowa, gdzie najpierw była Msza święta w kaplicy przy ulicy Kanoniczej, a potem pobiegliśmy pędem na dworzec, żeby zdążyć na zakopiański autobus.  Mieliśmy wysiąść z niego w Rdzawe by spotkać się tam z Księdzem Biskupem, którego podwoził kierowca.

Wbiliśmy się z trudem do autobusu, a ponieważ działo się to za „głębokiej komuny” jechaliśmy w sposób, który dziś Państwu nawet  trudno sobie wyobrazić: staliśmy sprasowani jak sardynki nie widząc wcale co się dzieje za oknem. W taki to sposób  przejechaliśmy właściwy przystanek i musieli wracać do Rdzawki parę kilometrów. Kiedyśmy tam przybiegli, Wuja już nie było – zgodnie z umową poszedł na Turbacz.

Goniliśmy Go wiec parę kilometrów pod górę, a dogoniwszy, dalej szli już razem. Po drodze wspinaliśmy się na wieże triangulacyjne by patrzeć na góry, podziwialiśmy kolor lasów (to było w październiku),  odpoczywali pod drzewami.

Wędrując rozmawialiśmy o sprawach naprawdę ważnych by szerzej jaśniało świetlno prawdy, która jest pożytkiem rodzaju ludzkiego i by zastanawiać się nad celem działania. Jeżeli bowiem – jak pisze Arystoteles w Etyce Nikomachejskiej działanie ma jakiś cel, którego pragniemy dla niego samego i ze względu na który pragniemy też wszystkich innych rzeczy (..) czyż poznanie tego celu nie jest rzeczą wielkiej wagi także dla życia i czyż [dzięki niemu] nie jest nam łatwiej utrafić w to co należy, tak jak łucznikom, którzy mają cel przed oczyma?

Szliśmy więc patrząc i rozmawiając, a że Wuj który kocha góry i nas kocha, przede wszystkim kocha Pana Boga i dużo się modli, więc i my modliliśmy się trochę razem z Nim.

Dalej już nie będę opowiadać o tej wycieczce. Chciałam tylko ocalić od zapomnienia ten jeden moment: jak biegniemy za naszym Mistrzem pod górę.

On nie czeka na nas, nie niańczy jak dzieci, ale też nie robi wymówek, nie wygłasza długich pouczeń  ani nie zabawia dowcipami, ale idąc pokazuje właściwy kierunek.

Idąc, pokazuje cel drogi: piękno miłości, wartość powołania, szacunek dla każdego człowieka, miłosierdzie, wierność w przyjaźni, wytrwałość w pracy i cierpieniu, nie wstydzenie się swojej starości. Czyż poznanie tego celu nie jest rzeczą wielkiej wagi także dla życia i czyż [dzięki niemu] nie jest nam łatwiej utrafić w to co należy, tak jak łucznikom, którzy mają cel przed oczyma?

Próbujemy iść w tę samą stronę. Czasem biegniemy zadyszani, czasem wysiadamy na niewłaściwym przystanku, ale dalej wędrujemy, może już nie na Turbacz,  ale (mówiąc językiem Tryptyku Rzymskiego) zawsze zdumieni światem. Idziemy od zdziwienia do zdziwienia, pod górę, pod prąd, przedzieramy się,  szukamy źródła. Gdzie jesteś źródło?

Często dziennikarze, wiedząc że z Janem Pawłem znaliśmy się osobiście, pytają mojego męża i mnie: jaki był w kontaktach prywatnych. Widzieli jaki był wśród tłumów, ale chcieli wiedzieć jak zachowywał się na co dzień?  Odpowiedź jest bardzo łatwa: tak samo.

Nie miał dwóch twarzy: na co dzień i od święta, służbowo i prywatnie, na mównicy i przy ognisku, równie uprzejmy dla „wielkich” i „małych”, pogodny w zdrowiu i cierpieniu, wierny w przyjaźni. Była w nim zgodność prawdy i  życia.

Więc garnęliśmy się do niego już jako studenci, a on hojnie nas obdarzał swoimi myślami, swoim czasem i życzliwością. Chętnie rozmawiał z nami i grał w siatkówkę, śpiewał, chodził po górach. Modlił się i pozwalał nam wiedzieć, że On się modli. Na naszym uniwersytecie prosto z korytarza pierwszego piętra było wówczas przejście na chór kościoła akademickiego. Ksiądz Profesor często tam chodził. Przychodził na zajęcia prosto z tego chóru, nieraz spóźniony – chyba trudno mu się było rozstać z Tym, z Którym rozmawiał. Mam w oczach scenę z tej wyprawy na Turbacz: rozmawiamy, jemy, śmiejemy się, a nasz profesor siedzi parę kroków od nas i odmawia brewiarz. Wyglądało na to, że nic nie przeszkadza mu w skupieniu. Później, gdy już był papieżem, wszyscy widzieliśmy w telewizji, jak wśród milionów ludzi i błysku fleszów rozmawia z Bogiem, jakby był sam.

Choć z czasem jego pierwsi uczniowie postarzeli się,  to naszego profesora, już jako papieża,  nadal otaczały tłumy młodzieży. To o nim nadal mówią nasz papież. To przy nim, gdy umierał, tysiące młodych czuwały w Watykanie, Lublinie, Wadowicach i na całym świecie, a potem podczas pogrzebu wołały: Santo subito!

Santo subito! – nie dlatego, że był wielkim papieżem, że napisał świetne teksty filozoficzne i wygłosił tysiące mądrych przemówień. Santo subito! – dlatego, że był autorytetem  osobowym dla milionów. Bo chociaż dość powszechnie odrzuca się dziś autorytet władzy, jednak, jak powiedział Jan Paweł II do środowiska akademickiego na KULu podczas pielgrzymki do Ojczyzny: żywe jest pragnienie świadectwa – jakby dowodu na to, że jest możliwa, owszem, że istnieje jedność prawdy i życia.

Nasz profesor, potem nasz papież, jest dla nas świadectwem i dowodem na to, że jedność prawdy i życia możliwa.

 

profesor Maria Braun-Gałkowska

Turbacz

fot. Autorka tekstu, z prawej ks. prof. Karol Wojtyła odmawia brewiarz

 

 

Partnerzy



Przewiń do góry