Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Kampania Edwarda III przeciwko Szkotom w 1327 roku wedle kroniki Jeana le Bela

Kampania Edwarda III przeciwko Szkotom w 1327 roku wedle kroniki Jeana le Bela

Marsz przez skaliste pustkowie

Armia wraz z królem przebywała w Yorku przez sześć tygodni. Mimo zagrożenia ze strony łuczników le Bel dobrze wspomina ten okres, przede wszystkim ze względu na dobrą aprowizację – król dbał, by w mieście i całej okolicy ceny zbytnio nie rosły. Każdy rycerz i żołnierz dostawał żołd wystarczający, by nabyć żywność. Specjalnie dla możnych sprowadzono wino aż z Gaskonii!

Wreszcie 10 lipca armia wyruszyła w drogę. Przedtem każdy z rycerzy musiał wyekwipować się na własną rękę, kupując żywność, namioty, wozy do transportu żywności, a nawet garnki. Kolejnym przystankiem miało być miasto Durham w hrabstwie Northumberland. Całą krainę, do której wkroczyła armia i na której miała się rozegrać kampania, kronikarz określa jako skalistą i ubogą, za to pełną rogacizny. Opisuje również dwa okoliczne zamki: Carlisle oraz Newcastle-upon-Tyne, doszukując się ich początków w czasach króla Artura[17]. Jednym z najciekawszych fragmentów kronikarskiego opisu jest opinia Jeana le Bela na temat samych Szkotów. Określa on przyszłych przeciwników jako nieustraszonych i walecznych wojowników. Całość ich armii przemieszczała się konno, za wyjątkiem pachołków. Ich sposób aprowizacji był zadziwiający – nie zabierali ze sobą wozów z prowiantem ani innej żywności oprócz na wpół surowych kawałków mięsa przytroczonych do siodła, przygotowywanych z grabionych po drodze stad bydła. Spożywali je wraz z cienkimi płatami ciasta pieczonymi na płaskich kamieniach – każdy rycerz nosił taki pod siodłem – które umieszczali w ognisku[18]. Tym sposobem Szkoci byli zdolni podróżować w szybkim tempie, nieuchwytni dla obciążonych taborami Anglików.

Wiemy już, jak mniej więcej wyglądała armia szkockich najeźdźców. W takim razie, jak przedstawiały się siły zbrojne Edwarda III, pośród których podróżował Jean le Bel? Armia angielska liczyła siedem tysięcy ciężkozbrojnej jazdy, pośród której służyli opisywani najemnicy zza kanału pod wodzą Jana z Hainaut. Samej piechoty – częściowo przemieszczającej się na koniach – było aż trzydzieści tysięcy, w tym dwadzieścia cztery tysiące łuczników uzbrojonych w słynne długie łuki walijskie. Wojsko ugrupowano w trzy bataliony mające po 500 rycerzy dla ochrony skrzydeł każdy[19]. Za armią ciągnęły się setki taborów, na których przewożono żywność oraz inne zapasy.

Tak przyszykowana armia na pewno była gotowa na wielką walną bitwę. Jednak sytuacja, jaką Anglicy i ich sprzymierzeńcy zastali w Northumberland, wcale nie zapowiadała tego typu starcia. Na skalistej ziemi nie było ani śladu lotnych Szkotów, poza łunami palonych wiosek. Po kolejnych dniach bezsensownego marszu, często przerywanego postojami dla koni ciągnących tabory, Edward zarządził naradę z możnymi i dowódcami. Jean le Bel nie uczestniczył w niej osobiście, jednak dowiedział się o obmyślonym na niej planie. Według pomysłu możnych i króla armia miała przekroczyć rzekę Tyne na północ od spodziewanego miejsca postoju Szkotów, by odciąć im drogę ucieczki i wymusić na nich walną bitwę. Głównym warunkiem wykonania planu miało być zwiększenie mobilności armii poprzez pozostawienie taborów. Każdy z żołnierzy miał ze sobą wziąć jedynie bochenek chleba[20]. Widocznie wodzowie postanowili postawić wszystko na jedną kartę.

Następnego dnia rozpoczął się szaleńczy pościg. Nieobciążona taborami jazda rycerska poczuła swobodę, zapominając nawet o utrzymywaniu szyku bojowego.

Wtedy sztandary ruszyły w szaleńczym tempie, ponad skałami, górami i dolinami, bez kawałka płaskiego gruntu. (…) I było wiele fałszywych alarmów tego dnia. Kiedy tylko padała pogłoska, że spieszący z przodu jeźdźcy dopadli wroga, wszyscy, którzy w to wierzyli, szarżowali do przodu, nie zważając na skały, mokradła i osuwiska. Poprzez góry i doliny. Z hełmami na głowach, tarczą wokół szyi, mieczem lub włócznią w ręce, nie czekając na swych braci, ojców czy kompanów[21].

Dzień szaleńczego rajdu na nic się nie zdał. Zarówno ludzie, jak i konie byli mocno przemęczeni. Wielu wojowników zgubiło się pośród skał, tracąc kontakt z resztą towarzyszy. Wkrótce też dały o sobie znać skutki braku wozów z zaopatrzeniem – bochenki chleba, jakie rycerze zabrali ze sobą, przesiąkły końskim potem. Pozostawione na wozach namioty musiano zastąpić naprędce kleconymi szałasami z drewna, w które skalista okolica nie obfitowała. Sytuacja była tak dramatyczna, że po paru dniach, król musiał wysłać posłańców do dawno już pozostawionego w tyle Newcastle, by sprowadzili kupców z żywnością. Przybyli po pewnym czasie mieszczanie mieli do zaoferowania wygłodniałej armii kiepskiej jakości pieczywo, wino, świece i furaż dla koni po bardzo wygórowanej cenie.

Po upływie tygodnia w tej beznadziejnej sytuacji król oświadczył, że nagrodzi tego, kto jako pierwszy przyniesie mu informacje o miejscu pobytu Szkotów. Nagrodą miało być pasowanie na rycerza z ręki samego Edwarda III oraz ziemia. Na wezwanie odpowiedziało kilkunastu śmiałków. Po czterech dniach powrócił jeden z giermków. Z jego słów wynikało, że wpadł na szkocką armię, został schwytany i miał możliwość rozmowy ze szkockimi wodzami. Szkoci zdradzili swoje położenie i powiedzieli, że będą czekać na wojska Edwarda przez osiem dni, by wytoczyć mu bitwę[22]. Dzięki tym informacjom Anglikom udało się odnaleźć Szkotów, jednak sytuacja, jaką zastali, wcale nie zwiastowała łatwego starcia.

Partnerzy



Przewiń do góry