Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Od colta do stryczka. Rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie

Od colta do stryczka. Rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie

W centrum nędznej mieściny gdzieś w Arizonie, na błotnistym placu tuż przed saloonem, w odległości rzutu kamieniem stoją w rozkroku naprzeciw siebie dwaj mężczyźni. Dłonie zawisły im w powietrzu nad kolbami coltów tkwiących po bokach ich bioder w odsłoniętych kaburach przy pasach z nabojami. Jednemu nerwowo drga kącik ust, w którym tli się przyklejona cygaretka; twarz drugiego – kamienna jak u pokerzysty – nie zdradza żadnych emocji. W pewnej chwili oczy obu zwężają się jak u grzechotnika szykującego się do ataku i nagle po ledwie zauważalnym ruchu dłoni padają praktycznie jednocześnie dwa strzały. Mężczyzna z cygaretką już jej nie dopali – padł śmiertelnie ranny w błoto. Oto klasyczny przebieg pojedynku rewolwerowców utrwalony w świadomości ludzi przez drukowane w setkach tysięcy egzemplarzy broszur i książek opiewających przygody „rycerzy Dzikiego Zachodu”, a następnie przedstawianych w hollywoodzkich westernach.

Niestety, w przeważającej części zarówno te tanie publikacje, jak i filmy niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Najczęściej w starciach rewolwerowców wcale nie wygrywał ten, który potrafił doskonale obchodzić się z ówczesną (zawodną) bronią, ale ten, który nie wahał się używać „chwytów poniżej pasa”, strzelać bez uprzedzenia i często w plecy… Zanim przejdziemy do przykładów takich „pojedynków”, przyjrzyjmy się samym rewolwerowcom.

Historiografia amerykańska podzieliła ich na dwie zasadnicze grupy: mianem „gunmana” określano człowieka, który strzelał dla zaspokojenia swoich niskich potrzeb wewnętrznych (na przykład z zemsty), dla pieniędzy (łowcy głów) albo z czystej żądzy zabijania. Do drugiej – znacznie rzadszej – kategorii należał „gunfighter”. To bliższy westernowemu wyobrażeniu rewolwerowiec, który chwytał za broń w obronie prawa i pokrzywdzonych. Od razu trzeba zaznaczyć, że granica między jednym a drugim była bardzo płynna i często zdarzało się tak, że skończony łotr, ścigany w kilku stanach za swe zbrodnie, w kolejnym stawał się szanowanym szeryfem, broniącym swego miasta przed byłymi kolegami po fachu.

Jesse James Zdj. Wikimedia Commons

Jesse James
Zdj. Wikimedia Commons

Do grona prawie stuprocentowych „gunmanów” można na przykład zaliczyć Jessego Jamesa. Ten młodzian, bo młody wiek był tutaj raczej regułą i nieprzypadkowo większość rewolwerowców nosi przydomek „Kid” – dzieciak, zanim został hersztem bandy, był konfederackim partyzantem, który szarpał tyły jankeskich wojsk. Dzięki temu epizodowi stał się z czasem pozytywnym bohaterem amerykańskiej mitologii. Po wojnie, jak wielu innych żołnierzy, zarówno po stronie przegranych, jak i wygranych, nie wiedząc co ze sobą zrobić, przeistoczyli się w łowców głów lub pospolitych bandytów napadających na banki i – dzięki rozwijającej się gwałtownie kolei – pociągi przewożące fundusze federalne. Jednak w odróżnieniu od większości z nich, Jessemu Jamesowi udało się swój proceder uprawiać bardzo długo i na wielką skalę: terroryzował przez 15 lat 12 stanów i terytoriów USA! I nie zginął z ręki przedstawiciela prawa, lecz trochę młodszego od siebie gówniarza i podwładnego Boba Forda, który strzelił mu w plecy prawdopodobnie z zazdrości o rodzącą się legendę wokół pogromcy bankierów Północy.

Prócz bandy Jessego Jamesa do romantycznej legendy amerykańskiego pogranicza przeszły też inne bandy, między innymi Samuela Bassa – byłego zastępcy szeryfa w okręgu Denton w Teksasie – i braci Grata, Boba, Billego i Emmetta Daltonów. Bracia zostali rozgromieni i w większości wybici w ośmiominutowej strzelaninie w Cooffeyville w Kansas 5 maja 1892 roku – godnej słynnej sceny z Dzikiej bandy Sama Peckinpaha. Kolejną, najbardziej z nich „romantyczną”, działającą już u schyłku Dzikiego Zachodu w latach 1889–1911 była banda Butcha Cassidy’ego, czyli Roberta LeRoy’a Parkera. Dysproporcja w siłach przechyliła się wtedy tak na korzyść stróżów prawa, że wyjęci spod niego bandyci rzeczywiście stali się straceńcami atakującymi zasieki z drutu kolczastego i gniazda karabinów maszynowych strzegące wejścia do banków lub stacji kolejowych.

Wyatt Earp

Wyatt Earp

O wiele trudniej znaleźć postać odpowiadającą kryteriom „gunfightera”. Pierwszy przychodzący na myśl to słynny szeryf Tombstone w Arizonie Wyatt Earp, który razem ze swymi braćmi walczył przeciw siejącemu bezprawie stronnictwu Clantonów. Trzeba jednak pamiętać, że Earp często pod płaszczykiem prawa bronił mętnych interesów swojej rodziny. Na przykład wykańczał konkurencję współzawodniczącą z należącymi do Earpów saloonami i szulerniami. Lepszym przykładem jest tutaj rodzeństwo Mastersonów: Ed, Bat (Bartholomew) oraz Jim. Wszyscy trzej byli od 1877 roku stróżami prawa w Dodge City i okolicach (okręg Ford). Sławę najsprawniejszego rewolwerowca z nich miał Bat, który w dwa tygodnie po objęciu funkcji szeryfa okręgowego doprowadził do ujęcia groźnej bandy napadającej w okolicy Dodge City na pociągi. Mniej szczęścia w walce z bandytami miał Ed, który zginął w kwietniu 1878 roku podczas strzelaniny, jego miejsce zajął Jim. W tym samym czasie Bad przegrał wybory na szeryfa okręgowego i wyjechał z Dodge City, ale zawsze wracał, gdy młodszy brat potrzebował jego pomocy i rewolweru. Można było go spotkać także w innych miastach pogranicza, między innymi w Leadville, gdzie był szulerem, lub w Trinidad i Creede (Colorado), w których przypiął do kamizelki gwiazdę szeryfa. Wszędzie stawał się postrachem bandytów. Jednak z czasem Bat zdecydował się „zakopać swe rewolwery”. W 1905 roku odrzucił nawet propozycję prezydenta Roosevelta objęcia funkcji marszałka federalnego w Oklahomie. Miał wtedy powiedzieć: „Oklahoma to dziki kraj. Musiałbym znowu zabijać albo mnie by zabito. To nie ma sensu”. Fakt, większość pojedynków rewolwerowców pozbawiona była sensu i cech „rycerskości” opiewanej w „pulp fiction” i westernach…

  • Macc

    Ciekawy artykuł.

  • Edward Kowalczyk

    Broń była niecelna i zawodna? A czy autor kiedykolwiek strzelał z rewolweru czarno prochowego?

    • Paweł Hoszkiewicz

      Ja strzelałem. Broń dość celna na te powiedzmy 20 m, ale inaczej się strzela na strzelnicy, a inaczej w wielkim stresie na ulicy. No i nie wiem, jak z celnością ówczesnych rewolwerów, bo ja strzelałem z repliki, która być może jest precyzyjniej wykonana.

  • R0GNAR

    Autor nie ma pojęcia o broni ,,czarnoprochowej”. Naprawdę chodziło o to że ci panowie w wielu przypadkach nie mieli wprawy w używaniu broni bądź popełniali błędy przy jej ładowaniu a tu opis faktycznego ,,pojedynku” – Panowie Littlefield i Watson mieli odmienne zdanie w pewnej kwestii .Watson był szybszy i pierwszy wyciągnał rewolwer strzelił i nie trafil, jeszcze raz strzelił -znow pudlo ,w tym czasie Littlefield zdołał wyciagnąc bron ale gdy strzelił odpaliły 2-komory i rewolwer nadawał sie na złom.Siostrzeniec Littlefielda podrzucił mu drugi rewolwer ale ten dla odmiany odmowił posłuszenstwa juz przy 1-strzale 😆 Watson tymczasem strzelał dalej do stojacego o kilka krokow i naprawiającego rewolwer Littlefielda. Wystrzelił cały bębenek i nie trafił 😆 więc schował sie za pobliskie drzewo zza ktorego obelzywie wyrazał sie o panu Littlefieldzie. Littlefield zdołał naprawic rewolwer i gdy Watson nierozwaznie wychylił sie zza dzewa by dalej go wyzywac ,strzelił w jego kierunku.Strzał był smiertelny prosto w serce.( pozniej Littlefield przyznał sie ze celował w głowe)

Partnerzy



Przewiń do góry