Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Pahiatua – czyli polskie wojenne sieroty w Nowej Zelandii

Pahiatua – czyli polskie wojenne sieroty w Nowej Zelandii

Powitanie uchodźców w Nowej Zelandii miało bogatą oprawę. W porcie zjawił się premier Peter Frazer w towarzystwie konsula Wodzickiego i jego małżonki – spirytus movens całego przedsięwzięcia. Uczynił się ruch na pokładzie. Za premierem na pokładzie pojawili się dziennikarze i fotografowie. Przywitanie nabrało oficjalnego medialnego charakteru. Nie przeciągano go jednak ponad niezbędny czas także wkrótce dzieci mogły opuścić statek.

Ruch na pokładzie uczynił się większy. Pierwsi z pokładu mieli zejść żołnierze. Dopiero w drugiej kolejności do schodków po dwóch stronach statku podeszły dzieci.

Dzieci podczas obiadu

Dzieci podczas obiadu

Nic nie było w stanie przygotować mnie na widok tych maluchów – pisał jeden z kamerzystów – każde dzierżyło żałosne tobołki – wszystko co posiadali na tym świecie. […] dzieci schodziły po stromych schodkach na brzeg zapewne zadumane co ich czeka. Nie było wiwatowania, a w panującej uroczystej ciszy odczuwało się współczucie ze strony czekających Nowozelandczyków .

Dopiero teraz zaczął się harmider powitalny. Kwiaty, wiwaty i, przede wszystkim, pomoc nowozelandzkiego personelu medycznego oraz skautów (harcerzy) podnosiła na duchu zabłąkanych Polaków. Na nabrzeżu czekały zarówno osoby prywatne, jak i grupy młodzieży z miejscowych szkół. Odprowadzani gwarem Polacy przeszli na stację kolejową. Tam czekały na nich pociągi. Zaczynał się ostatni etap podróży.

Jedziemy pociągiem pasażerskim […]. Każdy ma swoje własne siedzenie i prawdziwe okno, przez które wszystko się widzi. […] Każdy z nas pije sok albo mleko z buteleczki, albo liże lody. […] Już jedziemy. […] Przystajemy. Jedziemy. Przystajemy. Dużo, dużo razy. Ludzie stoją wzdłuż torów kolejowych nawet wtedy gdy nie ma budynków stacji i pociąg nie przystaje. Niektórzy mają kwiaty w rękach.

Niestety, kiedy opadła entuzjazm powitania zaczęły się kłopoty. Wówczas niektórym przypomniały się złowieszcze słowa Polaka oto przyjechały dzieci, które będą uprawiać wasze pola i ogrody.

Teraz jak nigdy wcześniej kwestie finansowe i organizacyjne zyskały status pilnych spraw. Konsul Wodzicki, w porozumieniu z delegatem rządu RP Janem Śledzińskim uznali konieczność zapewnienia prawnych opiekunów niepełnoletnim dzieciom. W tym celu wystosowano odpowiednie pismo do Sądu Najwyższego Nowej Zelandii. Powołano Radę Opiekuńczą, która została zorganizowana nie po to, aby opiekować się polskimi dziećmi, lecz głownie po to, aby, oparłszy się o Najwyższy Sąd Nowej Zelandii przeprowadzić prawnie adopcję dzieci polskich i rozdać je rodzinom nowozelandzkim jako siłę roboczą.

Ponieważ zdawano sobie sprawę z wysokości kosztów utrzymania obozu w Nowej Zelandii delegat Śledziński zdecydował, że powinniśmy spróbować obniżyć koszty przejmując obowiązki personelu wojskowego. Zadecydował o prowadzeniu kuchni, uprawy warzyw w ogródku i sprzątaniu.

Ponieważ w obozie znajdował się personel krajowy, oraz kilka dziewcząt w wieku 16 do 18 lat operacja przebiegła gładko, a młode Polki zyskały możliwość zarobku.

Wobec zwiększenia obowiązków, Nowozelandczycy opuścili obóz, personelowi polskiemu wydano zakaz podejmowania pracy poza obozem. Obowiązki zajmowały dużo czasu stąd decyzja o włączeniu do pomocy starszych dzieci. Poszanowanie pracy oraz poczucie obowiązku miało też istotny aspekt wychowawczy.

Kwestia utrzymania dzieci, obozu i wypracowania sobie choćby namiastki niezależności nabrała nowego wymiaru w sierpniu 1945 roku, gdy przyszło zarządzenie Ministra Opieki Społecznej o usamodzielnieniu się obozów. Delegat zaproponował zakup farmy. W ten sposób próbowano zdobyć zabezpieczenie materialne dla tych osób, które zamierzały pozostać w Nowej Zelandii. Tymczasem ta rozsądna myśl nie spotkała się z życzliwym przyjęciem premiera Frazera. Ministrowie nowozelandzcy coraz częściej próbowali ingerować w życie obozu oraz mieli zastrzeżenia do postawy kilku opiekunów. Reakcja delegata była stanowcza. Wyraźnie pokazał Nowozelandczykom granicę, której przekraczać nie mogli. Przeciwstawił się próbom „adopcji dzieci przez rodziny nowozelandzkie” argumentował:

Dzieci nasze powinny pozostać Polakami; […] obóz polski powinien być nadal zachowany […] powinniśmy stworzyć samowystarczalną grupę narodowościową, zachować polskie szkoły, młodzież zdolniejszą kształcić, mniej zdolną skierować do pracy fizycznej.

 Dzieci w drodze do kaplicy

Dzieci w drodze do kaplicy

Różnica zdań wywołała aferę odnotowaną w archiwach nowozelandzkich. Pan delegat Śledziński stał się osobą niewygodną. Trzeba go było usunąć. Aferę komentowano w dalekim Londynie, pochylił się nad nią sam minister Raczyński. To właśnie z Londynu we wrześniu 1945 roku nadeszła decyzja odwołania Jana Śledzińskiego. Na jego miejsce przyszedł Szczęsny Zaleski, wcześniej przebywający w podobnej placówce dla sierot w RPA.

Nowy delegat musiał rozwiązać dylemat edukacji dzieci w szkołach średnich. Zastanawiano się nad pozostawieniem klas licealnych w szkole Polish Children’s Camp bądź wysyłanie dzieci do szkół nowozelandzkich. Polskie Ministerstwo Edukacji proponowało drugie rozwiązanie. Do niego się zastosowano. tak Zaleski podciął skrzydła polskiej edukacji w Nowej Zelandii.

Wam świadectwa polskiego gimnazjum niepotrzebne, bo wy do Polski już nigdy nie wrócicie! – powiedział Zaleski w dniu zamknięcia gimnazjum. Żebyśmy były raczej na Sybirze pomarły razem z naszymi rodzicami, nim nas tu przywieziono, aby nas, jak niewolnice zaprzedać – skarżyła się jedna z uczennic. Decyzja zapadła i odwołania od niej nie było. Nowa rzeczywistość wymusiła na dzieciach i młodzieży wyjazdy do szkół średnich oraz zawodowych, a także zdobywanie praktyki zawodowej. Młode Polski i młodzi Polacy rozpoczęli intensywną naukę języka angielskiego. Ale i to nie dawało gwarancji dobrego wykształcenia: Owszem zdobędzie język, a może się go tylko lepiej poduczy i wtedy będzie się lepiej nadawał na służącą. Jadąc tu – czyli do nowozelandzkiego liceum – myślałam, że jeszcze może kiedyś będzie to możliwe, żebym zdała angielską maturę. Dziś przestałam marzyć o tym, gdyż wiem, że jest to nieosiągalne – pisała jedna z uczennic.

Z czasem obóz Pahiatua opustoszał. Odchodzili nie tylko uczniowie, ale również nauczyciele. Niektórzy poszukali sobie pracy i domów na miejscu. Inni wyjechali do Wielkiej Brytanii bądź Stanów Zjednoczonych.

Lecz pierwsze wyjechały z Nowej Zelandii trzy kobiety. Zdecydowały się na powrót do rodzin w Polsce. Z końcem 1946 roku do Polski wyjechało kolejnych dwanaścioro nauczycieli z siedmiorgiem własnych dzieci oraz trzydziestką siódemką dzieci, których rodzice oczekiwali w Polsce. Według cytowanego tu niejednokrotnie raportu Haliny Zięciakowej nie mogły znieść poniżenia i krzyw doznanych w obozie.

Kacper Śledziński

Bibliografia:

Raport H. Zięciakowej, IPMS A19VI/7.

Tomaszyk K., Droga i pamięć. Przez Syberię na Antypody, Warszawa 2009.

Zdziech D., Pahiatua. Mała Polska małych Polaków, Kraków 2007.

Partnerzy



Przewiń do góry