Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Śmierć na Diamentowej Górze | Recenzja

Śmierć na Diamentowej Górze | Recenzja

Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia, Scott Carney

Historia New Age jest ściśle związana z historią amerykańskiego dziennikarstwa śledczego. Przyczyną tego jest utrzymujący się od wielu lat, wysoki odsetek – zarówno morderstw, jak i samobójstw – na tle religijnym. „Tło religijne” – to swoisty „worek” znaczeń, w którym w Stanach Zjednoczonych (jak nigdzie indziej chyba na świecie) mieszczą się wielkie religijne przebudzenia, prorockie objawienia, święte teksty, rytualne zbrodnie i tajemnicze sekty.

Złośliwi mawiają, że w Stanach nie ma góry (a może nawet i zwykłego wzniesienia), która nie miałaby „swojego” proroka. Na górze objawienia doznał Joseph Smith – pierwszy prorok i twórca wielkiej amerykańskiej religii mormońskiej. W górach Kolorado medytowali indiańscy szamani, a w Appalachach „wężownicy”. Na wzgórzach nieopodal Kansas narodził się na początku dwudziestego wieku wielki ruch zielonoświątkowy, zaś południowoamerykańskie wzniesienia chętnie odwiedzają liczni w tamtych rejonach, murzyńscy pastorzy reprezentujący różnorakie odmiany i trawestacje wyznań baptystycznych.

Historia amerykańskiego protestantyzmu i jego obłąkańczych hybryd bywa równie fascynująca, jak historia europejskiej inkwizycji czy tajemnic dawnych katolickich zakonów rycerskich.

W tej transcendentalnej geografii USA mieści się także „Diamentowa Góra” (Diamond Mountain) w Stanie Arizona. To tam właśnie, w roku 2012 (zatem – ledwie kilka lat temu) zmarł niejaki Ian Thorson – uczeń Michaela Roacha.

„Gesze Michael” to dziś sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna, twórca „diamentowej nirwany” – parabuddyjskiej nauki sukcesu w biznesie i życiu. Jego, inspirowane Tybetem, nauki (jak i śmierć jednego z najważniejszych, z najbliższego kręgu gesze uczniów) były swoistym pretekstem do dziennikarskiego śledztwa i krytycznej książki o „amerykańskich guru”. Scott Carney sam przez wiele lat fascynował się tybetańskim buddyzmem. Poświęcił pół swojego dorosłego życia na poszukiwanie „drogi oświecenia”. Studiował też teksty newage’owskiego założyciela „Metody Silvy”, czy hinduskie nauki Bhaktiwedanty Swami Prabhupady. New Age to swoisty – teozoficzny tygiel, w którym inspiracji szukało wielu amerykańskich duchowych wędrowców: Philip Kapleau, Toni Parker, Dennis Mertzel, Allan Bennett i wielu innych… Aby jednak napisać książkę krytyczną wobec tych nauk i ludzi (którzy przecież fanatycznie w nie wierzą), Carney musiał doświadczyć czegoś zgoła innego. Głębokim wstrząsem, który dopomógł mu obudzić się z tego nirwanicznego, nieludzkiego snu była… samobójcza śmierć młodej Amerykanki, po jednej z sesji kursu, który Carney organizował dla – poszukującej prawdy i poznania – młodzieży college’ów.

Tak powstała „Śmierć na Diamentowej Górze” – książka, która bezlitośnie rozlicza się nie tylko z pseudobuddyjską filozofią Gesze Michaela Roacha, ale z całą pseudoduchową propagandą sukcesu, młodości, witalności i oświecenia, która (zwłaszcza w jej amerykańskim wydaniu) prowadzić może (paradoksalnie?) do… śmierci. Książka niezwykła i potrzebna, a nade wszystko szczera, wszak Scott Carney rozlicza się w niej poniekąd i ze swego własnego życia i minionych – szaleńczych fascynacji.

 

Ocena recenzenta: 5/6

Maciej Dęboróg-Bylczyński

Partnerzy



Przewiń do góry