Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Tatar w Berlinie. Czyli krótka historia polskich Tatarów – część 2

Tatar w Berlinie. Czyli krótka historia polskich Tatarów – część 2

Historia polskich Tatarów godna jest krótkiego naświetlenia. Zapoznanie się z nią pozwala nie tylko na lepsze zrozumienie motywów, jakimi kierował się Rafał Gan-Ganowicz, ale stanowi także swoiste uzupełnienie historii polskiego kondotiera

Czytaj część 1

W ślad za „wyzwolicielami” z Armii Czerwonej, na wyzwolone spod niemieckiej okupacji tereny wchodziły nowe, podporządkowane ZSRR polskie władze, złożone z komunistów. Na kontrolowanych przez polskich komunistów szybko rozpoczął działalność ruch oporu, który tym razem musiał przeciwstawić się okupacji sowieckiej, a także wiernym komunistom oddziałom złożonym z Polaków. O ile organizowane w terenie oddziały Milicji Obywatelskiej nie stanowiły wyzwania dla zaprawionych w walce z Niemcami partyzantów, o tyle tworzone siły tzw., „bezpieki” i sowieckiego NKWD były już poważnym zagrożeniem dla polskiego podziemia.

Prowadząca w Polsce wojnę z podziemiem bezpieka prowadziła jednak działania nie tylko przeciwko działającym w lasach partyzantom, ale także przeciwko młodzieży, która nie zgadzała się na zakłamywanie rzeczywistości przez komunistów. Na terenie całego kraju powstawały grupy patriotycznie nastawionej młodzieży, które na miarę własnych, często bardzo ograniczonych możliwości, podejmowały próbę pokazania swojego sprzeciwu przeciwko komunistycznym władzom. R. Gan-Ganowicz, był członkiem jednej z takich organizacji[51] niestety jego grupa została zdemaskowana przez bezpiekę.

Wpadki i aresztowania członków i sympatyków podziemia były na porządku dziennym. Poważne wyroki zapadały nawet w sprawach, w których podsądnymi były dzieci. Młodzi konspiratorzy po wyjściu z więzienia nie mogli już liczyć na ukończenie szkoły średniej czy studiów. W warunkach „Polski Ludowej” byli traktowani jako obywatele drugiej kategorii, wręcz jako element antypaństwowy i niebezpieczny dla ładu publicznego[52].

R. Gan-Ganowiczowi udało się uniknąć przykrego losu aresztanta w kazamatach Urzędu Bezpieczeństwa. Zawczasu ostrzeżony przez kolegów z organizacji, zdołał jeszcze dzięki pomocy syna dozorcy zabrać ze swojego mieszkania pieniądze oraz broń[53]. Niektórzy z jego kolegów nie mieli tyle szczęścia. Podczas akcji zostali ranieni, lub pojmani przez bezpiekę. Jeden z kolegów przyszłego najemnika został postrzelony w płuco, innemu pocisk strzaskał kolano, jeszcze inny został pojmany i zamęczony podczas śledztwa[54]. Na rok przed wpadką pozostałej części organizacji jej członkowie zaczęli odpowiadać ogniem na strzały, które w ich stronę oddawali bezpieczniacy. Broń, członkowie organizacji R. Gan-Ganowicza zdobyli na wrogu – w panującym w warszawskich tramwajach ścisku ukradli kilka pistoletów milicjantom, kiedy indziej rozbroili sowieckiego żołnierza[55]. W sobotę 24 czerwca 1950 r. R. Gan-Ganowicz podjął decyzję o opuszczeniu Warszawy. Początkowo nie planował ucieczki na zachód. Jak sam wspominał po latach:

Plan miałem taki: dostać się do Wrocławia, gdzie mogłem ewentualnie otrzymać fałszywe papiery jako niby repatriant ze wschodu. Ale Wrocław daleko, a ja się bałem, by nie dostać się żywym w ręce czerwonych[56].

Uzbrojony w pistolet Walther P38, ze sporą sumą pieniędzy, R. Gan-Ganowicz udał się na dworzec kolejowy, gdzie stwierdził, że kasy są obserwowane przez funkcjonariuszy UB, co wywołało u niego przerażenie. Można się było spodziewać, że funkcjonariusze bezpieki obstawili nie tylko mieszkanie swojego „celu”, ale także najbardziej prawdopodobne drogi, którymi poszukiwany mógłby opuścić Warszawę. Pomimo zagrożenia poszukiwanemu udało się stwierdzić, że interesujący go pociąg do Wrocławia odchodzi o 22.00. Na peronie stał jeszcze inny pociąg, odchodzący do Berlina. Niestety, oględziny wnętrza, w poszukiwaniu ewentualnej kryjówki na czas podróży, nie przyniosły pozytywnych rezultatów. Wobec tego uciekinier, zdecydował się na wciśnięcie się pod wagon, pod którym znajdowała się wąska szczelina.

Między metalowymi poprzeczkami podwozia a podłogą wagonu była szczelina, w którą ktoś tak szczupły jak ja mógł się wcisnąć. Decyzję podjąłem natychmiast. Wgramoliłem się do kryjówki obrywając guziki od marynarki i tłukąc zegarek. Z drugiej strony peronu ruszył z małym opóźnieniem pociąg do Wrocławia. Kości zostały rzucone[57].

Droga do Berlina Zachodniego upływała R. Gan-Ganowiczowi spokojnie i we w miarę znośnych warunkach, jeśli nie liczyć dokuczającego mu pragnienia, chęci zapalenia papierosa, piachu sypiącego się w oczy przez podłogę wagonu i możliwości zmiażdżenia przez koła pociągu, gdyby uciekinier wysunął się z szczeliny pomiędzy podłogą, a podwoziem. Na jednej ze stacji doszło jeszcze ryzyko zgniecenia nadliczbowego pasażera pociągu kursującego na trasie Warszawa – Berlin.

Ukryty pod podłogą pociągu uciekinier nie wiedział dokładnie na jakiej stacji zawisł nad nim miecz Demoklesa. Mogły to być Koluszki, jak również Kutno[58]. Zagrożenie stanowił hamulec kolejowy, który mógł podnieść się i zgnieść ciało gapowicza, lub nagrzewając się w wyniku hamowania spowodować śmiertelne poparzenie. Na szczęście uciekinier zdołał uniknąć najgorszego. Za niebezpiecznym odcinkiem, gdzie pociąg musiał zwalniać, tory były już lepsze, jednakże ryzyko zgniecenia lub poparzenia zastąpiło nowe równie groźne niebezpieczeństwo. Na jednej ze stacji w okolicach Poznania polski kolejarz przeprowadzał kontrolę hamulców w wagonach.

Partnerzy



Przewiń do góry