Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Walki z Indianami w 2. połowie XIX wieku

Walki z Indianami w 2. połowie XIX wieku

Problem indiański pojawił się wkrótce po amerykańskiej wojnie o niepodległość. Wtedy to, kiedy mieszkańcy kolonii w Ameryce Północnej wywalczyli niepodległość, byli gotowi zacząć ekspansję coraz to dalej na zachód, wysiedlając tym samym rdzennych mieszkańców tych ziem. Naturalnie już wcześniej dochodziło do konfliktów z Indianami, jednak od czasów założenia Jamestown, pierwszej stałej angielskiej kolonii, starano się o dobre stosunki z Indianami. Pierwsi koloniści potrzebowali zarówno obeznanych w skolonizowanych terenach ludzi, którzy nauczą ich dostosowania się do nowych warunków i przetrwania w nich, jak i potencjalnych nabywców towarów przywiezionych przez kolonistów. Te i inne warunki spełniali Indianie, stąd też większy konflikt wyniknął dopiero po wojnie o niepodległość, była to tak zwana Wojna Małego Żółwia[1], toczona w latach 1785-1795.

Klęska jednak nie zdławiła oporu Indian, Tecumesh, wódz plemienia Szaunisów, nie pogodził się z postanowieniami pokojowymi w Greenville i w roku 1805 przy pomocy Brytyjczyków przystąpił do nawoływania innych plemion do złączenia się w wielką konfederację, przemawiał do nich takimi słowami: jest sposób – i to jedyny sposób – aby zahamować i powstrzymać to zło: wszyscy czerwonoskórzy powinni się sprzymierzyć i wspólnie domagać się równych praw do tej ziemi, jak to było na początku i jak być powinno; albowiem nigdy nie była ona podzielona, lecz należy do wszystkich, będąc do użytku każdego. Żadne plemię nie ma prawa jej sprzedawać, nawet innemu plemieniu, a tym bardziej obcym – tym, którzy chcą mieć nie mniej niż wszystko[2].

I ponownie walka o wolność i ziemie przodków zakończyła się klęską. Indianom zabrano ziemie, z których utworzono stany: Indiana, Ilinois, oraz Terytorium Wisconsin. Dla Indian zostały dwie drogi, walczyć z najeźdźcami lub starać się z nimi żyć w pokoju. Obie kończyły się tym samym, wysiedlaniem Indian, siłą lub podstępem. Zazdrośni o dobrobyt i żyzne ziemie osadnicy domagali się prawa do ich ziem i żądali przesiedlenia Indian na gorsze tereny, o które z czasem się upomnieli. Rozpoczął się proces wysiedleń, którego wyrazistym elementem był Szlak Łez, plemienia Czirokezów. Kupienie od Francji nowych terenów, oraz zajęcie Teksasu, Kalifornii i Nowego Meksyku zaowocowało parciem białych osadników coraz bardziej na zachód. Ruchy te spotęgował wybuch gorączki złota w drugiej połowie XIX wieku.

Walki z Indianami osłabły wraz z wybuchem wojny secesyjnej, w której w dużej mierze plemiona indiańskie starały się zachowywać neutralność. Rdzennych mieszkańców czekał jednak wkrótce powrót do brutalnej rzeczywistości, kiedy to po zażegnaniu konfliktu ponownie zwrócono uwagę na zachód, gdzie mieszkali coraz bardziej spychani Indianie. Rozpoczęła się epoka desperackich wojen nie tylko o ziemie, ale o wolność i godność. Okres ten obfitował w wielkich wodzów, jak Geronimo, Czerwona Chmura czy Józef Starszy. Dla Indian zdarzały się zarówno chwile radości ze zwycięstwa, jak choćby bitwa pod Little Bighorn czy bitwa o Rosebund, jak i chwile tragiczne, których zdaje się najbardziej jaskrawym przykładem była masakra nad Wounded Knee.

Jednym z bardziej walecznych plemion indiańskich byli Siuksowie. Zamieszkiwali oni tereny Dakoty Południowej oraz Minessoty. Sama nazwa została im nadana przez sąsiednie plemiona, oznacza ona wrogów lub małe węże. Takie a nie inne określenie związane było z okrutnym traktowaniem jeńców przez tych Indian. Komancze i Arapahowie zwali ich podrzynaczami gardeł, a Ute ucinaczami rąk. Sami Siuksowie nazywali siebie sprzymierzeńcami. Dla poszczególnych grup wymowa była inna: zachodni Siuksowie Yankton nazywali siebie ,,Nakota”, zachodni Tetoni ,,Lakota”, a wschodni Santee ,,Dakota”[3].

Jak krowa i alkohol rozpętały wojnę. Siuksowie chwytają za broń.

Zgodnie z traktatem w Laramie rząd USA zobowiązał się co roku dostarczać Indianom towary, głównie jedzenie i ubrania. Na początku sierpnia 1854 roku blisko cztery tysiące Indian Siuksów i Czejenów Północnych oczekiwało w dolinie Północnej Platte na majora Whitefielda, agenta Biura do spraw Indian. Whitefield nie zjawiał się, a Indianom i ich koniom zaczynał doskwierać głód. Niefortunnie 18 sierpnia niedaleko obozowiska Indian przejeżdżała karawana osadników, za karawaną ciągnęło stado bydła. Jedna z krów osłabiona odłączyła się od stada a osadnicy zbytnio się spieszyli by opóźniać marsz z powodu umierającej krowy. Krowę zauważyli jadący do obozu Siuksów Indianie, wśród których znalazł się Wysokie Czoło. Dobił on zwierzę i przyniósł do obozu. Jednak zobaczywszy ten dar Siuksowie pod wodzą Niedźwiedzia Rozpraszającego Wrogów przestraszyli się, wiedzieli bowiem jakie kary grożą za kradzież mienia białego człowieka. Niedźwiedź wraz z innymi wodzami szybko wybrali się do fortu zgłosić zaistniałą sytuację, gdzie znalazł się również właściciel zwierzęcia. Ten wyczuł okazję do zarobienia i zażądał sumy przekraczającej wartość zabitej krowy. Indianie oferowali w zamian dobrego konia, który był wart więcej niż krowa, lecz mniej niż żądał poszkodowany. Dyskusje przedłużały się i komendant fortu przełożył ostateczne rozwiązanie na dzień następny bagatelizując sprawę. Nie spodobało się to młodemu podporucznikowi, Johnowi Grattanowi. Ten od początku domagał się przykładnego ukarania Indian i wystarał się o pozwolenie komendanta na wyprawę do obozu Siuksów gdzie miał aresztować Wysokie Czoło. Komendant jednak na odchodne rzekł mu, aby ujął przestępcę, a w razie odmowy poddania się, po dokonaniu oceny nastrojów Indian, działał według własnego uznania, nie ryzykując jednak starcia bez pewności co do jego pomyślnego zakończenia[4]. Następnego dnia młody oficer zwołał ludzi na ,,niebezpieczną wyprawę”, tym samym wiadomym było, że nie zamierza zachowywać szczególnej ostrożności. Na czele 29 żołnierzy wraz z tłumaczem Lucienem August’em i wozami wiozącymi sprzęt i dwa działa wyruszył do obozu. Przerażony Auguste dla odwagi popijał whisky i wykrzykiwał groźby wobec Indian. Nerwowa atmosfera wśród żołnierzy narastała kiedy nawet Grattan uspokajał podpitego tłumacza obawiając się zasadzki. Oddział Grattana nie reagował również na próby zawrócenia ich przez handlarza Jamesa Bordeaux. Po dojściu do obozowiska żołnierze załadowali działa i przygotowali broń.

Partnerzy



Przewiń do góry