Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Z „końca świata” do Wojska Polskiego: ochotnicy z Harbinu, Teheranu i Rio de Janeiro

Z „końca świata” do Wojska Polskiego: ochotnicy z Harbinu, Teheranu i Rio de Janeiro

Kolejną grupą „z końca świata” w PSZ na Zachodzie tworzyli rekruci z Ameryki Południowej. Najwięcej, bo 580, pochodziło z Brazylii, która, o czym rzadko się dziś pamięta, najaktywniej włączyła się w walkę koalicji antyhitlerowskiej z wszystkich państw kontynentu południowoamerykańskiego, przysyłając do Europy ponad pięciotysięczny korpus ekspedycyjny. W dowodzonym przez generała João Baptista Mascarenhas de Moraes korpusie znalazło się również wielu żołnierzy polskiego pochodzenia. Brazylijskie oddziały od września 1944 roku walczyły na froncie włoskim i służący w nich Polonusi mieli okazję zetknąć się ze swymi rodakami z II Korpusu Polskiego, a także z „ziomkami z Brazylii”, którzy po rozpoczęciu wojny wyjeżdżali ochotniczo do PSZ w Wielkiej Brytanii. Jeden z ochotników i działaczy polonijnych w Brazylii, Jan Krawczyk, tak opisał nastroje wśród Polonii w Porto Alegre na wieść o niemieckiej agresji na Polskę we wrześniu 1939 roku: Bary i niektóre restauracje, znajdujące się w dzielnicach São João i Navegantes, zazwyczaj ciche i spokojne, nagle stały się miejscem awantur i burd wszelkiego rodzaju. Policja miała pełne ręce roboty, nie mogąc jednocześnie ochłonąć ze zdumienia, widząc nagłą zmianę w zachowaniu Polaków. Znani jako spokojni, zgodni i ustępliwi, przeistoczyli się obecnie w zadziornych awanturników. Brzęk tłuczonego szkła, trzask łamanych krzeseł i rumor stołów wywracanych przy akompaniamencie dzikich wrzasków, wydawanych przez bitych i turbowanych Niemców – oto codzienne niemal wydarzenia w tych dzielnicach. Były to najbardziej uprzemysłowione dzielnice Porto Alegre i w większości zamieszkiwane przez Polaków i Niemców. W tej „wojnie polsko-niemieckiej” w Brazylii, jak zaznacza Krawczyk, sympatia Brazylijczyków i innych nacji leżała najczęściej po stronie Polaków. Również restauratorzy, najczęściej Włosi, właściciele demolowanych lokali nie mieli do Polaków żadnych pretensji, gdyż ci od razu „po walce” płacili za wszelkie straty.

Paradoksalnie wybuch drugiej wojny światowej ulżył sytuacji Polaków w Brazylii, którzy w latach trzydziestych, podobnie jak i inne grupy etniczne, stali się ofiarami dekretów nacjonalizacyjnych prezydenta Getulio Vargasa. W tym okresie zlikwidowano ponad trzysta polskich towarzystw i zamknięto blisko trzysta pięćdziesiąt polskich szkół. Od września 1939 roku w Brazylii oficjalnie mógł działać Komitet Niesienia Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, który powołano przy Brazylijskim Czerwonym Krzyżu. Szybko też utworzono Związek Ochotników Polskich z Ameryki Południowej i otwarto w Rio de Janeiro Dom Żołnierza Polskiego. Pierwszych, podobnie jak w Harbinie, czternastu ochotników wyruszyło z Domu Żołnierza Polskiego w Rio 7 sierpnia 1941 roku pod wyciągniętym z ukrycia przed nacjonalizacją sztandarem zlikwidowanego dekretem Vargasa Związku Zrzeszeń Polskich w Rio Grande do Sul, centralnej organizacji skupiającej wszystkie polskie towarzystwa w tym stanie. Do Wielkiej Brytanii dotarli (mimo kilku ataków ich konwoju przez niemieckie u-booty) szczęśliwie w początkach listopada, pokonawszy trasę z Rio de Janeiro, przez Nowy Jork i Północny Atlantyk. W brytyjskim porcie przywitała ich szkocka orkiestra wojskowa, ubrana w kraciaste kilty i wydmuchująca na kobzach melodię marszu. Z miejsca zostali wcieleni do polskich oddziałów szkoleniowych stacjonujących w Szkocji.

Anders, dowódca Armii Polskiej na Wschodzie, salutuje sztandarowi 3 Dywizji Strzelców Karpackich

Anders, dowódca Armii Polskiej na Wschodzie, salutuje sztandarowi 3 Dywizji Strzelców Karpackich

Tymczasem w 1942 roku po oficjalnym przystąpieniu Brazylii do wojny przeciwko państwom osi, werbunek do PSZ wśród brazylijskiej Polonii ruszył pełną parą. Urzędnicy polskich placówek rejestrowali kolejnych ochotników, a interior przemierzał specjalny wysłannik, pułkownik Julian Malinowski, który na polecenie polskich władz w Londynie miał docierać do najdalszych nawet osiedli i nieść mieszkającym tam Polakom odezwy do wstępowania w szeregi Wojska Polskiego. Jak zanotował w swych wspomnieniach Jan Krawczyk: po jego odjeździe przybywali do konsulatu wąsaci koloniści i zadawali pytania: «Panie konsulu, a to jeszcze się biją?». Po potwierdzeniu, że wojna jeszcze trwa, padało kłopotliwe pytanie konsula o datę urodzenia kandydata do wojska. Gdy okazywało się, że kolonista przekroczył już wiek poborowy, w wielu wypadkach padała propozycja, że w takim razie w kamasze może pójść syn. Jednak wtedy na przeszkodzie stawało tutejsze ustawodawstwo, które zabraniało werbunku obywateli brazylijskich… «Jaki tam z niego Brazyluch. – oponował jeden z kolonistów w pamiętniku Krawczyka – Taki sam Polak jak i ja». «Dla was może być Polakiem, ale nie dla władz. Niech siedzi w domu i pomaga wam na roli». «Szkoda! – biadał niepocieszony chłopina. – Bo na tej wojnie to by i po polsku się poduczył i Polskę by zobaczył…».

Dzięki zaangażowaniu brazylijskiej Polonii z Domu Żołnierza Polskiego przy ulicy Indiana w Rio de Janeiro wyjechało do Wielkiej Brytanii dziesięć transportów ochotniczych, jedenasty, zebrany w 1944 roku, wobec rychłego końca wojny i ustaleń jałtańskich, do Anglii już nie popłynął. „Brazylijczycy” znaleźli się w większości wielkich jednostek Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Kilkunastu z nich oddało życie za Polskę, której często nie widzieli na oczy. Wszyscy spełnili swój obowiązek Polaka wobec dalekiej ojczyzny.

Bibliografia:

Krawczyk J., Ochotnicy z Rio, Warszawa 1988.

Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich, praca zbiorowa, Kraków 2014.

Partnerzy



Przewiń do góry