Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Zła, dobra, brzydka. Amerykańska historia w spaghetti westernach

Zła, dobra, brzydka. Amerykańska historia w spaghetti westernach

Kadr z Filmu - Garść dynamitu

Kadr z Filmu – Garść dynamitu

Niejako łabędzim śpiewem i podsumowaniem „europejskiego westernu” jest niesłusznie zapomniany Keoma z 1976 roku w reżyserii Enza G. Castellariego. Znany chociażby z roli Django Franco Nero wciela się w postać pół-Indianina o imieniu Keoma („wolność”), któremu przychodzi walczyć z bandą składającą się z weteranów wojny secesyjnej terroryzujących małe miasteczko. Czyli pozornie nic nowego. Ale cała historia opowiedziana jest w konwencji onirycznego snu. Nie wiadomo do końca, czy nie jest to jedynie halucynacja Indianina, którego ktoś prześmiewczo nazwał „Wolność” i przyuczył zasad wiary chrześcijańskiej, co też ma wpływ na jego podświadomość (i fabułę filmu…). Jeden z bohaterów filmu – rewolwerowiec Shannon (William Berger) – mówi: „Po wyrżnięciu Indian czuliśmy się źle, więc postanowiliśmy zrobić coś dobrego: daliśmy Czarnym wolność. Teraz możemy dalej wyrzynać Indian”. Wojna secesyjna z jej szczytnymi hasłami nie zmienia świata na lepsze, jest tylko „udaną wprawką” do wojen totalnych, które rozpętają się w następnym – XX stuleciu, a wolność pozostaje nadal snem i ideą…

Podobne przesłanie niosą filmy najbardziej mrocznego z „Trzech Sergiów” (znamienne, że trzej wielcy reżyserzy spaghetti westernów: Leone, Corbucci i Sollima nosili imię Sergio) – Sergia Corbucciego. W jego dwóch najsłynniejszych western: Django (1966) i Człowiek zwany Ciszą (1968) dominują błoto, śnieg i chciwość.

W Django miasteczko, do którego wraca z wojny secesyjnej były kawalerzysta Unii – Django (Franco Nero), tonie dosłownie w błocie. Dźwiga on na plecach siodło po swoim wierzchowcu, który musiał paść po drodze, a za sobą wlecze na powrozie… trumnę. W miasteczku znajduje się cmentarz z mogiłą jego zmarłej w czasie wojny żony. Django – wyszkolona na wojnie „maszyna do zabijania” – okazuje się nie tyle rewolwerowcem, co wręcz egzekutorem dla miejscowej bandy Klu Klux Klanu i walczących z nimi Meksykanów: trumna, którą wytrwale za sobą wlecze, nie jest „pustym rekwizytem”: to futerał na ciężki karabin maszynowy (znowu zwiastun wojny totalnej)!… Oczywiście Django nie wyrzyna rasistów i bandytów dla idei… Czyni to dla skrzyni złota; choć w finałowej scenie pojedynku na grobie swojej żony mógł uświadomić sobie własne błędy…

W Człowieku zwanym Ciszą zima sprzyja łowcom nagród, którzy pod wodzą Loco (demoniczny jak zwykle Klaus Kinski) tropią uciekinierów wyjętych spod prawa. Nieoczekiwanie łowcom staje na drodze tajemniczy rewolwerowiec-niemowa zwany Ciszą (Jean-Louis Trintignant) uzbrojony w wielostrzałowy pistolet (nie rewolwer!) Mauser C96. Wydaje się, że Loco i jego banda położą głowę, lecz ku przerażeniu zaszczutych ludzi kryjących się po lasach przed „egzekutorami prawa” (i widzów) Cisza ginie z rąk Loco, który z jego Mauserem wyrusza na dalsze polowanie… Chciwość jest kołem zamachowym w świecie wykreowanym przez Corbucciego i nawet przyroda wydaje się być jej podporządkowana – przecież to zaspa śnieżna ratuje Loco przed szeryfem, który chce go aresztować… Corbucci z „Karolem Marksem w ręku” krytykuje amerykański kapitalizm. Wyjęci spod prawa w Człowieku zwanym Ciszą są jak nędznicy z książki Wiktora Hugo: „Gdyby mieli co jeść, nie byliby źli”….

Chciwość jest także kołem zamachowym dolarowej trylogii mistrza Sergio Leone. Nie trzeba omawiać tutaj ani fabuły dwóch pierwszych części (Za garść dolarów, 1964 i Za kilka dolarów więcej, 1965), ani tym bardziej pierwszego arcydzieła w dorobku Sergia Leone, czyli ostatniej części tryptyku Dobry, zły, brzydki (1966). To, że historia jest wyścigiem trzech bandytów do kryjówki ze złotem w czasie wojny secesyjnej, wszyscy wiemy, ale „przewrotność” i geniusz tego filmu oddaje już jego (dziwaczny dla niektórych) tytuł. Czy Blondas (Clind Eastwood) jest rzeczywiście taki „dobry”, Anielskie Oczko (Lee Van Cleef) taki „zły”, a Tuco (Eli Wallach) „brzydki” (czyli czy jest „typowym” ciemnym i komicznym wieśniakiem meksykańskim)? Recenzenci zauważyli trafnie, że „dobro” Blondasa wynika jedynie z (niekorzystnych) zbiegów okoliczności (nie docenił Tuco!); Anielskie Oczko „mięknie” na widok szpitala wojskowego konfederatów i zostawia manierkę z wódką pielęgniarzowi, a Tuco zaskakująco jasno i dobitnie przedstawia swemu bratu – przeorowi klasztoru – argumenty, jakimi się kierował, wchodząc na drogę bezprawia. I to właśnie on – ten (wcale nie przerysowany) nadaktywny Meksykanin o ognistym temperamencie okazuje się najbardziej ludzki z całej trójki i najbardziej wystawiony na okrucieństwa wojny… I jakże celnie jednym zdaniem Tuco podważa system, który w dzisiejszych czasach nazwano neoliberalizmem: „Jeśli pracujesz na życie – po co zabijasz się pracą?”.

Partnerzy



Przewiń do góry