Aleksandra Piłsudska | Recenzja

M. Sikorska Aleksandra Piłsudska (1882-1963)

Ktoś kiedyś powiedział, że za sukcesem wielkiego mężczyzny zawsze stoi wyjątkowa kobieta. Ta sentencja idealnie pasuje do relacji łączącej Aleksandrę Szczerbińską i Józefa Piłsudskiego. Nie ulega przecież wątpliwości, że on był kimś wielkim, a ona miała cechy kogoś wyjątkowego. Wydawać by się mogło, że więcej ich dzieliło niż łączyło, ale to tylko pozory. Tak naprawdę wzajemnie się uzupełniali. Pytanie brzmi tylko jak żyło się Aleksandrze w gorsecie „Marszałkowej”? Ile musiało ją to kosztować wyrzeczeń wie tylko ona sama, ale zawsze twierdziła, że było warto.

Aleksandra Szczerbińska była osobą, która dla otoczenia na pewno nie pasowała do modelu kobiecości lansowanego na przełomie XIX i XX stulecia. Dziś powiedzielibyśmy, że była kobietą świadomą, wyzwoloną, a przede wszystkim samodzielną. Wówczas nie były to raczej pozytywne cechy charakteru. Dlatego też często spotykała się z krytyką, a nawet społecznym ostracyzmem. Takie postępowanie nie było do końca jej osobistą decyzją. To skutki jej dzieciństwa i młodości. Pochodziła bowiem z wielodzietnej rodziny i właściwie od zawsze była zdana sama na siebie.
Nie można powiedzieć, że rodzice jej nie kochali, ale na pewno nie dawali jej tyle ciepła ile pragnęła. Dodatkowo, życie w wielowyznaniowych i wielokulturowych Suwałkach także wiele ją nauczyło – przede wszystkim tolerancji i szacunku do każdego człowieka. Doświadczeń domu rodzinnego raczej nie przekładała na lata późniejsze – i jak się okazało – osiągnęła swój cel. Miała silną, a przede wszystkim kochającą się rodzinę.

Z brygadierem, a później marszałkiem Piłsudskim, połączyła ich najpierw praca konspiracyjna,
a następnie wielkie uczucie, przez które musieli znosić wiele niewygód. Komendant miał już przecież żonę a, będąc internowany i nie mógł być przy niej, kiedy tego potrzebowała. Długo musiała znosić samotne macierzyństwo i bycie „tą drugą”, nieoficjalną, wręcz kochanką. Z tym wszystkim tym sobie jednak poradziła i do końca stała przy mężu – także w najtrudniejszych chwilach, a po jego śmierci kultywowała jego pamięć. Można więc powiedzieć, że była żoną idealną. Pewnie nie udawało się to bez drobnych, czy większych sprzeczek, kłótni, czy różnic zdań, ale dzieje się tak zawsze, kiedy parę tworzą dwa silne charaktery. Najważniejsze jednak, że Wanda i Jadwiga czuły się szczęśliwe i bezpieczne.

Trzeba wspomnieć jeszcze o jednym. Pani Aleksandra doskonale dbała o małżonka. Przy całym swoim specyficznym sposobie bycia, był on przecież kompletnie niezdarny w zwykłej codzienności. Zresztą nigdy też się do tego nie garnął, sądząc, że całe życie spędzi samotnie. „Marszałkowa” nigdy nie czyniła mu o to zarzutów i nie próbowała go zmienić. Z pełnym zaangażowaniem i bez względu na wszystko walczyła jednak o szczęście rodzinne, uznając je
za najważniejszą wartość. Józef Piłsudski od początku do końca pozostał jej największą miłością.

Biografia pani Piłsudskiej jest chyba jedną z niewielu, o ile nie jedyną, tego typu publikacją
na naszym rodzimym rynku książki. Na pewno pierwszą taką, w której to ona jest na pierwszym planie. Dotychczas raczej wspominano o niej (nawet sporo) przy okazji opisywania działalności jej męża – zwłaszcza przez prof. Andrzeja Garlickiego. Nic w tym dziwnego, ale w pełni zasługuje ona na wydawniczą samodzielność. W jej przypadku jest przecież o czym pisać, a efekt naukowy, tak jak w tym przypadku okazuje się być jak najbardziej pełny i kompletny.

Za szarą okładką czytelnik znajdzie podzieloną na dwa etapy (do roku 1926 i po nim) życiorys bohaterki. Bardzo dobrze, że jest on pełnowymiarowy, a nie, tak jak to teraz bardzo modne skupia się na jakimś wycinku działalności, wplatając w niego pozostałe na zasadzie dygresji. Świetnym zabiegiem jest umieszczenie w narracji adekwatnych fragmentów wspomnień, zapisków, pamiętników samej Piłsudskiej lub osób z jej najbliższego otoczenia. Sprawia to,
że da się poczuć „ducha” opisywanych wydarzeń. Wiele z nich, także tych najbardziej znanych, przedstawiono zupełnie z innej perspektywy niż dotychczas (kobiety, żony, matki, partnerki). Czasami jednak w treści pojawiają się ewidentne niedociągnięcia językowe. Autorka w kilku miejscach nie do końca precyzyjnie wyraziła poprzez słowo to, co za pewne chciała oddać.

Więcej uwag mam jednak do strony warsztatowej i wydawniczej. Zacznę może od drobiazgu. Chyba pierwszy raz nie podoba mi się czcionka, której użyła Autorka. Jest zbyt mała i za bardzo „artystyczna”. Dodatkowo jeszcze przydałby się większa interlinia. W tym samym duchu można by powiedzieć o rozdziałach. Trochę niedobrze ze zaczynają się one i kończą często w połowie kartki i są numerowane cyframi arabskimi – dużo lepiej wyglądałyby rzymskie, ale może to siła mojego przyzwyczajenia. Wydaje mi się, że książka mogłaby też zawierać jeszcze więcej zdjęć. Zdarzają się jednak jej większe fragmenty bez ani jednego urozmaicenia dla oka. Na koniec zgłaszam postulat wydania książki w twardej oprawie – prezentowałaby się dużo godniej.

Ogólnie rzecz biorąc, całokształt prezentuje się zupełnie w porządku. Książka być może okaże się bramą do tego, aby odkryć tę niewątpliwie ważną dla Polski postać jeszcze lepiej ją zrozumieć. Publikacja na pewno wypełniła kolejną z wielu nieodkrytych białych kart naszej wspólnej przeszłości. Warto podjąć w tym względzie kolejne, oby równie udane kroki.

Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego

 Ocena recenzenta: 4/6

Dominik Majczak

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*