Amerykański liberał vs naziści

Służba ambasadorska jako „trudne i nieprzyjemne zadanie”

Dodd szybko przekonał się, iż wypełnianie obowiązków szefa placówki było nieporównywalnie bardziej wyczerpujące i czasochłonne, niż praca akademicka. Ubocznym skutkiem przeprowadzanych w Rzeszy zmian było notoryczne łamanie praw obywateli USA. Ambasador interweniował m.in. w sprawach naruszania nietykalności cielesnej rodaków przez bojówki SA. Z kolei stosowanie „paragrafu aryjskiego” uderzało w amerykańskie filie w Rzeszy zmuszane do zwalniania pracowników o „nieodpowiednim” pochodzeniu. Nowe realia uderzały również w środowisko korespondentów amerykańskich. Władze niemieckie zarzucały dziennikarzom pisanie artykułów „oczerniających reżim”. Na tym tle dochodziło do wydaleń „niepokornych” publicystów.

W działalności dyplomatycznej Dodda istotne miejsce zajmował również problem pogorszenia relacji handlowych między USA a Rzeszą. Na stosunkach handlowych obu państw ciążyła kwestia spłat amerykańskich kredytów oraz liczne powiązania amerykańskiego biznesu z Niemcami. Dodd wielokrotnie protestował wobec „machinacji” finansowych władz Rzeszy. Naziści robili bowiem wszystko, by uniknąć płacenia rat.

Istotny wpływ na relacje amerykańsko-niemieckie miała również „kwestia żydowska”. Prezydent Roosevelt stwierdził, że władze niemieckie traktują Żydów w sposób po prostu skandaliczny i Żydzi w naszym kraju są tym ogromnie oburzeni. Ale ta sprawa (…) nie leży w kompetencji rządu. Nic tu nie możemy zrobić, chyba że ofiarami prześladowań byliby obywatele amerykańscy, którym musimy zapewnić naszą ochronę. Poza tym należy uczynić wszystko, co będzie można, żeby pohamować prześladowania w drodze nieoficjalnych i osobistych kontaktów. Tak też starał się czynić Dodd. Jednak jego prośby, naciski i strofowanie nie przynosiły wymiernych rezultatów.

Zdaniem konsula Raymonda Geista nowemu ambasadorowi brakowało charyzmy i twardości niezbędnej do wzbudzenia szacunku ze strony Auswärtiges Amt i nazistów. Jako osoba cicha, wycofana, nie potrafił efektywnie bronić amerykańskich interesów. Wielokrotnie naiwnie wierzył w niemieckie obietnice, które nie miały później wymiernego efektu. Z kolei ambasador André François-Poncet zanotował, iż profesor po prostu niezbyt nadawał się do funkcji dyplomatycznych, które zmuszają nieraz do ukrywania swych myśli i uczuć. Francuz konstatował, iż profesor jako liberał zakuty i niezłomny szybko zaczął odczuwać do narodowego socjalizmu wstręt, którego nie próbował nawet ukrywać. Nie dziwi więc fakt, iż dom Dodda zasłynął jako oaza liberalnych myśli w totalitarnym Berlinie.

Ambasador dawał wyraz swym poglądom nie tylko w zaciszu domowym, ale również podczas publicznych wystąpień. Profesor chętnie odwoływał się w swych odczytach do wydarzeń historycznych. Słuchacze bez trudu mogli odnaleźć w owych nawiązaniach prztyczki do polityki nazistów. Zachowanie profesora wywoływało nieprzychylne reakcje nie tylko władz niemieckich, ale również Waszyngtonu. Podsekretarz stanu William Phillips pouczał Dodda, iż ambasador, który jest uprzywilejowanym gościem w kraju swojej akredytacji, powinien starać się nie okazywać publicznie niczego, co mogłoby być uznane za przejaw krytyki wobec kraju gospodarza, ponieważ w ten sposób traci ipso facto zaufanie jego najwyższych władz; od zaufania tego i dobrej woli zależy przecież sukces jego misji.

Postawa ambasadora negatywnie wpływała na jego kontakty z Auswärtiges Amt. Pod wpływem nacisków ze strony nazistów ówczesny minister spraw zagranicznych Konstantin von Neurath wielokrotnie odwlekał spotkania z ambasadorem. Była to swoista „kara” za krytykowanie reżimu. Ilość takich incydentów stopniowo wzrastała, czyniąc służbę dyplomatyczną mało efektywną.

Mała skuteczność działań ambasadora wynikała po części z postawy Departamentu Stanu. Jego sugestie, by usztywnić politykę wobec nazistów, trafiały w próżnię. Trudną sytuację w jakiej znalazł się profesor dobrze podsumowała korespondentka Sigrid Schultz. Dziennikarka notowała: Waszyngton nie wspierał go tak, jak należało wspierać ambasadora na placówce w nazistowskich Niemczech, częściowo dlatego, że aż nazbyt wielu ludzi w Departamencie Stanu pasjami lubiło Niemców i ponieważ zbyt wielu wpływowych biznesmenów w naszym kraju uważało, iż z Hitlerem można robić interesy. Nie pomagał mu również fakt bycia „człowiekiem prezydenta”. Co prawda, Roosevelt z uwagą i zrozumieniem wysłuchiwał relacji Dodda, jednak była to tylko zagrywka rasowego polityka.

Skromny profesorek

Piętą achillesową nowego ambasadora okazało się być dopasowanie do wymogów berlińskiej high society. Zdaniem Ernsta „Putzi” Hanfstaengla w chwili gdy potrzebowaliśmy krzepkiego milionera zdolnego stawić czoła ostentacji nazistów, on poruszał się tu niepewnie, unikając rozgłosu, jak gdyby wciąż znajdował się w kampusie swego college’u. Dodd nie był „zwierzęciem salonowym” i nie najlepiej odnajdował się w przyzwyczajonym do blichtu i luksusu korpusie dyplomatycznym. Mnożyły się zaproszenia na przyjęcia rządowe, premiery teatralne i operowe, imprezy organizowane dla cudzoziemców oraz spotkania urządzane przez osoby prywatne. W dzienniku zapisał: to straszne być tak wciąż zmuszanym do brania udziału w tych męczących ceremoniałach, ale wydaje się, że bez nich nie można się tu obejść. Wśród członków korpusu Dodd zasłynął „nieprzepisowo” wczesnym opuszczaniem przyjęć. Jego zachowanie nierzadko wywoływało konsternację i kąśliwe uwagi.

Ambasador Dodd miał również „obowiązek” wydawać własne przyjęcia. Będąc człowiekiem oszczędnym krytycznie podchodził do „marnowania funduszy na zabawy”. Z tego względu wydawane przez niego przyjęcia miały bardziej kameralny charakter a ich ilość była ograniczona do minimum. Dodd nie był człowiekiem majętnym, a jego ambasadorskie uposażenie wynosiło jedynie 17 500 dolarów. Profesor w swym dzienniku zapisał, iż wyrażając zgodę na objęcie (…) stanowiska, zastrzegłem sobie, że nikt nie będzie mógł mieć do mnie pretensji, jeżeli ograniczę swoje wydatki w Berlinie do wysokości otrzymywanego uposażenia. Nie byłem w stanie odgrywać roli bogatego człowieka, (…) kosztem swej rodziny i przyjaciół. W ten sposób jednak ambasador USA sytuował się na własne życzenie na obrzeżach świata dyplomatycznego. Profesor zdawał się nie dostrzegać potencjału tego typu imprez, które ułatwiały pozyskiwanie sojuszników na szczytach władzy w Niemczech oraz zdobywanie przydatnych informacji.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*