Twarz niewinna jak u chłopca, serce zahartowane jak stal – właśnie tak wyglądał człowiek, który potrafił zatrzymać całe armie. W fińskich lasach rodziła się legenda, której imię wrogowie wymawiali szeptem: Biała Śmierć. To opowieść o ciszy, która zabijała skuteczniej niż huk armat.
Koniec wojny to zawsze moment refleksji nad ludzkimi losami i czynami, a w przypadku snajperów to historia jednostek, które w pojedynkę i w ukryciu, zmieniały bieg bitew. W świecie konfliktu, gdzie masowe starcia decydowały o zwycięstwach i porażkach, oni pozostawali w cieniu, działając z precyzją, chłodem i stalowymi nerwami. Właśnie na tym skupia się książka Snajperzy drugiej wojny światowej od Wydawnictwa RM, która wplata w swoją narrację fragmenty relacji z pierwszej ręki, opisy psychologiczne i dogłębne analizy. Dzieło to, napisane przez uznanych historyków wojskowości, m.in. Rogera Moorhouse’a i Toma C. McKenney’a, przenosi czytelnika w świat tych elitarnych strzelców, odkrywając ich niezwykłe umiejętności i tragiczne historie.
To może wprawiać w zakłopotanie. Twarz, która spogląda z fotografii, wydaje się należeć do kogoś, kto dopiero co przestał być dzieckiem. Gładka, chłopięca buzia, o wyglądzie niemal aniołka, oczy osadzone blisko siebie, pełne usta. Zdjęcie całej sylwetki nie zmienia tego wrażenia młodości i niewinności. Simo Häyhä, mierzący 160 cm wzrostu, a więc niewiele więcej niż jego karabin, wygląda jak chłopiec, któremu kazano wykonywać zajęcie przeznaczone dla mężczyzn.
Trudno uwierzyć, że stał się jednym z najgroźniejszych snajperów drugiej wojny światowej, człowiekiem, któremu – spośród uczestników wszystkich ważniejszych wojen – przypisuje się największą liczbę potwierdzonych zabitych. Jego współcześni nadali mu przydomek „Biała Śmierć”.
Mimo całej swojej późniejszej sławy Simo Häyhä był prostym człowiekiem. Urodził się jako siódmy z ośmiorga dzieci w 1905 roku blisko miasta Rautjärvi na południu Wielkiego Księstwa Finlandii, wówczas części Imperium Rosyjskiego. Dzieciństwo spędził na rodzinnej farmie hodującej kilka koni i inne zwierzęta, w skromnych warunkach, w otoczeniu pól buraków cukrowych i lasów. W takim środowisku uczył się niezależności i sztuki przetrwania, które później tak skutecznie wykorzystywał.
Podobnie jak wielu innych z jego pokolenia, Häyhä upajał się patriotycznym zapałem, towarzyszącym odzyskaniu niepodległości przez Finlandię w wyniku upadku władzy carskiej w 1917 roku. Kilka lat później został powołany do osobistej służby na rzecz nowego państwa – w wieku 17 lat zgłosił się do Gwardii Cywilnej.
Cichy, opanowany i nierzucający się w oczy, Häyhä szybko ujawnił zdolności w posługiwaniu się bronią, osiągając kilka znaczących sukcesów i zdobywając tytuł najlepszego strzelca w lokalnych i regionalnych zawodach strzeleckich. W roku 1925 Häyhä został powołany do fińskiej armii, w której służył 15 miesięcy, awansując do stopnia kaprala. W 1927 roku zrezygnował z wojska i wrócił na rodzinną farmę. Nie mógł wówczas podejrzewać, co szykuje mu los.
W okresie międzywojennym istnienie Finlandii, podobnie jak innych państw powstałych w wyniku rozpadu Imperium Rosyjskiego, było raczej niepewne. Sowieci postrzegali sąsiednie kraje głównie przez pryzmat ideologii, jako wrogów, których należy nawrócić, i jako terytoria, które należy zająć. Wynikało to z przemieszania dawnego rosyjskiego nacjonalizmu z myśleniem rewolucyjnym. Obszary, które wcześniej stanowiły część Imperium Rosyjskiego, takie jak Finlandia, były zagrożone w pierwszej kolejności próbą zmiany sowieckich granic.
Relacje Finlandii ze Związkiem Sowieckim były pozornie poprawne, a nawet niekiedy serdeczne, ale w kraju panowały nastroje antykomunistyczne. Pakt o nieagresji został podpisany między dwoma krajami w 1932 roku i odnowiony dwa lata później, ale do połowy lat 30 Związek Sowiecki nieustannie zaznaczał swoją obecność i prężył muskuły, na przykład ograniczając ruch fińskich statków handlowych na wodach między jeziorem Ładoga i Zatoką Fińską. Do końca dekady strach przed sowiecką ekspansją stał się we wschodnich krajach bałtyckich powszechny. Wpływy Moskwy dawało się odczuć na ogromnych obszarach.
Wraz z inwazją niemiecką na Polskę we wrześniu 1939 roku i wybuchem wojny światowej jawna agresja stała się codziennością. Finlandia, tak jak jej bałtyccy sąsiedzi, szybko stanęła do konfrontacji z nową polityczną rzeczywistością. W postanowieniach tajnego protokołu niemiecko-sowieckiego, który ujawniono dopiero w 1945 roku, Finlandia i kraje bałtyckie zostały uznane za „sowiecką strefę wpływów”. W związku z tym pod koniec września 1939 roku ministrowie spraw zagranicznych Łotwy, Litwy i Estonii zostali zaproszeni do Moskwy na „rozmowy”, które zaowocowały w następnym miesiącu podpisaniem układów o „wzajemnej pomocy”, wiążących te kraje ze Związkiem Sowieckim i zapoczątkowujących proces wchłaniania ich przez wielkiego sąsiada. Finlandia była następna w kolejce.
Dokładnie tego samego dnia, w którym Hitler odbierał defiladę swoich zwycięskich oddziałów w Warszawie, czyli 5 października 1939 roku, Stalin rozszerzył swoje „zaproszenie do rozmów” w Moskwie o Finlandię. Finowie przyjęli je z rezerwą. Wysłany do Moskwy doświadczony negocjator Juho Paasikivi wysłuchał sowieckich żądań, obejmujących przesunięcie na północ granicy w Przesmyku Karelskim, niedaleko od Leningradu, oraz 30-letnią dzierżawę portu Hanko u wejścia do Zatoki Fińskiej.
Sowiecka logika była przejrzysta. Podczas wybuchu drugiej wojny światowej współdziałali z Niemcami nawet w jesiennej inwazji na Polskę. Zamierzali poczekać i popatrzyć, jak siły kapitalistycznego Zachodu wykrwawiają się wzajemnie – jak podczas pierwszej wojny światowej – przyspieszając w ten sposób „nieunikniony” tryumf komunizmu. Do tego czasu Moskwa musiała wzmocnić obronę, rozlokować siły i wprowadzić pewne zmiany w granicach.
Finowie nie mieli jednak zamiaru przystać na sowieckie żądania, które uznali za delikatną zapowiedź tego, co nastąpi później; nie przekonywała ich oferowana rekompensata. Do tej pory otrzymali niewielkie wsparcie od swoich sąsiadów ze Skandynawii i od sojuszniczych Niemiec, które zresztą nalegały na podporządkowanie się sowieckim warunkom. Po trzech tygodniach bezowocnych negocjacji delegacja fińska wróciła do kraju w połowie listopada, nie osiągnąwszy porozumienia. Ponieważ próby zastraszenia i „negocjacje” nie powiodły się, Moskwa musiała znaleźć inny sposób, aby zmusić sąsiadów do podporządkowania. Przed końcem miesiąca Związek Sowiecki i Finlandia znalazły się w stanie wojny.
Teoretycznie inwazja sowiecka na Finlandię zimą 1939 roku powinna być prostym przedsięwzięciem: 26 dywizji i 1 000 000 żołnierzy przygotowanych przez Armię Czerwoną powinno wystarczyć, aby zmieść zaledwie 10 dywizji i 300 000 żołnierzy armii fińskiej. Jakkolwiek by oceniać, przewaga Sowietów była przytłaczająca – mieli trzykrotnie więcej żołnierzy, trzydziestokrotnie więcej samolotów i sto razy więcej czołgów niż Finowie. Na głównej linii frontu, biegnącej przez Przesmyk Karelski, siły sowieckie liczyły 120 000 ludzi, 1400 czołgów i 900 dział artyleryjskich, podczas gdy fińscy obrońcy mieli do dyspozycji 21 000 ludzi, 71 dział artyleryjskich i 29 dział przeciwpancernych1. Poza tym Moskwa była przekonana, że fińska klasa robotnicza wesprze komunistycznych „wyzwolicieli” i posłuży jako piąta kolumna za liniami wroga.
Rzeczywistość okazała się inna. Sowiecka przewaga liczebna i sprzętowa niewiele znaczyła w ekstremalnych warunkach fińskiej zimy. Większość terenów, przez które maszerowali żołnierze Armii Czerwonej, była pozbawionym dróg pustkowiem, pokrytym śniegiem i gęstymi lasami, porozcinanym siatką zamarzniętych jezior, rzek i bagien, stanowiących dla zmechanizowanej armii przeszkodę nie do przejścia. Ponadto na południu, po drugiej stronie Przesmyku Karelskiego, na północ od Leningradu – a więc tam, gdzie spodziewano się ataku sowieckiego – fińscy inżynierowie zbudowali rozległą sieć bunkrów, okopów, przeszkód i szańców, nazwaną linią Mannerheima. Warunki terenowe neutralizowały techniczną przewagę sowiecką.
Nie można zapominać, że jakość oddziałów obrońców była znacząco różna od spodziewanej przez Moskwę. Finowie nie zamierzali witać Armii Czerwonej. Przeciwnie – byli zdecydowani bronić swojego kraju. Ich morale było wysokie, co ilustruje dowcip, który krążył owej zimy: „Jest ich tak dużo, a nasz kraj taki mały… Gdzie my ich wszystkich pochowamy?”. Finowie mogli także powołać do wojska znaczną liczbę rezerwistów, takich jak Simo Häyhä, aby wzmocnić swoje siły. Choć dla wielu z nich brakowało nowoczesnego sprzętu, a czasem nawet karabinów, byli członkowie Gwardii Narodowej dysponowali cenną znajomością swoich terenów, a także umiejętnościami niezbędnymi do przetrwania.
Armia sowiecka była natomiast źle przygotowana. Wciąż podnosiła się po brutalnych czystkach sprzed kilku lat, które doprowadziły do usunięcia z jej szeregów 80 procent starszych oficerów i dowódców. Była poważnie osłabiona o morale nadszarpniętym przez kiepskie wyszkolenie i słabych dowódców. Mimo że w porównaniu z przeciwnikami Sowieci byli dobrze wyposażeni, żołnierzom brakowało zimowych ubrań i ekwipunku maskującego, mających podstawowe znaczenie przy prowadzeniu działań w podbiegunowych warunkach. Większość czołgów i pojazdów, które przekroczyły tej zimy fińską granicę, była pomalowana ochronnym kolorem khaki – takim, jaki miały też mundury żołnierzy. Trudno było ich nie zauważyć na tle oślepiającej bieli fińskiej zimy.
Sowieci zawinili także, wykazując się zaskakującym brakiem przebiegłości i inwencji taktycznej. W większości wypadków usiłowali po prostu zmiażdżyć przeciwników zmasowanym atakiem frontalnym. W efekcie działali z nadmierną ostrożnością, tracąc dynamikę, a najmniejszy opór Finów mógł ich powstrzymać na wiele godzin. Taka taktyka bardzo odpowiadała Finom. Biorąc pod uwagę warunki, a więc niewielką liczbę dróg i szlaków umożliwiających przejście przez lasy, szturmy sowieckie szybko zmieniały się w nieprawdopodobne korki, pozwalające fińskim obrońcom na prowadzenie ataków angażujących względnie niewielu ludzi.
Ponieważ sowieckie natarcie utknęło, Finowie przystąpili do kontrataku, wykorzystując małe oddziały narciarzy do oskrzydlania najeźdźców i odcinania ich od kolumn z zaopatrzeniem. Długie noce skandynawskiej zimy także pomagały fińskim wojskom, wyspecjalizowanym w nękaniu wrogów i tworzeniu zasadzek. Pozwalały bowiem działać pod osłoną ciemności, często z wykorzystaniem improwizowanych materiałów wybuchowych lub słynnego koktajlu Mołotowa. Finowie nie stronili także od metod niekonwencjonalnych.
Ich oddziały często wybierały jako cel kuchnie polowe wroga, co prowadziło do szybszego wyniszczenia atakujących głodem. Z czasem fińskie metody zmieniły się w uznaną taktykę, polegającą na rozcinaniu grup sił sowieckich i okrążaniu ich, a następnie niszczeniu za pomocą ciągłych ataków, wykorzystując surowość zimy, podczas której temperatura spadała do –25°C. Taktykę tę nazwano motti, od fińskiego słowa określającego jednostkę miary pociętego drewna przygotowanego na opał. Sugerowało to dość ponuro, że otoczonym siłom sowieckim pozostaje tylko czekać na spalenie.
Działając w ten sposób, Finowie odnieśli kilka istotnych sukcesów: w wigilię Bożego Narodzenia 1940 roku sowieckie dywizje 139. i 75. zostały doszczętnie rozbite. To samo stało się z dywizjami 163. i 44. w początkach stycznia. Ta ostatnia została wysłana z pomocą dla 163., która napotkała silny opór w pobliżu Suomussalmi. Dywizję 44 szybko spotkał taki sam los. Rozciągnięta na długości 30 kilometrów wąskiej drogi otoczonej jeziorami i gęstymi lasami, nie mogła się przebić przez umocnioną blokadę na drodze.
3ekKolumna, nękana przez szybko poruszające się oddziały na nartach, rozpadała się stopniowo na coraz mniejsze części, a zimno i głód dopełniały dzieła zniszczenia otoczonych oddziałów. Kolejne grupy zmiatane były jedna po drugiej. To zwycięstwo istotnie poprawiło wyposażenie Finów, którzy zdobyli 43 czołgi, 50 dział polowych, 270 pojazdów motocyklowych i ponad 6000 karabinów. Uważa się, że poległo około 40 000 żołnierzy sowieckich.
Kolejna taktyka będąca fińską specjalnością polegała na wykorzystaniu snajperów. Biorąc pod uwagę w większości statyczny charakter konfliktu po zatrzymaniu ruchu wojsk sowieckich, snajperów wykorzystywano zarówno do zwiększenia efektu działań na linii frontu, jak i do zmniejszania liczby okrążonych motti. Ich użycie przy likwidowaniu motti miało duże znaczenie taktyczne, ale i psychologiczne: snajperzy mogli znacząco zwiększać cierpienia otoczonych oddziałów, biorąc na cel na przykład dowódców lub koncentrując ogień na podchodzących do obozowego ogniska. Jednym ze snajperów był właśnie Simo Häyhä.
Tekst jest fragmentem książki Snajperzy drugiej wojny światowej Wydawnictwa RM.