Bitwa pod Osuchami – największa bitwa partyzancka

Epilog

Los tych, co zostali w okrążeniu, został przypieczętowany.

Przygotowania do egzekucji pojmanych partyzantów w okolicach leśnego uroczyska Maziarze, 25 czerwca 1944 r.  Zdj. Wikimedia Commons
Przygotowania do egzekucji pojmanych partyzantów w okolicach leśnego uroczyska Maziarze, 25 czerwca 1944 r.
Zdj. Wikimedia Commons

Część próbowała jeszcze stawiać opór Niemcom, jak choćby otoczony przez hitlerowskie żołdactwo zażarcie broniący się „Woyna”, który zabił wielu nieprzyjaciół, zanim sam – obrzucony granatami – oddał życie. Jednak pobitewna dezorganizacja i chaos uniemożliwiły Polakom jakiekolwiek skuteczne, większe działanie.

Liczący na możliwość przeżycia partyzanci ukrywali rannych kolegów w bagnach i zaroślach, obiecując im powrót po przejściu niemieckich jednostek. Wielu z nich nie odnaleziono już nigdy: gęsta roślinność nadrzecznych okolic Puszczy uniemożliwiała dobrą orientację terenową.

Niejeden ze znalezionych przez Niemców partyzantów został rozstrzelany na miejscu. Wielu zabito ukrytych pod drzewami, na czubkach sosen, w zagajnikach. Reszta trafiła do niewoli. Czekała ich niepewna przyszłość, naznaczona wrzaskami rozwścieczonych hitlerowców. Hitlerowców, którzy też nie oszczędzili mieszkańców Osuch i innych, sąsiednich wiosek.

Dla schwytanych pod Osuchami Polaków Niemcy utworzyli obóz jeniecki w Biłgoraju. Część z więźniów, po brutalnym śledztwie w dniu 4 lipca 1944 r. została związana drutem kolczastym i wywieziona do lasu na terenie dzielnicy Rapy. Tam sześćdziesięciu kilku partyzantów hitlerowcy bez litości rozstrzelali. W tym samym miejscu też ich pochowano – niejednego żywcem, gdyż nie każdy strzał okazał się śmiertelny. Co szczególnie charakterystyczne, naziści nie oszczędzali i kobiet, jak choćby zamordowanej tam harcerki Wandy Wasilewskiej. Übermenschen nie znali zmiłowania nawet mimo faktu, że Sowieci byli tuż tuż: do samego Biłgoraja radzieckie wojska wkroczyły niespełna miesiąc później.

Na koniec słów kilka

Pamiętam, jak w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy byłem uczniem drugiej klasy jednej z biłgorajskich szkół podstawowych, wychowawczyni mówiła nam o lesie. I wspomniała, że po dziś dzień zdarza się, iż ktoś znajduje wiszący na czubku drzewa żołnierski pas. Taki pas oznacza, że przypiął się tam partyzant mający nadzieję, iż Niemcy go nie znajdą. Gdy zaś ci go zastrzelili, to potem zostawili samemu sobie. Z czasem pas ów został jedyną rzeczą, jaka po nim została.

Mam gdzieś w swojej biblioteczce raport z sekcji zwłok, które po wojnie znajdowano w okolicach Osuch. Jest to jeden z najbardziej przejmujących dokumentów, jakie znam.

Cmentarz partyzancki w Osuchach. Zdj. Wikimedia Comons
Cmentarz partyzancki w Osuchach.
Zdj. Wikimedia Comons

Bitwa pod Osuchami była największą samodzielną bitwą partyzancką drugiej wojny światowej. Jeśli zaś nie liczyć powstania warszawskiego, to całość działań w Puszczy Solskiej była też największą zorganizowaną akcją w historii ówczesnego polskiego podziemia. Śmierć w niej poniosło kilkuset – mówi się o około połowie tysiąca – Polaków. Zginął nieszczęsny „Kalina”, zginęło wiele, często bezimiennych, młodych osób. Straty niemieckie oficjalnie nie są znane. Pojawiały się różne, mniej i bardziej wiarygodne doniesienia na ich temat, jednak ze względu na brak ogólnie przyjętych danych nie będę ich tu przytaczał.

Ale historia znad Sopotu, mimo ogromnych rozmiarów ludzkiej tragedii, nie jest dziś zbyt znana. Nie kręci się o niej kasowych filmów, nie jest wykorzystywana w historycznych pogadankach, milczą o niej szkolne podręczniki. Imion jej bohaterów próżno szukać wśród ulic głównych miast Polski. Znane zespoły metalowe nie nagrywają o niej utworów. Może dlatego, że tutaj partyzanci nie walczyli wśród upadających, niegdyś wspaniałych kamienic Stolicy? Ich wstrząsająca, niemal stanowiąca fabułę horroru śmierć w cuchnących bagnach miała dużo mniej romantyzmu niż ta, którą inni niedługo później ponosili na barykadach Starego Miasta, Pragi i Żoliborza.

Ale i tak na warszawskim Grobie Nieznanego Żołnierza znajduje się napis: „Puszcza Solska 1944”.

W czerwcu tego roku odbędą się w Osuchach kolejne uroczystości rocznicowe. Nie będę mógł ich odwiedzić. Niemniej w ubiegłych latach starałem się tam bywać. Zawsze miała tam miejsce msza święta, przemowy przedstawicieli lokalnych władz, rekonstrukcja historyczna. Przyjeżdżały grupy rekonstruktorskie z Biłgoraja, Warszawy, innych miast. Biłgorajskie muzeum organizowało wystawę broni, wojsko z Zamościa oddawało salwy honorowe. Byli też widzowie – wielu szczerze zainteresowanych, ale też dużo osób chyba nie do końca wiedzących, gdzie są: spacerujących z kolorowymi balonikami, wesoło żartujących i rozglądających się, czy przypadkiem gdzieś nie są sprzedawane kiełbaski z grilla. Dziwnym uczuciem był dla mnie kontrast między tymi osobami oraz świadomością tego, że właśnie spacerujemy po ziemi, która wypiła dziesiątki litrów krwi młodych, nieszczęśliwych ludzi.

Zawsze byli też kombatanci. Tych z roku na rok mniej. Wielu w mundurach z oficerskimi pagonami, wielu z przywieszonymi dawnymi odznaczeniami. Pamiętam, jak dobre dziesięć lat temu uroczystości swoją obecnością zaszczycił wspominany wyżej „Selim”. I wiem, że za kilka, najwyżej kilkanaście lat Oni już Osuch odwiedzać nie będą.

Poczty sztandarowe podczas uroczystości rocznicowych w Osuchach, 27 czerwca Zdj. Wikimedia Commons
Poczty sztandarowe podczas uroczystości rocznicowych w Osuchach, 27 czerwca Zdj. Wikimedia Commons

Dołączą do dziesiątków swoich kolegów, dla których ostatnim widokiem były drzewa Puszczy Solskiej i płynące wody Sopotu. Dla których ostatnim dźwiękiem były suche trzaski karabinów, niemieckie wrzaski, polskie wołania o pomoc. Których duża część spoczywa na cmentarzu w Osuchach – niewielkiej powierzchniowo nekropolii, będącej jednakże największym partyzanckim cmentarzyskiem Europy.

Na tym leśnym cmentarzu rzucają się w oczy sąsiadujące groby dwójki młodych ludzi. Jeden z nich był ciężko rannym, dwudziestokilkuletnim partyzantem, który który nie chciał opóźniać marszu wycofujących się przez lasy jednostek. Gdy poprosił, aby go porzucono, dowódcy wyrazili zgodę. W grobie obok spoczywa koleżanka z oddziału, która zdecydowała, że nie zostawi go samego. Gdy później dopadli ich Niemcy, nie zostało im zbyt wiele – chłopak najpierw zastrzelił dziewczynę, a potem odebrał sobie życie.

Czy nie warto się zatrzymać, chwilę nad tym pomyśleć i uświadomić sobie, jak ogromnej tragedii uczestnikami byli ludzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu? I o jak wielu rzeczach, czasem wręcz nie mieszczących się nam w głowie, mogą powiedzieć ostatnie, jeszcze żyjące osoby tamtego pokolenia? Ono niedługo odejdzie, tak samo, jak kombatanci z osuchowskich uroczystości.

Czy nie warto byłoby ich czasem poprosić o przytoczenie choćby kilku wspomnień?

Krzysztof Jan Rudy

Pisząc ten tekst oparłem się głównie na książce niedawno zmarłego prof. Jerzego Markiewicza, zatytułowanej słowami „Paprocie zakwitły krwią partyzantów”. Źródłem wiadomości były też dla mnie inne publikacje historyczne, książkowe, broszurowe i gazetowe, traktujące o dziejach Biłgorajszczyzny, Zamojszczyzny oraz tamtejszej partyzantki. Korzystałem też z osobistych wspomnień mieszkańców regionu.

3 komentarze

  1. Bardzo ładny artykuł. Można się wczuć w dramat tych młodych i dzielnych kombatantów. Chwała i cześć bohaterom. ,

  2. Wczoraj odbyła sie premiera filmu dok. „Chłopcy z lasu”.
    Chciałam się odnieść do Pana uwag na temat balonikow, kiełbasek itp. Nie zgadzam się z Panem. Wkrótce wymrą Ci, którzy pamiętają bezpośrednio. Zostaną tylko Ci, którzy przychodzili z rodzicami na uroczystości, być może nawet z balonikiem (czego wymagać od kilkuletniego dziecka?) , może nawet Ci, którzy do Osuch przyjeżdżaja z daleka i coś zjeść muszą, choćby kiełbaskę. Najważniejsze, żeby przyjeżdżali, wiedzieli co sie tam wydarzyło i budowali swoją tożsamość.Zresztą porównując moją pierwsza wizytę sprzed kilkunastu lat i ostatnią sprzed 2 lat mogę stwierdzić, że uroczystość traci sój żałobny charakter a zmienia się w kierunku uroczystości patriotycznej.

  3. Katarzyna Jaworska

    Szukam informacji o moim wujku – Eugeniuszu Jaworskim pseudonim „Halny”, który walczył u boku „Wira” i zginął w bitwie pod Osuchami. Brał udział w kursie dla Młodych Dowódców prowadzonym przez Konrada Bartoszewskiego I zasłużył się wraz z dr Pojaskiem dla Szpitala Leśnego. Może ma ktoś dostęp do dokumentów, zdjęć…

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*