Jak zdobyto stolicę „Szwabii” u stóp tajemniczych Riesengebirge

Tymczasem decyzja co do jego przyszłych losów zapadła już dwa dni wcześniej,  21 kwietnia. Wtedy to bowiem zebrała się, wyłoniona w nocy z 20 na 21 kwietnia 1945 r. z inicjatywy komórki PPR przy urzędzie pełnomocnika okręgowego, Międzypartyjna Komisja Kwalifikacyjna, składająca się członków PPR, PPS i SL, której zadaniem było typowanie pełnomocników na poszczególne obwody. Komisja ta 21 kwietnia dokonała obsady urzędów pełnomocników, kierując się nadzwyczaj prostą zasadą, że funkcje te w powiatach rolniczych obejmą członkowie SL (Stronnictwo Ludowe), a w powiatach przemysłowych przedstawiciele partii robotniczych. Rzecz jasna nie brano pod uwagę negującej dyktaturę proletariatu mikołajczykowskiej PSL.

Pierwszy po Bogu i jego „silna” grupa operacyjna

Formalne obsadzenie stanowisk pełnomocników obwodowych dla okręgu dolnośląskiego nosiło prowizoryczny charakter, albowiem oficjalnie miał ich dopiero udzielić, na wniosek Piaskowskiego, pełnomocnik generalny rządu PRL, wiceminister, towarzysz Edward Ochab, jednak już od następnego dnia po przybyciu do Trzebnicy, znajdując w posiadaniu konkretnych „przydziałów”, pełnomocnicy obwodowi przystąpili do montowania zespołów mających udać się w teren.

Postawiony przed faktem dokonanym Tabaka, z pewnością wpadł w niemałą konfuzję: „Nie bardzo przypadło mi do gustu, że mam jechać właśnie do Jeleniej Góry. Słyszałem, że tam w ogóle nie ma Polaków. To był przecież koniec kwietnia 1945 roku”.

W maju 1945 r. nie było niestety łatwo znaleźć odpowiednich współpracowników do tak niebezpiecznej i trudnej pracy, jaką jawiło się organizowanie polskiej administracji na Ziemiach Odzyskanych, nieoficjalnie określanych mroczną nazwą „Szwabia”.

Ziemie Zachodnie stawiały przed przyszłymi urzędnikami o wiele większe problemy niźli te, z którymi spotykali się w swej dotychczasowej działalności. Przede wszystkim praca na wyzwolonym, zdobytym lub też w zależności od punktu widzenia właśnie uzyskanym Dolnym Śląsku była niebezpieczna i to właśnie odstraszało wielu kandydatów. Ponadto rysujący zakres obowiązków i stopień ich trudności, konieczność budowania od podstaw oraz poza bezpiecznym zapleczem polskiej państwowości stawiał przed urzędnikami tak wysokie wymagania administracyjno-organizacyjne, że tylko niektórzy z nich godzili się na objęcie tych funkcji. W cenie były inicjatywa, pomysłowość, improwizacja, a partia wymagała oddania…

O tym, że praca organizowania administracji polskiej na Ziemiach Odzyskanych nie będzie łatwa, podkreślał również mgr Piaskowski w wydanym 2 kwietnia 1945 r. zarządzeniu nr 1: „Praca będzie trudna i odpowiedzialna, nie będzie ograniczonych godzin urzędowania, toteż będę się starał, by zapewnić wszystkim pracownikom możliwie jak najlepsze warunki mieszkaniowe i żywnościowe”.  Przy okazji, aż prosi się o dygresję odnośnie do swojskiego i już na zawsze zrośniętego z pierwszą, powojenną fazą polskiego komunizmu, terminu Ziemie Odzyskane, który jednak wywodzi się z poprzedniej epoki, sygnowanej dekretem prezydenta Ignacego Mościckiego z 11 października 1938 r.

Przy dobieraniu współpracowników każdy z pełnomocników zdany był na własną przedsiębiorczość i inwencję, ponieważ zwierzchnicy ograniczali się zaledwie do minimalistycznie pojmowanych aktów nominacyjnych. Wobec tego wszyscy pełnomocnicy obwodowi w liczbie 39 zmuszeni byli sami wyszukiwać odpowiednich ludzi. Odbywało się to w sposób dosyć zabawny, aczkolwiek stosownie do ówczesnych pionierskich czasów. Jak wspomina jeden z organizatorów polskiej służby bezpieczeństwa, czyli osławionej bezpieki, Mieczysław Baraniak: „Pełnomocnicy na poszczególne powiaty, zwani przez nas starostami kręcili się wśród ludzi, gdzie pojawił się ktoś nowy z miejsca był agitowany. Każdy z nich chwalił swoje i chciał mieć gotowy zespół ludzi”.

Sposób przeprowadzania rekrutacji do administracji polskiej trafnie ilustruje także wypowiedź innego pioniera budowy życia polskiego na ziemi Dolnośląskiej, Bolesława Królikowskiego: „Zazwyczaj starostowie wywieszali na widocznym miejscu kartki oferujące kandydatom stanowiska w przyszłych urzędach powiatowych i miejskich. Niektórzy sami węszyli i szperali wybierając i dobierając sobie ludzi, mogli przy tym właściwie kierować się tylko wyczuciem, intuicją”.

Podobnie postępował Wojciech Tabaka, który niestrudzenie „węsząc i szperając” organizował swoją kadrówkę. Nie wywieszał żadnej karteczki. Kręcił za to nieustannie, niczym na giełdzie wśród przybyłych do niewielkiej Trzebnicy ludzi, zagajał i rozmawiając albo raczej prowadząc negocjacje, wyszukiwał odpowiednich kandydatów.

W ten sposób przyszły starosta jeleniogórski skompletował grupę administracyjną, w skład której oprócz niego wchodziło sześciu kandydatów na urzędników, jakkolwiek bez potrzebnego wykształcenia administracyjnego oraz jedyna „fachowa siła” w tej grupie – kucharka. Poza „urzędnikami” zdołał zebrać jeszcze dziesięciu milicjantów.

Sam Tabaka następującymi słowami scharakteryzował swój zespół: „Szukam ludzi, ale nie znajduję takich, którzy by się znali na administracji. Starszy sierżant powiatowy, komendant Franciszek Giemza organizuje dziesięcioosobową grupę funkcjonariuszy. Zaledwie czterech z nich potrafiło posługiwać się bronią. Pozostałych trzeba było na gwałt szkolić. Broń dostawali różną, jak popadło. Do administracji zwerbowałem siedem osób. Niewiele się na niej znają, ale byli chętni do wyjazdu, a chyba też i głodni wrażeń”.

Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*