Kazimierz Wierzyński | część 2

W niniejszym szkicu zostało ukazane barwne życie Kazimierza Wierzyńskiego w okresie zaborów i II Rzeczypospolitej. Obok wielu działań i sukcesów na polu literatury, lata 1894-1939 związane są z eksplozją sportowych zainteresowań Wierzyńskiego i jego imponującym dorobkiem intelektualnym w tej dziedzinie. O sile pasji poety, ale także o rosnącym znaczeniu sportu w życiu społecznym, świadczyć może fakt, iż w dwudziestoleciu międzywojennym w warszawskich kręgach towarzysko-artystycznych zaczęto powtarzać za Antonim Słonimskim, że Wierzyński jest „najlepszym poetą wśród sportowców i najlepszym sportowcem wśród poetów”.

Nowa, masowa namiętność

Wierzyński z zainteresowaniem śledził rozwój ruchu sportowego i również w tym aspekcie miał wiele interesujących spostrzeżeń. Los sprawił, że urodzony pod koniec XIX wieku obserwował jego nowoczesne początki, krzepnięcie zorganizowanych form. A przede wszystkim był świadkiem narodzin sportu w Niepodległej Polsce. W „Pamiętniku poety” pisał, że: (…) trudno było wówczas nie dostrzec rozwoju sportu. W roku 1920 odbyły się w Antwerpii po raz pierwszy po wojnie światowej igrzyska olimpijskie, w roku 1924 po raz drugi w Paryżu. W Antwerpii Polacy nie wzięli udziału, zajęci wojną z Sowietami, w Paryżu wzięli, ale nie odegrali żadnej roli. Nie przeszkodziło to ciągnąć szeroki wiewem po całej Polsce. Był to ruch samorodny i prymitywny, ale namiętny i porywający. Lwów i Kraków miały najstarsze w nim tradycje i stanowiły jakby akademię dla reszty kraju, gdzie Warszawa, Poznań, Łódź i Śląsk sięgały w różnych dziedzinach po pierwszeństwo. Piękny park, zwany Agrykolą, miał jedyną w stolicy bieżnię i niewiele było takich rodzin, jak czterech legendarnych lwowskich braci Kucharów albo warszawskich Lothów, od których uczyły się sportu całe pokolenia. Taki np. młodziutki Wacek Kuchar grał znakomicie w piłkę nożną, uprawiał lekką atletykę w kilku konkurencjach i także należał do najlepszych łyżwiarzy polskich. Obok czynnego sportu rosła mitologia tej nowej, masowej namiętności. 

Bardzo istotną rolę w warszawskim, ale także ogólnokrajowym, życiu sportowym odgrywała wówczas także rodzina Gebethnerów, a zwłaszcza rozkochany w piłce nożnej Tadeusz Gebethner. Ta znana księgarska rodzina pochodziła z terenów Niemiec, a w naszym kraju osiedliła się na początku XVIII wieku. W 1857 roku dziadek Tadeusza Gustaw założył w Warszawie wraz z Robertem Wolffem księgarnię pod nazwą „Gustaw Gebethner i Spółka”, na bazie której powstało wydawnictwo, publikujące dzieła najwybitniejszych polskich oraz zagranicznych pisarzy, a po latach działalności firma zyskała nawet europejski rozgłos. Mama Tadeusza  Maria (z domu Herse) wywodziła się z zamożnej rodziny handlowców i była współwłaścicielką cienionego domu mody Bogusława Hersego, mającego swoją siedzibę przy ul. Marszałkowskiej 150.

Tadeusz urodził się 18 listopada 1897 roku w Warszawie. Od najmłodszych lat fascynował go sport. W latach szkolnych grał w drużynie piłkarskiej Stella, która należała do Warszawskiego Koła Sportowego. Gdy miał 14 lat był świadkiem inauguracyjnego meczu tzw. „pierwszej Polonii” – klubu sportowego, który oficjalnie zarejestrowano w domu Gebethnerów przy ul. Zgoda w 1915 roku. Był to lokal należący do matki Tadeusza, a legalna rejestracja klubu była możliwa, ponieważ nowy okupant Warszawy – Niemcy, zezwolili na działalność organizacji sportowych. Wydarzenia te w książce „Młodość wydawcy” wspominał najstarszy z braci Gebethnerów, Jan: W roku 1912 zorganizowaliśmy w Warszawskim Kole Sportowym trzy drużyny „Polonii”. Po moim wyjeździe na studia do Krakowa – do piłki nożnej zabrali się moi dwaj młodsi bracia, Tadeusz i Wacław, grając w barwach „Czarnych Koszul”, taką bowiem nazwą ochrzciła Warszawa te drużyny. W tym okresie warunki tak się ułożyły, iż można było stworzyć klub niezależny od Koła Sportowego w Agrykoli. Prezesem tego klubu był Piotr Blitek, a kapitanem pierwszej drużyny mój brat Tadeusz. Zebranie organizacyjne odbyło się w mieszkaniu mojej matki i tam w roku 1913 powstał klub ze wszystkimi koniecznymi atrybutami, jak zarząd, walne zebrania itd.

Podczas tego spotkania właśnie Tadeusza spotkało duże wyróżnienie, gdy został wybrany kapitanem drużyny piłkarskiej, z którą związany był przez kolejną dekadę. Obok niego w 3-osobowym zarządzie znaleźli się Leszek Sosnowski oraz Stefan Pronaszko.

W tym okresie Tadeusz należał do najznakomitszych piłkarzy klubu, jednocześnie z powodzeniem studiował w Wyższej Szkole Handlowej mieszczącej się przy ul. Koszykowej (ze względu na wydarzenia 1914 roku zdołał ukończyć 6 semestrów), a także – po zakończeniu I Wojny Światowej – wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych; został skierowany do Szkoły Wyszkolenia Kawalerii w Mińsku Mazowieckim; w 1920 roku w składzie 5. Pułku Ułanów Zasławskich walczył pod Lwowem i na Wołyniu. Rok później rozpoczął praktyki księgarskie, których końcowym etapem był staż w wydawnictwie Franza Wagnera w Lipsku.

W Polonii Warszawa rozegrał Gebethner robiącą wrażenie liczbę 137 spotkań, występując zwykle na pozycji cofniętego środkowego pomocnika lub obrońcy, a jego największym sukcesem sportowym było zdobycie wicemistrzostwa Polski. Z opublikowanych przed kilkoma laty wspomnień grającego również na obronie kolegi Tadeusza z drużyny i wielokrotnego reprezentanta naszego kraju, Jerzego Bułanowa, wynika, że w czasie swojej gry w klubie nie ustrzegł się również goli samobójczych – do własnej bramki Gebethner miał trafić kilkanaście razy. Na rok przed zakończeniem przez niego kariery, w 1924 roku, Polonia wyjechała do Konstantynopola i zdobyła tam cenne doświadczenie w meczach z Galatasaray, Fenerbache oraz Altinrdu.

Okres działalności Tadeusza Gebethnera w Polonii przypada na czasy świetności „Czarnych Koszul”. Był to wówczas cieszący się największym prestiżem klub sportowy w Warszawie, całkowicie apolityczny, zrzeszający przedstawicieli różnych wyznań i narodowości. Dopiero po zamachu majowym pozycję najważniejszego klubu stolicy zaczęła zajmować Legia. Za zasługi położone dla rozwoju sportowego i organizacyjnego Polonii Gebethner w 1931 roku otrzymał tytuł dożywotniego członka tego klubu.

Przygodę z wyczynowym futbolem zakończył Gebethner w wieku 28 lat, jednak potem zdarzało mu się jeszcze brać udział w spotkaniach oldboyów. Pomimo licznych obowiązków wynikających z zarządzania wielkim przedsiębiorstwem, znajdował również czas na angażowanie się w sprawy klubu.

W redakcji „Przeglądu Sportowego”

W 1926 roku Kazimierz Wierzyński objął posadę redaktora naczelnego „Przeglądu Sportowego”. Jak do tego doszło? W roku 1923 albo 1924 – wspominał – dowiedziałem się od Ferdynanda Goetla, że redagowany przez niego „Przegląd Sportowy” ledwie dyszy. Tygodnik ten był własnością firmy „Gebethner i Wolff”. Wychodził, a właściwie nie upadał głównie dlatego, że w warszawskiej Polonii, drużynie braci Lothów, Tupalskich, Tadeusza Grabowskiego, Bułanowa i Krygiera, grali także bracia Gebethnerowie – Tadeusz i Wacław. Postanowiłem „Przegląd Sportowy” ratować i namówiłem właścicieli tzw. prasy czerwonej, aby kupili to pismo. Gdy ja je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład 5 tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca.

Wybitny poeta podjął niełatwe i ryzykowane wyzwanie, przeistaczając chylący się ku upadowi tytuł w wiodące czasopismo o tematyce sportowej. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 10 lipca. Od razu dało się zauważyć istotne, korzystne zmiany. Po ich wdrożeniu znacznie lepszy w odbiorze stał się nie tylko poziom publicystyczny pisma, ale także jego format i szata graficzna.

Nowy redaktor naczelny przeprowadził wśród czytelników ankietę, zwracając się do nich z prośbą o określenie, czego oczekują od najważniejszego sportowego pisma w kraju. Nadesłano 2 tysiące odpowiedzi, z których jasno wynikało, że zmiany zainicjowane przez Wierzyńskiego są dobrze odbierane. Przeważały opinie, iż należy bezwzględnie docierać do jak najszerszych kręgów społecznych.

Odmłodzeniu uległ skład redakcji pisma. Ze starej gwardii pozostał jedynie Marian Strzelecki, a do „Przeglądu Sportowego” wysmakowane teksty zaczęli pisać młodzi, utalentowani dziennikarze, tacy jak: Stanisław Rothert, Jan Erdman, Jerzy Grabowski. Zaczęto wysyłać korespondentów na wszystkie najważniejsze – już nie tylko krajowe, ale także i zagraniczne – zawody z udziałem Polaków. Dotychczas decydował się na to sporadycznie jedynie tygodnik „Stadjon”. Zadaniem Ryszarda Mossina „Przegląd Sportowy” był wówczas jednym z wiodących czasopism sportowych na naszym kontynencie. Warsztat pracy dziennikarzy również oceniał wysoko: Jeździli po całej Polsce, towarzyszyli sportowcom polskim we wszystkich wyprawach zagranicznych i opisywali to, co widzieli. „Przegląd Sportowy” był pismem pełnym „human stories”, które w tamtych czasach były w Polsce czymś zupełnie nowym. Dzięki szybkości i wszechstronności informacji, poziomowi i żywotności, „Przegląd Sportowy” stał się jednym z najlepszych pism sportowych w Europie. Czytali go wszyscy. Ci, co sport uprawiali, ci, co się na nim znali, i nawet ci, co o sporcie nic nie wiedzieli i dopiero pod wpływem „Przeglądu Sportowego” stawali się jego entuzjastami i zwolennikami.

 Poszerzono również spektrum omawianych zagadnień, a opowiastki sportowe mogące zaciekawić jedynie niewybrednego czytelnika – zastąpiła pogłębiona nad tym zjawiskiem refleksja. Wspominając okres szefostwa Wierzyńskiego, wskazywał na to Jan Erdman: Do prasy sportowej, tych zeszycików wypełnionych cyferkami, jałowymi sprawozdaniami i technicznymi wskazówkami, upstrzonych zdjęciami wielkości znaczka pocztowego, wdarł się tajfun. Wierzyński zmienił format pisma: skończyły się zeszyciki, narodziła gazeta z czerwoną (oczywiście) nazwą i bombowym nagłówkiem na 6 szpalt. Wielkość ilustracji zależała teraz od wartości wizualnej lub ważności imprezy; nieraz były jak taca. Tuzin tematów już na pierwszej stronie ubiegał się o uwagę czytelnika. To nie był cukierek ślazowy; pismo mieniło się wieloma kolorami, było w ciągłym ruchu, w ciągłym podnieceniu, umiało zachwycać się (może nawet przesadnie) rekordem i potępiać opieszalstwo, warcholstwo, pasożytnictwo. Nawet styl się zmienił: sprawozdania, a zwłaszcza artykuły, były pisane dobrą polszczyzną, a wśród nich zaczęły pojawiać się  nazwiska literatów: Tristan Bernard, Rafał Malczewski, Ignacy Matuszewski, Henri de Montherlant, Ferdynand Ossendowski, Jerzy M. Rytard, Antoni Słonimski, Jehanne Wielopolska. Nagle gazeta sportowa stała się trójwymiarowa, nabrała kształtów i rumieńców, przybyło jej wagi, treści, pewności siebie, wymowy. Wszystko to zainspirował, a w dużym stopniu i zrobił Wierzyński.

Sam redaktor naczelny, cieszący się już wówczas w środowisku literackim niekwestionowanym autorytetem, w zasadzie nie publikował swoich tekstów na temat bieżących wydarzeń sportowych na łamach redagowanej gazety. Ograniczył się jedynie do zamieszczenia jednego utworu pt. „Nurmi” składającego się na tom „Laur Olimpijski”. Jednak pracy sensu stricto redaktorskiej poświęcał mnóstwo uwagi. Zdaniem Erdmana: Wierzyński: pisał, zmieniał, przekreślał, wyrzucał. (…) Logika, ujęcie, styl, słownictwo zdradzały mistrza. Każde słowo siedziało jak cegła w murze: nie można było niczego usunąć, nie trzeba było niczego dodawać.

W 1927 roku udzielił interesującego wywiadu pismu „Commedia”, w którym dał wyraz swoim sportowym fascynacjom. Sam wywiad natomiast został opatrzony – zapewne dla wielu czytelników szokującym – tytułem: „Precz z teatrem! Niech żyje sport!”. Poeta mówił w nim m.in.: Gdy słyszę moich dobrych znajomych zdobnych w wąsy lub brody królewskie, wymawiających z emfazą patetycznie nudne zdania, to przyznam, że mnie to bardzo śmieszy. Trudno, wolę w takich razach pójść na boisko.

Wspaniałą inicjatywą i wielką zasługą złotego medalisty olimpijskiego z Amsterdamu było również doprowadzenie do organizacji wyścigu kolarskiego Tour de Pologne oraz plebiscytu na dziesięciu najpopularniejszych polskich sportowców. Obydwa przedsięwzięcia – co godne podkreślenia, trwające do dziś – były jego osobistymi pomysłami. Nie będzie więc raczej ryzykownym przypuszczenie, że Kazimierz Wierzyński był najlepszym redaktorem naczelnym w blisko 100-letniej historii „Przeglądu Sportowego”.

Redakcją Wierzyński z powodzeniem kierował przez pięć lat – do 1931 roku, kiedy to założył pismo „Kultura”. Zaczął też wtedy pisywać do „Gazety Polskiej” jako recenzent… teatralny. Na stanowisku redaktora naczelnego zastąpił go Marian Strzelecki, który pełnił swoją funkcję aż do września 1939 roku.

Nie tylko Konopacka

W 2018 roku Polski Komitet Olimpijski uroczyście obchodził 90. rocznicę zdobycia przez Halinę Konopacką pierwszego złotego medalu olimpijskiego dla naszej Ojczyzny. Z okazji tego jubileuszu oraz przypadającego na kolejny rok stulecia PKOl opublikowano (w formie bogato ilustrowanej książki) pierwszą w naszej literaturze sportowej obszerną biografię mistrzyni, autorstwa wybitnej znawczyni historii sportu kobiet – Marii Rotkiewicz. W następnym roku ukazała się kolejna biografia napisana przez daleką krewną naszej mistrzyni – adwokat Agnieszkę Metelską.

Tymczasem zwycięstwo w rzucie dyskiem pań nie było jedynym zwycięstwem odniesionym przez Polaka na tamtych igrzyskach. W okresie międzywojennym bowiem – co jest faktem wprawdzie stosunkowo znanym, ale jednak rzadko dziś przypominanym – program zawodów olimpijskich obejmował także konkursy literatury i sztuki. I wcale nie traktowano ich tylko jako uzupełniającego tła;  nagradzano medalami artystów, którzy zgłosili swoje dzieła poświęcone tematyce sportowej.

To właśnie podczas igrzysk w 1928 roku w Amsterdamie zwycięzcą konkursu poetyckiego został Kazimierz Wierzyński, co niebywale przyczyniło się do popularyzacji jego twórczości poza granicami kraju i późniejszej wielkiej sławy. Jako pierwszy polski poeta odniósł tak ogromny sukces na świecie – w decydującym stopniu właśnie dzięki sportowi, dzięki igrzyskom!

Oddajmy teraz głos redakcji magazynu „Książki”, która w sierpniowym wydaniu (1928) tak pisała o sukcesach Polaków: Wspaniały rzut przemocnego ramienia Konopackiej, rzut, który imię Polski rozsławił po wszystkich zakątkach ziemi, jest symbolem odrodzenia fizycznego kobiety polskiej, symbolem jej tężyzny wewnętrz­nej, idącej zawsze w parze z opanowaniem i męstwem fizycznem. Nie mogło być też lepszego wyrazu poetyckiego tej siły i zdro­wia, jak nagrodzony pierwszą poe­tycką nagrodą olimpijską:Laur Olimpijski Kazimierza Wierzyńskiego. Wierzyńskiego zna dobrze ca­ła Polska. Daliśmy mu nasze uzna­nie i podziw, zanim jeszcze uzna­nia tego udzieliła mu zagranica. Nie potrzebowaliśmy Amsterdamu, aby wiedzieć, że Wierzyński jest wielkim poetą. Wierzyński jest przecież laureatem nagrody wy­dawców w 1924 r., a wszystkie je­go przepiękne tomiki poezyj od dawna stały się już własnością ogółu. Z tem też większą radością przyjęło społeczeństwo polskie wia­domość o wysokiem odznaczeniu, jakie spotkało naszego poetę. Wierzyński ma już za sobą poważny dorobek literacki (…). Przez wszystkie jego utwo­ry przewijają się, jak czerwona nitka przez barwną tkaninę, ukochanie i podziw życia, umiłowanie wszystkich jego prze­jawów, umiłowanie zwłaszcza tężyzny i rozmachu życiowego.

Po rozpowszechnieniu wieści o dwóch złotych medalach olimpijskich dla Polski, w naszym kraju zapanował niesamowity entuzjazm i radość. Konopacką i Wierzyńskiego po powrocie z Amsterdamu na warszawskim dworu witały tłumy. Następnie dwoje bohaterów zaproszono do Belwederu.

Nazajutrz ozłocona dyskobolka odwiedziła studio Polskiego Radia, aby wygłosić przemówienie, które zgromadziło przy radioodbiornikach kilkaset tysięcy słuchaczy. Był wtedy ciepły sierpniowy dzień 1928 roku, Polskie Radio nadawało dopiero od trzech lat.

Lekkoatletka przyjechała punktualnie o godzinie 19.45. Na miejscu przywitali ją przedstawiciele dyrekcji Polskiego Radia, ludzie sportu i dziennikarze. Nastąpiła krótka wymiana zdań i po chwili mistrzyni olimpijska przeszła do studia. Audycję zapowiedział Tadeusz Bocheński, a następnie w imieniu radiowej dyrekcji Szymon Mędrzecki powitał Konopacką następującymi słowami: Przypadł mi w udziale zaszczyt powitania Cię, Pani w studio naszej radiostacji, z którego w czasie wielkiej parady tężyzny fizycznej i duchowej wszystkich narodów, jaka odbywała się niedawno w Amsterdamie płynęły na całą Polskę radosne wieści o zwycięstwach polskich zawodników. I Pani ramię właśnie sprawiło, iż barwy polskie dumnie załopotały na maszcie olimpijskim, zaświadczając wobec tysięcy widzów, przybyłych ze wszystkich stron świata, że Polska odrodzona mimo zaledwie kilku lat pracy w dziedzinie wychowania fizycznego nie ustąpi innym i pracując na tym polu usilnie w dalszym ciągu, potrafi świat zadziwić. Wyczyn Twój sportowy, który uwieńczył Pani czoło laurem zwycięstwa olimpijskiego, zaświadczył przed całym światem, że kobieta polska potrafi walczyć i zwyciężyć (…).

Potem głos zabrała główna bohaterka spotkania ze słuchaczami z całej Polski. Halina Konopacka spokojnym głosem, interesująco i barwnie opowiedziała o tym niezwykle radosnym dniu, w którym przeszła do historii polskiego olimpizmu: 31 lipca, w dzień rzutu dyskiem po dżdżystym, chłodnym poranku, nieśmiałe słońce holenderskie przedarło się poprzez mgły, rozzłociło zielony dywan trawnika, rozedrgało wszystkie barwy flag, sterczących wysoko, wokoło betonowego stadionu (…). Ja jako ostatnia, biorę dysk i mam jedno życzenie: posłać go tam, gdzie bielu się ostatnia, wapnem naznaczona granica 40 metrów. Dysk jest posłuszny. (…) Brawa jak burza, tupanie nogami w trybuny jak grzmoty, życzenia, pytania, warczenie aparatów filmowych i fotograficznych zlały sie w jeden chaos (…).

Dzień później zaproszenie do studia Polskiego Radia przyjął Kazimierz Wierzyński, nagrodzony złotym medalem za zbiór wierszy o tematyce sportowej, pt. „Laur Olimpijski”. Po lakonicznym przemówieniu poety, wybrane wiersze zawarte w wyróżnionym tomie recytował wybitny aktor Teatru Narodowego – Stefan Jaracz. Cała audycja została przyjęta przez słuchaczy bardzo ciepło, czego dowodem były niezliczone listy, jakie docierały do Polskiego Radia, podkreślające jej wysoki poziom artystyczny.

 Międzynarodowe, spektakularne sukcesy Konopackiej i Wierzyńskiego podniosły prestiż sportu w polskim społeczeństwie. Stawał się on coraz bardziej modny, a szczególnie zwiększyło się – co zrozumiałe – zainteresowanie aktywnością fizyczną wśród kobiet. Wiele młodych dziewcząt obiecywało sobie, że pójdzie w ślady Haliny i też kiedyś pojedzie na olimpiadę. W szybkim tempie zaczęła rosnąć liczba kobiecych klubów sportowych.

Nie tylko prasa sportowa i codzienna pisała o radosnych wydarzeniach z Amsterdamu. Również „Wiadomości Literackie” w wydaniu z 12 sierpnia 1928 roku informowały o „Triumfach Polaków na olimpjadzie”: Halina Konopacka uzyskała pierwszą nagrodę na olimpjadzie amsterdamskiej za rzut dyskiem, Kazimierz Wierzyński zaś – za tom wierszy p.t. „Laur Olimpijski”. Konopacka jest nie tylko chlubą sportu polskiego, ale ujawniła także wybitny talent jako poetka; Wierzyński, świetny poeta, położył znaczne zasługi w organizacji sportowej prasy polskiej. To też dwa te nazwiska uzupełniają się niejako wzajemnie w dziedzinie sztuki i kultury fizycznej. Triumf ich jest triumfem całej Polski. 

Konopacka także ceniła wiersza Wierzyńskiego. Gdy w 1975 roku odwiedziła Polskę – podobnie jak Kazimierz, po II wojnie mieszkała w USA – tak o nich opowiadała: Wiersze Wierzyńskiego były zjawiskiem wyjątkowym. Radosne, spontaniczne, ba, pełne żywiołu i entuzjazmu. Bliskie nam, sportowcom. Wierzyńskiego fascynował ruch, możliwości człowieka, rekord, umiał to namalować. Właściwie jego niektóre poezje przypominały film. Ponadto on dobrze znał psychikę sportowca. Słyszałam, że dziś zarzucają mu patos – to sprawa współczesnych krytyków. Dla nas „Laur olimpijski” był wyznacznikiem romantycznych wartości, które widzieliśmy w sporcie.

„Laur olimpijski”

Kazimierz Wierzyński w połowie lat dwudziestych, zainspirowany rywalizacją na letnich igrzyskach w 1924 roku w Paryżu, rozpoczął pisanie szalenie interesujących wierszy o tematyce sportowej. Szczególne wrażenie wywarł na nim wspaniały fiński biegacz długodystansowy Paavo Nurmi, który zdobył w Paryżu aż pięć złotych medali.

Sport wyrasta z potrzeby oporu – Wierzyński – a nawet rebelii, jest wyżyciem instynktu walki i nasyca poczucie rywalizacji. Pomiędzy rozkoszą zwycięstwa a goryczą klęski otwiera obszary, które zdobywa się wolą. Z napięcia jej budzi się radość życia, odwaga, siła i wiara. W sporcie kojarzy się zabawa i ryzyko, natchnienie i spekulacja, poryw i opanowanie. Sport może się wypaczyć, ja wszystko na świecie, ale może też być szkołą, jak u Finlandczyków, i bohaterskim pionierstwem, jak u Lindbergha. Duch sportu może również prowadzić na szczyty człowieczeństwa -szczyty tragiczne – jak w losie Amundsena.

W tomie złożonym z kilkunastu wierszy pojawiają się także inne gwiazdy: hiszpański bramkarz Ricardo Zamora, włoski bokser zawodowy Erminio Spalla (który po zakończeniu kariery zajął się zakrojoną na szeroką skalę działalnością artystyczną, występując jako: aktor, śpiewak operowy, rzeźbiarz i malarz; opublikował także trzy książki),  norweski tyczkarz, wielokrotny rekordzista świata – Charles Hoff oraz dwaj sprinterzy: Charles Paddock i Arthur Porritt. W swojej sportowej twórczości Wierzyński dotyka istotnych zagadnień ówczesnego sportu, np. kwestii równego współzawodnictwa kobiet; analizuje również sport w kategoriach filozoficznych. W Parku Sportowym Agrykola – wspominał – zobaczyłem po raz pierwszy zawody pań. Jeśli sport jest okazem urody człowieka i walką o pierwszeństwo w tej urodzie, konkurencje pań dodają jej najbardziej wyrafinowanego uroku. Piękno młodości swoboda odkrytego ciała, umiejętność sztuki sportowej, wypracowane w treningu studia każdego ruchu – wszystko to nabiera jeszcze jednego, szczególnego odcienia: wnosi go ze sobą odmienność płci. Park sportowy jest wtedy spotkaniem dwu żywiołów, rozkwitem dwu żywiołów, rozkwitem dwu instynktów, zapowiedzią miłości. Starałem się to wyrazić w wierszu Panie na start!

Oto ten wiersz:

Woła nas trąba grająca

i ostry woła nas dzwonek,

Biegniemy, siostry dziewicze

spartanek i amazonek.

Ręce do góry podniósłszy,

wysmukłość przydając biodrom,

Skokiem jelenic biegniemy

przez zachwycony hippodrom.

Nagość ciał naszych jest korą,

jędrnego, ścisłego drzewa,

W piersiach się naszych jak w dzbanach

krew mleka przyszłego przelewa.

Nogi, nadzieję miłości

i tajemnicę kochania,

Bezwstyd nasz triumfujący

przed oczy wszystkich odsłania.

Bierzcie nas, silni efebi,

w mocy swej nieutrudzonej,

Do ramion waszych biegniemy,

dziewice wasze i żony.

Do mety swej – urodzaju,

by powić wam nową ziemię,

Spartanki i amazonki,

zwycięskie, radosne plemię.

Jakie wartości widział Wierzyński w tej będącej domeną młodości dziedzinie życia? Czym sport był dla niego? Opowiadał o tym dziennikarce „Wieczoru Warszawskiego”, która odwiedziła go w mieszkaniu nazajutrz po sukcesie olimpijskim: (…) widzę w nim pewną formę bohaterstwa i współczesnego prometeizmu… Dusza szybko-biegacza, który mdleje u celu, zawiera ten sam pierwiastek bezinteresownego bohaterstwa, które gnało Amundsena do bieguna… Pytają się – po kiego licha naraża się człowiek na niebezpieczeństwa i trudy. Co mu z tego przyjdzie… Ależ w tem właśnie tkwi głębokie znaczenie sportu. Idealizm, bezinteresowność, ofiary… Ponadto uważam sport za świetną szkołę charakterów.

„Laur olimpijski” po raz pierwszy drukiem opublikowano w roku 1927 (w ciągu kolejnych trzech lat ukazało się aż pięć wydań), a następnie – po oddaniu tekstu przez tłumacza – został on zgłoszony do konkursu artystycznego igrzysk olimpijskich w dziale „Literatura – liryka”. Okazało się, że przetłumaczony przez Josefa Heinza Mischela – z zawodu dziennikarza ekonomicznego – na niemiecki zyskał ogromne uznanie w oczach jury i został nagrodzony złotym medalem. Tłumacz urodził się pod Lwowem, kształcił się w polskich szkołach i doskonale władał językiem polskim. Medal srebrny uzyskał Niemiec Rudolf Bunding za utwór „Wskazówki jeździeckie dla ukochanej”, a brązowy – Duńczyk Johan Weltzer za „Symfonię bohaterską”. Konkursowi przewodniczył wybitny poeta holenderski Pieter Cornelis Boutens – prezes PEN Clubu.

Właściwie nie wiem, kiedy napisałem „Laur Olimpijski” – pisał Wierzyński – Sam się napisał. Nie miałem planu odrębnego cyklu, pisałem kiedy wiersze przychodziły mi pod pióro i odkładałem je na bok. Wystarczyło mi, że w ten sposób dawałem upust swojej pasji, upodobaniom i podziwowi dla fenomenu zwanego sportem, który o dziwo – nie zwrócił uwagi moich kolegów po piórze. Gdzie indziej było inaczej. Z obcych Henri de Montherlant i Bertolt Brecht mieli zrozumienie urody i społecznego znaczenia sportu, u nas nurt jego płynął jakby pobocznym korytem.

Dowiedziawszy się o swoim sukcesie, Wierzyński postanowił niezwłocznie udać się do stolicy Holandii, aby osobiście odebrać nagrodę. Dzięki obecności na miejscu mógł także na żywo śledzić konkurencje sportowe – choć narzekał, że niezbyt wiele, gdyż igrzyska dobiegały już końca – dopingując polskich zawodników. Zatrzymał się w pensjonacie przy ul. Pietera de Hoocha, skąd dojeżdżał zawody,

 W Amsterdamie poznał osobiście Halinę Konopacką i wręczywszy jej bukiet róż od Ignacego Matuszewskiego (przyszłego męża Haliny, z którym się od lat przyjaźnił) wykorzystał możliwość przeprowadzenia z nią sympatycznej pogawędki. Wspominał ten moment bardzo sympatycznie, długo pozostając pod wrażeniem uroku osobistego sportsmenki. Przy okazji olimpijskiej wyprawy Kazimierz zwiedził całą Holandię.

Licząca sobie 28 lat Konopacka wzięła ślub z Ignacym Matuszewskim tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, w grudniu 1928 roku. O dziewięć lat starszy pułkownik Matuszewski, piłsudczyk, były szef polskiego wywiadu w czasie wojny z bolszewikami, wówczas pracował jako poseł i minister pełnomocny RP w Budapeszcie. Na prośbę Ignacego MSZ wyrobiło Halinie paszport konsularny. Jak wspominał Wacław Jędrzejewicz: Zawiadomił mnie [Matuszewski], że rozwiódłszy się ze swoją żoną Stanisławą Kuszelewską, w najbliższych dniach żeni się z Haliną Konopacką, słynną miotaczką dyskiem, nagrodzoną złotym medalem na olimpiadzie w 1928 roku.

Uroczystości ślubne odbyły się w Rzymie, gdzie pułkownik przez pewien czas był attaché wojskowym przy Poselstwie RP. Antoni Słonimski ocenił wówczas, że oto nastał pierwszy rząd w historii mogący poszczycić się takim „mężem silnej ręki”. Matuszewski również interesował się sportem. Poznał zresztą Halinę nigdzie indziej, jak właśnie na stadionie. Pułkownik od 1928 roku, aż do swojej śmierci, sprawował prestiżową funkcję członka Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.

Po przyjeździe z podróży poślubnej, którą był rejs po Morzu Śródziemnym, państwo Matuszewscy zamieszkali w Warszawie przy ul. Filtrowej 69, nieopodal pl. Narutowicza. Była to bardzo prestiżowa lokalizacja w dzielnicy Ochota. Prawdopodobnie bywał w tym mieszkaniu Kazimierz Wierzyński. Był przecież redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego” i przyjacielem Ignacego Matuszewskiego. Mieli też wspólnych znajomych.

 Na łamach redagowanej przez Wierzyńskiego gazety pisano, że jest on jej: Duszą, mózgiem i przedewszystkiem sercem. Tętno jego krwi, urodzonego dziennikarza i literata – sportowca bije wprost z każdego wiersza notatki, czy wiadomości. Że bije ono silnie, najsilniej na świecie – dowodem niezniszczalnym – laur olimpijski na jego skroniach.

 To głównie dzięki temu sukcesowi, całej atmosferze wokół wielkiego wydarzenia społecznego, jakim są igrzyska, dzieło Wierzyńskiego zyskało ogromną popularność w kraju i zagranicą.

Publicysta Jan Bielatowicz napisał: Nazwisko Wierzyńskiego wpłynęło na usta mas. I tych, co go czytali, i tych, co nigdy o nim nie słyszeli. Stał się bożyszczem chłopców biegających za piłką po zielonej murawie, wiosłujących po Wiśle i jej dopływach, goniących się z wiatrem po pylnych drogach.

W ciągu zaledwie dwóch lat „Laur Olimpijski” doczekał się pięciu wydań, a do wybuchu drugiej wojny światowej opublikowano go w języku polskim aż ośmiokrotnie. Został także przetłumaczone na kilka zachodnioeuropejskich języków. Z tomikiem tym związana jest także ciekawostka, którą przytoczył dr hab. Artur Pasko, zajmujący się dziejami kultury fizycznej w Polsce:Dzisiaj niewiele osób zdaje się sobie sprawę, że w gruncie rzeczy ów tomik jest niepełny. Otóż przed wysłaniem na igrzyska trafił do tłumacza. Nie wiadomo z jakiego powodu ominął on wówczas jeden z wierszy zatytułowany skok w dal. W tomiku znalazło się więc tylko 15 utworów i te jako całość zdobyły złoty medal. Kolejne tłumaczenia i wydania Lauru Olimpijskiego zawierały te 15 wierszy, nikt nie sięgał do pierwodruku wydanego w 1927 roku.

 Warto podkreślić, że „Laur olimpijski” jest do dziś najbardziej znanym w świecie tomem wierszy naszego wybitnego poety. Do 1930 roku zdążono go przetłumaczyć na wiele języków: niemiecki, francuski, włoski, rosyjski, nowogrecki, japoński, a nawet bułgarski, łacinę i jidysz. Co ciekawe przekład angielski ukazał się znacznie później, bo już w czasie pobytu autora na emigracji – w 1957 roku. Wierzyński mieszkał bowiem po II wojnie światowej na stałe poza granicami Polski. Nieprzychylnie wypowiadał się o nowym, narzuconym nam ustroju i ani myślał o powrocie do kraju rządzonego przez komunistów. Naraził się oczywiście tym samym władzom. „Żołnierz Wolności” grzmiał bez pardonu: „opluł wszystko, co polskie”. Kazimierz właściwie podjął tylko jedną próbę przyjazdu do PRL – na pogrzeb Marii Dąbrowskiej, co nie doszło do skutku bo władze odmówiły mu wizy.

Kazimierz Wierzyński po wielu latach, jakie upłynęły od amsterdamskiego sukcesu, przebywając w Nowym Jorku, wspominał: Napisałem Laur Olimpijski nie myśląc wcale o możliwości przedstawienia go na konkursie literackim igrzysk. Napisałem go, gdyż kocham sport. Kiedyś, w młodych latach uprawiałem sport czynnie, grałem w piłkę nożna w „Pogoni” w Stryju, uprawiałem lekkoatletykę, jeździłem na narty do Zakopanego. Pasja do sportu pozostała na zawsze i po latach podszepnęła mi pomysł tego cyklu. Zastanawiało mnie, że kiedy tysiące ludzi uprawia sport, nikt jeszcze, żaden poeta nie pokusił się o wyrażenie jego piękna i znaczenia. Spróbowałem i wyszło mi (…). Pierwsza nagroda była dla mnie raczej niespodzianką. Gdy przyszła wiadomość o przyznaniu mi złotego medalu olimpijskiego – pojechałem do Amsterdamu, by osobiście go odebrać. Przyjechałem akurat na uroczystości zamknięcia igrzysk, kiedy odbywał się bieg maratoński. Najbardziej wzruszające było dla mnie spotkanie z Haliną Konopacką, która w rzucie dyskiem zdobyła złoty medal.

Sport i sztuka

Konkursy artystyczne w ramach igrzysk rozgrywano w latach 1912-1948 z inicjatywy twórcy nowożytnego olimpizmu, barona Pierre de Coubertina. Decyzja o włączeniu ich do programu zapadła w maju 1906 roku. podczas Konferencji Konsultacyjnej z przedstawicielami Literatury, Sztuki i Sportu. Nawiązano tym samym do czasów starożytnych, kiedy to igrzyskom towarzyszyły występy mówców, muzyków czy też wykłady filozoficzne. W wygłoszonym wówczas przemówieniu Coubertin stwierdził między innymi: Antyczna Olimpia była miastem sportu, sztuki i modlitwy. Niekiedy niesłusznie zmieniana jest kolejność tych trzech aspektów. Charakter sakralny i estetyczny Olimpii wynikały z roli, jaką odegrała kultura fizyczna. Sport gościł w tym mieście okresowo, sztuka i modlitwa panowały na stałe. Tak samo będzie w Olimpii współczesnej.

Chociaż obecność konkursów artystycznych na igrzyskach od początku wywoływała pewne kontrowersje i dyskusje dotyczące sensu ich łączenia z rywalizacją sportową, to jednak w dwudziestoleciu międzywojennym cieszyły się wśród polskich i zagranicznych artystów sporą popularnością i niemałym prestiżem. Świadczyć o tym może choćby fakt, że w gronie międzynarodowego jury opiniującego poziom prac, które zgłoszono na igrzyska paryskie w 1924 roku znaleźli się tak wybitni twórcy, jak: Olga Boznańska (malarstwo), Karol Szymanowski (muzyka), Paul Landowski (rzeźba) i Karol Stryjeński (architektura).

 Tym niemniej już po pierwszych powojennych igrzyskach w Londynie zostały one usunięte z oficjalnego programu olimpijskiego. Głównym powodem decyzji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego było rzekome zawodowstwo artystów w opozycji do amatorstwa sportowców. Oczywiście już wówczas wywołała ona falę krytyki ze strony tej części środowiska kulturalnego, które dostrzegało walory sportu i jego szczególną rolę w społeczeństwie; tym bardziej dziś utrzymywanie jej w mocy wydaje się nielogiczne – gdy profesjonalizm w sporcie posunięty jest tak dalece, a zawodowi sportowcy już wiele lat temu zostali dopuszczeni do udziału w igrzyskach. Wprawdzie późniejsze olimpijskie zmagania były i nadal są uzupełniane organizowaniem wystaw sztuki, to jednak zakrojony na dość szeroką skalę program kulturalny ginie w cieniu sportowej rywalizacji, a poziom prac tam wystawianych zadowala jedynie mało wyrobionych odbiorców.

Patrząc więc z perspektywy popularyzacji kultury w społeczeństwie można ubolewać nad faktem likwidacji konkursów sztuki podczas igrzysk. Okazało się bowiem, że MKOl decyzją sprzed ponad półwieku pozbawił możliwości poznania znaczących dzieł kultury – lub chociaż otarcia się o nią – milionom, a we współczesnym świecie nawet miliardom ludzi. Samych twórców natomiast ograniczył w możliwości rozgłosu, rozgłosu, który – jak to znakomicie ujął wybitny drzeworytnik Władysław Skoczylas (także medalista olimpijski z Amsterdamu, w dziale malarstwa i grafiki) – niemożliwy jest do osiągnięcia na wystawie czysto artystycznej.

Krzysztof Szujecki

Bibliografia:

Literatura:

Krzyżanowski Julian: Dzieje literatury polskiej. Warszawa 1972.

Metelska Agnieszka: Złota. Legenda Haliny Konopackiej. Wołowiec 2019.

Tuszyński Bogdan: Prasa i sport. Warszawa 1981.

Tuszyński Bogdan: Radio i sport. Warszawa 1993.

Wencel Wojciech: Wierzyński. Sen ponad klęską. Kraków 2020.

Wierzyński Kazimierz: Laur olimpijski. Warszawa 2008.

Wierzyński Kazimierz: Pamiętnik poety. Warszawa 2018.

Czasopisma:

„Książki”, 1928.

„Przegląd Sportowy”, 1928.

„Wiadomości Literackie”, 1928.

„Wieczór Warszawski”, 1928.

Źródła internetowe:

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,95190,8118588,Wydal_majatek__zeby_zamieszkac_w_trzech_pokojach_z.html

https://www.bu.umk.pl/Archiwum_Emigracji/Wierz1.htm

https://kuriergalicyjski.com/rozmaitosci/8351-wobec-kataklizmu-kazimierz-wierzynski-na-emigracji

https://instytutksiazki.pl/aktualnosci,2,50-lat-temu-odszedl-kazimierz-wierzynski,2632.html

https://dzieje.pl/kultura-i-sztuka/36-warszawski-festiwal-filmowy-od-9-do-18-pazdziernika

http://wiez.com.pl/2019/02/12/kazimierz-wierzynski-poeta-ktory-szedl-przez-zaczarowane-lasy

http://1911.pl/legendy/gebethner.php

https://pl.aleteia.org/2018/11/10/tadeusz-gebethner-cichy-bohater-polskiej-niepodleglosci/

https://nowahistoria.interia.pl/kartka-z-kalendarza/news-16-maja-1929-r-powszechna-wystawa-krajowa-w-poznaniu,nId,1733270

https://pl.wikipedia.org/wiki/Stryj_(miasto)

https://pl.wikipedia.org/wiki/Pogrzeb_J%C3%B3zefa_Pi%C5%82sudskiego

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*