Królowa Elżbieta II nie wiedziała o jubileuszu 100. urodzin swego rezydenta

Dnia 27 września 1939r. Stefan stanął przed nieznanym losem swego życia. Wraz ze swoimi kompanami został ujęty i doprowadzony do punktu zbornego, gdzie były już setki polskich żołnierzy, policjantów, cywilów. Czekali co dalej przyniesie los. „Najgorsza była niepewność sytuacji – co z nami będzie?” Ze spuszczoną głową, że nie spełnili oczekiwań Ojczyzny, szli jeńcy otoczeni „bojcami”- sow. żołnierzami. Całą noc ładowano ich w bydlęce wagony do „sowieckiego raju Kraju Rad” w stronę Mińska, stolicy sow. Białorusi. „Tak zakończyła się nasza akcja wojenna na froncie.” [dz.cyt]

Jechali bardzo długo. Gubiąc się w liczeniu tygodni – minęli Smoleńsk. Rano zatrzymali się na małej stacji kolejowej Kozielsk. O głodzie, zmarznięci szli pieszo ok. 10km do tymczasowego obozu w Kozielsku w obozie Monastyr im. Maksyma Harkaho miejsca dla ros. łagierników – wrogów nowego porządku bolszewickiego. Wiele tysięcy sowieckich ludzi pozostawiło tam trwałe ślady obecności, ryjąc nożem na ścianach, pryczach swoje nazwiska, lata pokuty np. za spóźnienie się do pracy.

Każdemu z 15000 polskich jeńców przypadało dziennie trochę chleba i jeden gorący posiłek w postaci słonej, wodnistej zupy rybnej z ziemniakami. Panował straszny głód, przeraźliwy chłód i plaga insektów, wobec których jeńcy byli bezradni. Podczas snu robactwo natrętnie wchodziło śpiącym do oczu, uszu, nosa, ust – kąsając ich ciała i przerywając sen. Warunki sanitarne także urągały ludzkiej godności. „Załatwialiśmy się do wykopanego rowu z deskami po bokach. Kto wpadł do rowu – już nie wyszedł.”

Po dwuletniej służbie wojskowej Stefan miał tak skurczony żołądek, że radził sobie z okropnym uczuciem głodu. W najgorszej sytuacji byli młodzi chłopcy wyrwani siłą ze swoich domów. W obozie Stefan rozpoznał kilku swoich znajomych, jak burmistrza z Klecka, pułkownika Chmielowskiego, kilku urzędników z magistratu i licznych mieszkańców Klecka. Po tygodniu niewoli władze dokonały ewidencji, która trwała trzy tygodnie. Pytano o imię i nazwisko, imię ojca, wiek, adres i co się robiło w domu, przynależność do różnych kółek i organizacji, wykształcenie, stopień i funkcję jaką się pełniło w wojsku. Po spisie każdy został przydzielony do odpowiednich budynków wg województw. Niemało dowódców podało się za zwykłych żołnierzy. Niestety większość inteligencji nie spodziewając się jaki okrutny los ich spotka – nie uczyniła tego. Wtedy odseparowano szeregowych od oficerów, których trzymano pod ścisłą strażą. „My was pieriesiejem. Bujnyje astanutsa na wierchu, a drobne pajdut na doł”, mówili NKWD-ziści. W pewien mroźny październikowy poranek wszystkich jeńców prócz oficerów spędzono na ogromną polanę, otoczoną lasem. Uzbrojeni NKWD-ziści z psami pilnowali a „naczelstwo” wywoływało po nazwisku każdego wg poszczególnych województw. Województwo Nowogródek już nie wróciło do dawnego obozu Monastyr. Stefan i jego ziomkowie zostali przeniesieni do innego obozu, niedaleko Kozielska. W połowie listopada 39r. główny naczelnik oznajmił, że następnego dnia wymarsz. Rano otoczeni bojcami z psami ruszyli w stronę stacji kolejowej, pozostawiając za sobą w Kozielsku część swych rodaków oraz odizolowanych oficerów. „Ruszyli w nieznaną drogę. Każdy pytał – dokąd jedziemy?”

Tu się zatrzymam, choć pociąg z polskimi jeńcami pojechał dalej…

Stefan jako jeniec wojenny przejściowego obozu w Kozielsku dotarł niczym podróżnik do Turkmenistanu, Ałma-Aty aż pod Himalaje, potem do Taszkientu i Samarkandy, zostawiając za sobą piekło niewoli i trzaskające mrozy (tam, gdzie zamarznięty chleb krojono piłą, a drzewa pękały z mrozu). Był świadkiem nieludzkiego komunistycznego systemu Stalina, terroryzującego i głodzącego tłumy niewinnej ludności, które usiłowały trzymać się polskich jeńców w celu zdobycia pożywienia. Polscy zesłańcy dzielili się w biedzie z prostymi obywatelami Związku Sowieckiego tym co mieli, bo żal im było patrzeć na głodzonych, skazanych na śmierć głodową lub na ludożerstwo bezbronnych biedaków. Stefan był zesłańcem do ciężkiej pracy ponad siły przy budowie drogi dla stalinowskiej dyktatury. Choć nie była to ta przeklęta „Droga z Kości” zwana Traktem Magadańskim, której wytyczenie pochłonęło wiele tysięcy zesłańców w tym Polaków, pochowanych właśnie w tej drodze pod kamieniami – on Stefan budował kolejną drogę, naznaczoną katorgą naszych żołnierzy.

Po amnestii w 1941r. dwa tysiące polskich żołnierzy, jeńców wojennych cudem uratowanych z obozu w Starobielsku, gdzie przebywał Stefan, usłyszało upragnioną polską komendę: „Baczność i wyjście na wolność!” Bojcy otworzyli bramę obozu. Politdruk powiedział: ”Co było między nami, to już zapomnijmy. Teraz my jesteśmy sprzymierzeńcy i mamy wspólnego wroga. Będziemy wspólnie walczyć przeciw niemu.” Nie było łatwe dla Polaków zmienić myślenie i przejść do porządku dziennego po tak ciężkich doświadczeniach osobistych i historycznych. Trudno było z Sowietami się bratać i zaufać im.

W kwietniu 1942r. Stefan wraz ze swymi towarzyszami niedoli opuścił Rosję Sowiecką i przypłynął okrętem z Krasnowodzka do Persji (Iranu) – lądu nadziei i wolności. Tu spełnił się upragniony cud najedzenia się do syta. Potem był Bagdad w Iraku, Transjordania, Palestyna i kąpiel w Jordanie, Jerozolima, Tel-Aviv, Betlejem, Nazaret, Gaza, o których marząc uczył się w szkole. W 1943r. dobili z manewrami do Egiptu, przy okazji zwiedzając Kair, Gizę, Aleksandrię aż po Kanał Sueski. W kwietniu 1944r. dopłynęli do Italii, gdzie II Warszawska Dywizja Pancerna II Korpusu została włączona do VIII Armii wojsk sprzymierzonych.

18Polscy żołnierze byli wdzięczni na zawsze swemu gen. Władysławowi Andersowi za to, że wyciągnął swoją armię z czeluści kopalń uranu i innych przepaści sowieckiej ziemi. Stefan mówił o Generale jak o wybawcy, legendzie i kochanym ojcu polskich żołnierzy. O nim układali wiersze i piosenki. Stefana przydzielono jako czołgistę do jednostki bojowej II Dywizji Pancernej II Korpusu. Przechodząc szlak wojenny z hasłem w sercu i na ustach „Za wolność waszą i naszą” dotarł z Armią Andersa, „Pestkami” z 16-tej Kompanii Transportowej, niedźwiedziem Wojtkiem aż do wzgórz Monte Cassino, które to nie kto inny ale oni Polacy wydarli Niemcom – zdobywając je wraz ze swym nieustraszonym polskim Korpusem 12 maja 1944r. To Oni Polacy jako pierwsi wbili naszą polską flagę na szczycie, którą to flagę Brytyjczycy szybko zdjęli i umieścili swoją, siebie bezczelnie uważając za zdobywców…

Nie było też zwycięskiej defilady dla polskich żołnierzy w Berlinie, których Anglicy rozbroili i zastąpili innymi oddziałami alianckimi. Kres wędrówki nie nadszedł jednak wraz z wyzwoleniem. Stefan nie wrócił do uwolnionej Polski. (tak o Polsce jako uwolnionej pisał brytyjski minister spraw zagranicznych Ernest Bevin w Deklaracji rządu brytyjskiego wobec członków Polskich Sił Zbrojnych i informowały propagandowe ulotki nakłaniające polskich żołnierzy do wyjazdu do Polski) Po piekle łagrów i okrucieństwie Sowietów, które Stefan przeżył na własnej skórze, chciał ocalić swoje życie i nie oddać się ponownie w ręce sowieckich katów (po wojnie ocalało 200 tys. polskich żołnierzy II Korpusu). Jego koledzy z wojska, którzy powrócili do domów w Polsce, zostali aresztowani i wywiezieni z całymi rodzinami znów na Syberię. W 1947r. czekały na Polaków kolejne obozy, tym razem na terenie Wielkiej Brytanii, gdzie przypłynęli na okrętach do portu w Liverpool. Tutaj nikt ich nie chciał ani radośnie nie witał polskich żołnierzy jak to było w Italii. Odczuli, że są niemile widziani.

19Wędrówka Stefana – wiecznego tułacza, znalazła spełnienie w Manchester. Tu w 1949r. założył szczęśliwą rodzinę z panną Helen Milkamanowiczówną, z którą przed ślubem widział się tylko dwa razy. Zaczęli wspólne życie. „Ale niedostek nie był aż taki ważny, najważniejsze dla mnie to, że codziennie po pracy czekała na mnie moja piękna żona z ukochaną córeczką. To było dla mnie prawdziwe szczęście.” [dz.cyt.] Rozpoczął także pisać swoją książkę, niczym curriculum vitae, wspominając szczególnie ułański czas w Pułku Ułanów Krechowieckich.

Po 34 latach w 1971r. po raz pierwszy po wojnie odwiedził swój dom rodzinny w Klecku, a w nim mamę, bo ojciec już nie żył. Wtedy skorzystał z okazji, by na własne oczy zobaczyć sąsiedztwo pięknego zamku w Nieświeżu, rezydencji książąt Radziwiłłów.

Ppor. Stefan Mustafa Abramowicz jako ten jeden z nielicznych przeżył 100 lat, a Bóg mu dalej w zdrowiu błogosławi. Spytałam go o dar jego przetrwania i usłyszałam sekret zamknięty w mądrości: „Rzucisz za sobą, a znajdziesz przed sobą.” Dobrze uczyń innym, a znajdziesz dla siebie odwzajemnione dobro.

W duszy mam cichą nadzieję, że ten wierny żołnierz Polskich Sił Zbrojnych doczeka się w ukochanej Polsce publikacji swej książki. Tomiku, który ukaże zmagania ze słabościami ludzkimi, przezwyciężone dzięki honorowej służbie najwyższym watościom człowieka, którym Stefan poświęcił swe życie i zdrowie.

20

Tekst Xenia Jacoby

zdjęcia Xenia i Martin Jones

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*