Obraz życia dworskiego w czasach panowania Augusta II i Augusta III Wettynów w pamiętnikach z epoki

Polowania czy okrutne jatki ?

Innym nieodzownym elementem dworskiego życia były łowy. Polowania miały swoją długą tradycję i na dworach wcześniejszych królów polskich Jednakże były istotne różnice między tymi, które odbywały się w Polsce i Saksonii. „Polowanie to jatkami raczej nazwać można, zdarzało się bowiem, że czasem do trzechset dzików w jednym dniu zabijają”[18] – zanotował naoczny świadek polowania z 1711 roku. August II władca dwóch państw, pokazywał się zwykle na takich ławach w towarzystwie ministrów saskich i Rzeczpospolitej. W tym wypadku byli to ze strony saskiej Fryderyk von Vitzthum, szambelan dworu, Henryk Fryderyk Friesen, marszałek dworu ( – w przyszłości zięć króla po zaślubieniu Anny Orzelskiej) i Bieliński (zapewne Franciszek, który był wtedy marszałkiem nadwornym) ze strony polsko-litewskiej. Król będący człowiekiem wyjątkowo żywiołowym i odważnym, miał w czasie polowania zaprezentować te walory przed publicznością ponieważ „Kto tylko z dworzan tego sobie życzył, przypuszczony został do tej zabawy prawdziwie Królewskiej”.[19] Wydaje się, że August znajdował wielką przyjemność w tej męskiej rozrywce. „Podziwiać należ odwagę i zręczność króla, który spokojnie z oszczepem w ręku czeka na dzika, potyka się z nim, śmiertelny mu raz zadaje między karkiem i łopatkom i tak go trupem kładzie. Często też kiedy dzik niezbyt jest wielki, Król z kordelasem w ręku idzie na niego i jednym zamachem łeb mu ucina. Byłem świadkiem tej zręczności i siły króla na polowaniu, na którym on w jednym poobiedziu, 40 dzików zabił’[20]. Czasem polowanie przybierało dość osobliwą formę, przeradzając się w niewybredne igrzyska i jednocześnie będąc pożytecznym. Lisy i borsuki czyniły poważne szkody w gospodarstwach wiejskich. Łapano je zatem i wraz z dzikami umieszczano w klatkach. Na pierwszy ogień przeznaczano lisy. „Dwóch strzelców stanęło o 8 kroków od siebie i trzymało po obu końcach trzy powrozy, które równo odległe po obu końcach do dwóch kijów były przywiązane. W środku te powrozy zwężały się i przymocowane były do pasa rzemiennego. Środek tych sznurów leży na ziemi przed wnijściem do klatki. Lis wychodzący z klatki swojej stępa na ów pas środkowy. Obaj strzelcy wtenczas razem ku sobie szarpną powrozy, i podrzucają tym sposobem w górę lisa, który jakby sprężyną w górę wyrzucony, spada z dość znacznej wysokości i albo sobie kark skręca, albo też zupełnie się wyplecza”[21]. Dzisiaj takie zabawy nazwalibyśmy barbarzyństwem. W wieku XVIII była to wyrafinowana rozrywka arystokracji.

Pałac w Moritzburgu, Zamek w Moritzburgu, gdzie często odbywały się polowania, uczty i festyny na wodzie (do wyboru)
Fot. Wikimedia Commons

Jeszcze bardziej wyrafinowane w swej formie były łowy, jakie odbyły się w Moritzburgu w sierpniu 1718 roku. Na początku odbył się teatralny hołd wszystkich nacji świata, które wyobrażał „dwieście maskowanych mężczyzn, którzy byli przybrali na siebie stroje mieszkańców czterech części świata. Każdy z tych oddziałów niósł królowi dary właściwe krajowi swemu to jest kwiaty, owoce, napoje, chłodniki, prócz tego różne osobliwości a między innemi dzikie w klatkach zwierzęta jak to: lwy, tygrysy, niedźwiedzie, papugi i.t.d.”[22] Następnie odczytano wiersz francuski chwalący łaskawość monarchy, pod którego panowaniem „dzikie zwierzęta nawet zmieniają naturę swoją i same się pod nogi ścielą”.[23]Zaraz potem na pobliskim akwenie wodnym rozpoczęły się wyścigi łodzi holenderskich i włoskich. Król w towarzystwie dam i dostojników płynął gondolą błękitną, obitą w atłas i przystrojoną srebrnymi frędzlami i galonami. Wiosłowało dwunastu pięknie wystrojonych wioślarzy. Za królewskim okrętem płynął tzw. Bucentauro, czyli statek, „którym Doża Wenecki zwykł odbywać zaślubiny swoje z morzem”.[24] Pasażerami jego byli przedstawiciele czterech stron świata. Za nimi zaś płynęło około trzydzieści mniejszych z resztą gości i orkiestrą. Wokół statku pływały kaczki, którym „myśliwi pierwej na głowach byli przylepili czerwone piórka”.[25] Pływały niezbyt długo, gdyż w programie zabawy stanowiły cel dla strzelców płynących na łodziach. Po tym dziwnym polowaniu rozpoczęła się uczta i wspaniałe fajerwerki, które „najpiękniejszy sprawiały widok”[26]. Liczba gości była tak duża, że gdy przyszła noc trudno było wszystkim gościom znaleźć miejsce do spoczynku. Szukano więc schronienia wszędzie: w powozach, pod drzewami w krzakach. Powodowało to niemało zamieszania gdyż „niejeden wstał rano szukając na próżno, obuwia swego, kapelusza, szpady lub peruki, które mu skradziono”.[27] Nazajutrz odbyło się polowanie, oczywiście znowu dość osobliwe. Cały las otoczono sieciami. Utworzono cztery aleje, którymi puszczono zwierzynę. Wzdłuż wytyczonych dla zwierzyny ścieżek, na podwyższeniu znajdowało się specjalne miejsce dla dworu i zaproszonych gości, wszyscy uzbrojeni byli w broń palną. Tymi alejami „puszczano razem po sta sztuk zwierza, które na strzelców pędzono. Wśród odgłosów muzyki bez ustanku grającej, strzelano do zwierzyny pomimo loży dworskiej biegnącej. Damy niektóre jako mniej w strzelaniu zręczne niemiłosiernie niejednego pokaleczyły jelenia. Trzysta jeleni i sarn ubito dnia tego”[28]. Król okazał odrobinę miłosierdzia i kazał wypuścić wszystkie zwierzęta, które ocalały z tej rzezi. Nie przepuścił jednak dzikom gdyż najwyraźniej znajdował upodobanie w ich unicestwianiu. Tym razem położył trupem sześćdziesiąt zwierząt. Okazało się, że godnym rywalem w tych krwawych zapasach był syn Maurycy. Walka z dzikiem sam na sam nie była zadaniem łatwym ani bezpiecznym. „Próbowały przecież szczęścia inne osoby, z których się do woli śmiano. Pociesznie było patrzeć kiedy uciekając przed odyńcami koziołki wywracali”.[29] Dzień łowów znowu zakończył się ucztą. Następnego dnia odbyło się polowanie konno na jelenie. Wybrano trzy dorodne rogacze. Król pojawił się na łowach wraz z kawalkadą dworzan ubranych w jednakowe mundury „złotolite suknie srebrem wyłożone i podszyte jasno niebieską materyą”.[30] Pojawiły się także dwie damy  amazonki – hrabina Maria Zofia Denhoff, żona Stanisława Ernesta Denhoffa hetmana polnego litewskiego i hetmanowa litewska, którą autor nazywa Potocką.[31] „Pierwszy jeleń nie widząc dla siebie ratunku wskoczył w staw aby tym sposobem życie ocalić. Tymczasem kilku zagorzałych myśliwych wsiadło na łódź i na stawie z sztućca go zabili. Drugi jeleń przeskoczył przez sieci i uszedł. Trzeci sforsowany życie pod kordelasem wyzionął”.[32]

Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*