„Ostatnia otwarta brama z obozu koncentracyjnego” – exodus ludności żydowskiej do Portugalii w okresie lat 30. XX w. i II wojny światowej

Ratunek w Bordeaux

Pewna zmiana w kwestii uchodźców nastąpiła w czerwcu 1940 r., kiedy Niemcy dzięki zręcznej taktyce blitzkriegu zajmowali kolejne tereny Francji. Szybkie natarcie III Rzeszy spowodowało, że na południe kraju parło tysiące ludzi szukających ucieczki przed wojną i kroczącym obok niej nazizmem. Wielu liczyło na ucieczkę do krajów neutralnych, w tym do Ameryki, jednak droga do tego świata wiodła przez liczne gabinety konsularne różnych państw, w tym gabinet konsula portugalskiego
w Bordeaux, Aristidesa de Sousy Mendesa. Dyplomata ten, nie bacząc na wytyczne z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zezwalające na wydawanie stosownych dokumentów głównie obywatelom brytyjskim, wydawał wizy dla reprezentantów każdej narodowości, w szczególności Żydom. Wiedział, jaki czeka ich los, jeśli znajdą się na terytorium zajętym przez Niemców. W dniach 11-22 czerwca konsulat wydał łącznie 1575 wiz, jednak liczby te mogą być większe, jeśli dodalibyśmy do nich nieznaną liczbę dokumentów wydanych w Bayonne i Hendaye, miejscowościach, przez które przejeżdżał konsul, udając się do Portugalii[8]. Można sądzić, że taka postać będzie witana w swoim kraju jako bohater i obrońca ludzkiego życia. Niestety, jak się okazało, Salazar nie potrzebował takich ludzi. Co więcej, był wściekły na konsula za niesubordynację i już 4 lipca 1940 r. nakazał rozpocząć przeciw niemu postępowanie dyscyplinarne. Proces trwał od sierpnia do października tegoż roku. Konsulowi postawiono łącznie 15 zarzutów, a dwaj przewodniczący procesu zaproponowali różne wymiary kary – zawieszenie w służbie dyplomatycznej od 30 do 180 dni lub zdegradowanie o jeden stopień w hierarchii służby dyplomatycznej. Wydanie wyroku pozostawiono jednak dyktatorowi, który pełnił w tym czasie także funkcję Ministra Spraw Zagranicznych. 30 października 1940 r. wydał wyrok skazujący Mendesa na rok zawieszenia w służbie dyplomatycznej z prawem poboru 50% swojego wynagrodzenia. Po tym okresie miał on przejść na przymusową emeryturę. Zrozpaczony konsul pisał odwołania, w tym osobisty list do Salazara, tłumacząc się, że jego działania, nagłośnione w zagranicznej prasie, przedstawiały Portugalię w dobrym świetle oraz tym, że działał z pobudek czysto chrześcijańskich. To jednak nie pomogło, a wyrok utrzymano w mocy. Przez resztę życia musiał żyć w biedzie, mając na utrzymaniu większość z 14 swoich dzieci. Zmarł 3 kwietnia 1954 r[9]. Powodem tak mocnego potraktowania swojego podwładnego była najprawdopodobniej nie tylko niesubordynacja w czerwcu 1940 r., ale także inne wcześniejsze wydarzenia. W 1939 r.
i na początku 1940 r. Mendes wydał dwie wizy, bez ich wcześniejszej autoryzacji przez PVDE, dla osób, które nie były „mile widziane” w Portugalii, za co dostał pisemne upomnienie[10]. Co więcej, do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych wniesiono w czerwcu 1940 r. skargę na konsula, jakoby ten pobierał opłatę charytatywną od obywatela brytyjskiego ubiegającego się o wizę. Nietolerujący sprzeciwu Salazar, patrzący dodatkowo na poprawne stosunki z Wlk. Brytanią oraz podporządkowujący wszystko polityce utrzymania neutralności Portugalii, nie mógł tego zaakceptować. Jest wielce prawdopodobne, że działania na rzecz uchodźców ostatecznie przesądziły
o losie konsula[11].

Aristides de Mendes Sousa w 1940 r.
Fot. Wikimedia Commons

Specyfika codziennego życia

Po przejściu wielu trudów i przekroczeniu granic Portugalii problemy uchodźców nie dobiegały końca. Musieli radzić sobie z wieloma aspektami codziennego życia, które w warunkach wygnania nie były całkiem proste. W pierwszej kolejności byli zaabsorbowani poszukiwaniem jedzenia i dachu nad głową. Firmy hotelarskie oraz mieszkańcy oferowali im często zakwaterowanie o różnym stopniu komfortu, od małych, niszczejących pokoi aż po całkiem luksusowe apartamenty[12]. Na te ostatnie mogli pokusić się jedynie nieliczni. Mimo że w większości Żydzi należeli do klasy średniej, to większą część swoich oszczędności musieli wydać po drodze
na tymczasowe lokum, jedzenie i różne opłaty[13]. Dodatkowo hotele często podnosiły ceny, kiedy ci przybywali w dużej liczbie. Przykładowo Hotel Aviz w Lizbonie podniósł cenę swoich apartamentów do 6 dolarów za dobę, czyli więcej niż zarabiał przeciętny Portugalczyk w ciągu miesiąca[14]. Należy jednak zaznaczyć, że zdarzały się także sytuacje, kiedy to oferowano możliwość zapłaty dopiero w momencie, kiedy uchodźcy znajdą się w docelowym miejscu swojej podróży. Niekiedy prywatni właściciele oferowali skromne posiłki, które jednak nie zachęcały swoją różnorodnością. Jak podkreśla jeden z uchodźców, często były to zwykłe sardynki podane w każdy możliwy sposób, w jaki można je przyrządzić[15]. Niektórzy przybysze nie mogli sobie pozwolić nawet na opłacenie czynszu. W takim przypadku pomoc oferowały liczne organizacje żydowskie działające głównie w Lizbonie. Możemy do nich zaliczyć: Hebrajskie Stowarzyszenie Pomocy Emigrantom, założone w 1909 r. w Nowym Jorku, Amerykańsko-Żydowski Połączony Komitet Rozdzielczy, portugalsko-żydowskie komitety pomocowe oraz pomoc oferowaną przez portugalskich Żydów[16]. Organizacje te pomagały nie tylko w znalezieniu dachu nad głową, ale także w uzyskaniu wizy oraz pośrednictwie w rozmowach z władzami portugalskimi. Ich wielokrotna interwencja niejednokrotnie doprowadzała do uwolnienia uchodźców przetrzymywanych z różnych powodów przez PVDE. Na tym polu znacznie odznaczył się Moses Bensabat Amzalak, przewodniczący gminy żydowskiej w Lizbonie i osobisty przyjaciel dr Salazara. Sam reżim Nowego Państwa początkowo z niechęcią odnosił się do działalności tych organizacji, jednak z czasem, widząc efekty ich działań i realne rozwiązywanie problemów uchodźców, zmienił swój stosunek[17].

Kolejnym priorytetowym celem uchodźców było opuszczenie Portugalii, co wymagało zdobycia wizy oraz biletu na jeden ze statków. Wielokrotnie wymagało to długiego stania w kolejkach do konsulatów i urzędów. Placówki brytyjskie i amerykańskie latem 1940 r. nie dawały rady ze względu na niedobór personelu, co więcej, samo zdobycie jednej z tych rzeczy nie gwarantowało sukcesu. W przypadku uzyskania wizy należało szybko udać się do oddziału firmy transportowej po bilet. W przeciwnym razie, kiedy nie zrobiło się tego na czas, wiza wygasała, a proces starania się o nią należało zaczynać od nowa[18]. Sama podróż statkiem również nie należała do przyjemnych. Parowce wiozące uchodźców często były przeładowane, co więcej, zdarzały się na nich braki zaopatrzenia w żywność. Zamożniejsi mogli sobie pozwolić na nieco większy luksus – przelot tzw. clipperem, hydroplanem należącym do amerykańskich linii lotniczych Pan American[19].

Dwóch portugalskich policjantów stoi na molo w lizbońskim porcie, gdy grupa uchodźców czeka w kolejce na wejście na pokład SS Mouzinho, fotografia przekazana muzeum przez Miltona Kocha, United States Holocaust Memorial Museum

Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*