Studzianki | Recenzja

Janusz Przymanowski, Studzianki 

Wielka, pancerna epopeja Janusza Przymanowskiego powraca. Pozwala to młodemu pokoleniu Polaków skonfrontować swoją wiedzę o wschodnim froncie II wojny. Tym razem – bez ideologicznego ciężaru i socjalistycznej nowomowy.

Książkę można nabyć w księgarni wolum.pl – Studzianki 

Janusz Przymanowski to pisarz i oficer Ludowego Wojska Polskiego zmarły blisko dwadzieścia lat temu. Wprawdzie kanały telewizyjne nie pozwalają nam o nim zapomnieć, raz po raz dręcząc nas kolejnymi emisjami serialu Czterej pancerni i pies lecz przecież młodzież, urodzona w wolnej Polsce, nie kojarzy zazwyczaj serialu z nazwiskiem Janusza Przymanowskiego – autora książki, na podstawie której powstał ów socjalistyczny twór filmowy. Czterej pancerni… to klasyka tej wojskowej, peerelowskiej narracji. Popularnością może mu dorównać chyba tylko Kapitan Kloss. Kilka odcinków „Pancernych” opowiada nam w fabularyzowanej formie o wielkiej bitwie pod Studziankami. Niemniej – książka ta (a więc i serial) obliczona była na formę lekką i przyjemną. Nie brak w niej humoru, anegdoty, żartu. Wojna w „Pancernych” jest wyretuszowana, niemal bezkrwawa. Armia Berlinga walczy i wygrywa ze „szkopami” z pieśnią na ustach. Inaczej jest w Studziankach Przymanowskiego. To raczej literatura faktu. Dokument wzorowany na reportażu z Monte Cassino Melchiora Wańkowicza. Przymanowski miał wielkie aspiracje stworzyć wielki epos pancerny. Czy to się udało? Muszą to dziś ocenić przede wszystkim młodzi. Ci, którzy nie czytają Przymanowskiego przez pryzmat jego politycznych wystąpień w sejmie PRL-u. Również i ci, którzy nie zasiadali przed telewizorami w czasie transmisji z Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu (gdzie kilkadziesiąt przyśpiewek, wątpliwej dziś jakości, wyszło spod pióra właśnie… autora Studzianek).

Co nie ulega dziś wątpliwości, to fakt, iż bitwa pod Studziankami była wielkim polskim (polsko-sowieckim gwoli ścisłości) zwycięstwem. Już choćby tylko z tego powodu należy o niej pamiętać, co notabene ma miejsce – choćby na corocznych obchodach upamiętniających to wydarzenie w Studziankach Pancernych – wsi, obok której miały miejsce największe walki.

Polska 1. Brygada Pancerna im. Bohaterów Westerplatte musiała zmierzyć się z przeważającymi siłami niemieckimi, m. in. z elitarną dywizją pancerno-spadochronową „Hermann Goering”. Niemcy obsadzili przyczółek warecko-magnuszewski 230 czołgami. My mieliśmy ich 86. Niemców broniło się blisko czterdzieści tysięcy. Polska brygada liczyła ledwie 2200 ludzi. Zacięte boje trwały pięć dni (9-16 sierpnia 1944). Wystarczyło to jednak, by rozbić niemiecką obronę, zmusić do ucieczki pododdziały 19. Panzer-Division i utorować frontowi armii sowieckiej (wraz z 1 Armią WP) marsz na Warszawę.

To polsko-sowieckie militarne zwycięstwo nie ulega wątpliwości. Męstwo i odwaga, poświęcenie naszych żołnierzy – także. Nadal wśród nas żyją potomkowie „berlingowców”. Powinni być dumni ze swoich bliskich. To oczywiście prawda, że historia szlaku pierwszej armii była przez całe lata „na tapecie”. Do znudzenia, natrętnie powtarzana, ideologizowana, i idealizowana. Prawdą jest też, że „berlingowcy”, także i „pancerni” nie mieli czystej moralnie karty. Sowieci wraz z naszymi oficerami politycznymi wykorzystywali ich do masakr polskiego podziemia niepodległościowego.

Niemniej nie powinno, jak sądzę, kłaść się to cieniem na lekturze i dzisiejszym odbiorze Studzianek Przymanowskiego. Jeżeli spróbujemy skupić się na bitwie pod Studziankami i sposobie, w jaki autor opisał tę historię, docenimy niewątpliwy talent narratora.

Ocena recenzenta: 4/6

Maciej Dęboróg-Bylczyński

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*