Władysław IV Waza – wojownik w czasach pokoju | część 1

Część I: Kształtowanie wojownika

Rośnij, rośnij, Władysławie!

Głos twój ludy w krąg szanują –

i dla sławy twojej prawie

sto ci koron wszędy kłują

Ivan Gundulić, Osman

Bawiący w 1636 roku w Rzeczpospolitej nuncjusz Honoriusz Visconti takimi słowami opisywał Władysława IV Wazę: „Lubo z przyrodzenia jest żywego temperamentu, ma jednak tyle zimnej krwi, że umie bardzo dobrze ukrywać swe myśli, lub je do okoliczności stosować. Mógłby się liczyć do ludzi silnie zbudowanych, gdyby zbytki młodego wieku nie nadwątliły mu sił fizycznych. Ma piękny skład ciała, tylko że przyszedłszy do dojrzałego wieku, nabiera zbytecznej tuszy, przez co nikną owe wdzięki, które dawniej były jego ozdobą, ścigały na niego oczy ujmowały mu serca”.

Złote dziecko domu Wazów

Pierworodny syn Zygmunta III Wazy oraz jego pierwszej żony, Anny Habsburżanki, przyszedł na świat 9 czerwca 1595 roku w podkrakowskim Łobzowie. Syn Zygmunta i Anny był po kądzieli latoroślą rodu Jagiellonów, toteż na cześć protoplasty dynastii dostał imię Władysław. W dziecku płynęła krew co najmniej zacna, bowiem była to mieszanka krwi Wazów, Jagiellonów i Habsburgów. Ojcem chrzestnym został również nie byle kto, bo sam Ferdynand Habsburg, od 1619 roku Święty Cesarz Rzymski. Wielka radość zapanowała w stolicy na wieść o narodzinach syna Zygmunta III. Kronikarz zanotował wówczas: „z dział, hakownic strzelano, z murów z wież, ogromną strzelbę wypuszczano”.

We Władysławie nie tylko rodzice, ale i cały naród pokładał wielkie nadzieje. Wbrew pozorom polska szlachta czuła pewną więź z dynastią panującą, tym bardziej, że Wazowie byli przecież Jagiellonami po kądzieli, a więc kontynuatorami znamienitego rodu. Dawny polski historyk, Artur Śliwiński, o Władysławie napisał następujące słowa: „Władysław IV nie potrzebował szukać drogi do serc polskich. Syn Szweda i Niemki, ale urodzony na ziemi polskiej czuł się Polakiem (…), a usposobieniem i temperamentem bliski był Polakom”.

Władysław stracił matkę we wczesnym dzieciństwie, Anna Habsburżanka zmarła bowiem, gdy chłopiec miał zaledwie 3 lata, 10 lutego 1598 roku, a wraz z nią nowonarodzony brat Władysława. Zostawszy wdowcem, Zygmunt III postanowił ożenić się ponownie, wybór padł na siostrę Anny, Konstancję. W Rzeczpospolitej uważano to za nie lada skandal, a wręcz kazirodztwo. Trafił więc Władysław pod opiekę kobiet. Wychowawcą młodego królewicza stała się ochmistrzyni dworu Zygmunta III – Urszula Meierin. Taki stan rzeczy nie podobał się dygnitarzom, którzy na czele z Janem Zamoyskim radzili królowi, by odsunął kobiety od wychowania dziecka. Wtórował mu Stanisław Żółkiewski, który radził królowi: „żeby ante omina [przede wszystkim] wyjęty był z opieki i konwersacji białogłowskiej, gdyż już lata jego nie potrzebują tego… Druga rzecz jest potrzebna, aby cudzoziemcy byli od wychowania królewicza jmci oddaleni (…)”.

Zygmunt III Waza pędzla Marcina Kobera
Fot. Wikimedia Commons

Chował się więc Władysław zgodnie z polskimi obyczajami. A mamki zastąpiło twarde męskie wychowanie. Pieczę nad przyszłym królem zaczęli sprawować kasztelan gdański Michał Konarski oraz starosta kokenhauzki Zygmunt Kazanowski. W 1599 roku szwedzki Riksdag zdetronizował Zygmunta III, a koronę Szwecji ofiarował 4-letniemu Władysławowi pod warunkiem przejścia na luteranizm. Z wiadomych względów Władysław nie mógł udać się za morze i objąć schedy po ojcu. Zresztą sam ruch stanów szwedzkich był tylko dobrze obliczoną grą przeciwko Zygmuntowi, bo korona i tak trafiła do jego stryja, Karola Sudermańskiego. Dlaczego jednak autor o tym wspomina? Korona Szwecji stanie się dla Władysława IV celem i marzeniem życia. Wszystkie działania, plany, pomysły, cele będzie Władysław kreował, by ją posiąść. I jak napisał Henryk Wisner:

„Szwecja będzie jutrem. Jej znaczenie dla Władysława Zygmunta, dla kształtowania jego osobowości, będzie się zwiększało w miarę wzrastania zdolności pojmowania”.

O czapkę Monomacha

Trwająca w Carstwie Moskiewskim od śmierci Iwana IV Groźnego Wielka Smuta spowodowała, że już w wieku 15 lat Władysław stanął przed historyczną szansą zdobycia czapki Monomacha. Magnackie wyprawy zwane w historiografii dymitriadami rychło przekształciły się w regularną wojnę polsko-moskiewską. Wszczynając wojnę ze wschodnim sąsiadem, Zygmunt III miał ku temu swoje powody. Waza zaprzysiągł bowiem w pacta conventa, że odzyska ziemie, które Litwa utraciła w 1514 roku na rzecz Moskwy. Chaos w państwie carów był wprost idealną okazją, by król słowa przekuł w czyny. Były też inne powody – car Wasyl Szujski zawarł w 1609 roku w Wyborgu groźny, mogący zagrozić interesom Rzeczpospolitej sojusz ze Szwecją. Nie czekając na moskiewsko-szwedzkie uderzenie, Zygmunt bez zgody sejmu zaczął wojnę z carem i wylądował na 2 lata pod Smoleńskiem, który stanowił główny cel tej wojny.

Car Borys Godunow
Fot. Wikimedia Commons

Tymczasem pod murami twierdzy zaszły wypadki, które otworzyć miały przed Władysławem wielkie możliwości. Otóż w 1610 roku pod Smoleńsk udali się bojarzy, którzy zaoferowali Zygmuntowi III, aby jego syn został carem. Nie była to pierwsza taka oferta ze strony bojarów. Już w 1606 roku Iwan Biezobrazow zaproponował Zygmuntowi, aby jego syn władał w Moskwie, ale wówczas król dał odpowiedź wymijającą. 4 lata później Zygmunt III był bardziej skory do rozmów i 24 lutego 1610 roku pod murami Smoleńska zawarł układ, wedle którego Władysław miał zostać carem. Bojarzy postawili oczywiście swoje warunki, królewicz miał przejść na prawosławie i nie faworyzować katolików oraz szanować prawa i obyczaje cerkwi. W lipcu 1610 roku hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski rozbił pod Kłuszynem idącą na odsiecz Smoleńskowi armię moskiewsko-szwedzką.

Następnie hetman udał się aż do Moskwy i 27 sierpnia zawarł z bojarami kolejny układ. Był on zasadniczo podobny do tego zawartego pod Smoleńskiem, jednak bojarzy postanowili go rozszerzyć o paragraf dość ważny z punktu widzenia interesu Rzeczpospolitej wojska polskie miały odstąpić od Smoleńska oraz zwrócić inne zdobyte zamki. Nierozważne działanie hetmana skomplikowało sytuację, bowiem Żółkiewski kupił od sprytnych bojarów przysłowiowego kota w worku. Król nawet nie chciał słyszeć o tym, że ma odstąpić od Smoleńska i gniewał się na swego hetmana, że ten poszedł na tak daleko idące ustępstwa. Uczciwie trzeba przyznać, że Zygmunt III zachowywał większy realizm polityczny niż sędziwy już wówczas Żółkiewski.

Polsko-litewska załoga weszła jednak na Kreml, by przygotować grunt pod panowanie cara Władysława. W głowie Zygmunta rodziły się pytania i obawy. Monarcha, mimo nalegań bojarów, zwlekał z wysłaniem syna do Moskwy. Zygmunt rozmyślał nawet, by przez jakiś czas rządzić samodzielnie. Nie chodzi tutaj o fanatyzm religijny Zygmunta czy jego samolubstwo i ciężki charakter. Była to zwyczajna troska ojca o dziecko. W niespokojnych czasach Wielkiej Smuty kolejni carowie byli najpierw pionkami w grze bojarów, a gdy już przestali być im użyteczni, byli przez nich eliminowani. Tak skończył car Fiodor, Dymitr Samozwaniec i Borys Godunow. Zygmunt słusznie zakładał, że w zanarchizowanej Moskwie Władysław może stracić życie i to bardzo szybko. Do tego dochodziła również inna kwestia, o której często się zapomina, a na którą uwagę zwrócił Wojciech Polak. Zygmunt, zanim zaczął wojnę z Moskwą, niemal przez 2 lata borykał się z rokoszem pod wodzą Zebrzydowskiego. Wszelkie kwestie dotyczące następcy trony chciał Zygmunt konsultować z sejmem, by nie narażać się na kolejne wystąpienie poddanych. To były prawdziwe przyczyny królewskiej zwłoki.

Smoleńsk dzielnie broniony przez Michała Szeina (który jeszcze w opowieści tej się pojawi) skapitulował w końcu w czerwcu 1611 roku. Tymczasem niezbyt optymistyczne wieści nadchodziły z Moskwy. Polski garnizon na Kremlu musiał odpierać ataki powstańców, a jego sytuacja stawała się dramatyczna. Król po kapitulacji twierdzy nie poszedł jednak na Moskwę, a wrócił się do Warszawy na sejm. Wbrew zarzutom historyków jest to decyzja dość zrozumiała, wszak wojsko było wyczerpane niemal 2-letnim oblężeniem. Na Kremlu tymczasem działy się iście dantejskie sceny, a wśród żołnierzy koronnych dochodziło do aktów kanibalizmu. W końcu załoga polska skapitulowała 6 listopada 1612 roku. Zygmunt już wyprawiał swego syna do Moskwy, ale w obliczu zwycięstwa powstańców musiał odwołać całą operację. W 1613 roku Sobór Ziemski obrał carem syna patriarchy Filareta – Michaiła Romanowa. Szanse Władysława na koronę carską zmalały niemal do zera. Nie ma w tym większej winy jego ojca. Zygmunt III od początku do końca wojny działał racjonalnie i co najważniejsze – odzyskał Smoleńsk, czyli osiągnął zamierzony cel.

Wojna jednak trwała nadal i trzeba było ją zakończyć.

Wyprawa na Moskwę

Po odzyskaniu Smoleńska i obraniu przez Sobór Ziemski carem Michaiła Romanowa działania wojenne nieco przygasły. Na smoleńszczyźnie co prawda cały czas toczyły się mniejsze lub większe działania zbrojne, ale obie strony pertraktowały jednocześnie o zakończenie wojny. Zarówno Carstwo, jak i Rzeczpospolita były już zmęczone konfliktem. Moskwa daleka była od ustabilizowania sytuacji wewnętrznej i wstrząsały nią coraz to nowe bunty i niepokoje. Jednocześnie do Rzeczpospolitej zza wschodniej granicy wróciły masy nieopłaconego wojska, które rychło zawiązały konfederację i łupiły ludność.

Po jałowych rokowaniach w latach 1613-1615 dwór królewski wreszcie zaczął myśleć o kolejnej wyprawie zbrojnej i wznowieniu wojny z Moskwą. N początku 1616 roku wysłano na sejmiki legację, w której przekonywano społeczeństwo o kontynuowaniu działań wojennych. Zygmunt III i jego otoczenie przed rozpoczęciem wiosennego sejmu przekonywali szlachtę, że zakończenie wojny na wschodzie możliwe jest tylko przez skuteczną demonstrację zbrojną. Wskazywano również na fakt, że w Carstwie nadal istnieją sympatie pro władysławowskie. Pisano: „Jest ich sieła, którzy z poprzysięgnięciem królewicowi jm. Władysławowi, z posłuszeństwem i chęciami swemi ku niemu się odzywają, ale nie wiedząc w nas żadnej do tego ochoty ani bacząc taki potęgi, żeby się z tym głośni otworzyć mogli, nie śmieją tego [Michała Fiodorowicza], choć go nienawidzą, drażnić, nie śmieją nic wszczynać, aby dla niepewny obrony w pewną u tyrana śmierć nie przyszli”.

Władysław IV Waza w wieku 10 lat
Fot. Wikimedia Commons

Argumenty dworu trafiły do szlachty. Chciano, by Władysław udał się na stolicę Państwa Moskiewskiego. I nie chodziło tu o to, by królewicz zdetronizował Romanowa i sam sięgnął po czapkę Monomacha. W gruncie rzeczy nikt, łącznie z królem, w to nie wierzył. Wszystkim natomiast chodziło o to, by konflikt wreszcie zakończyć. Jak stwierdził Wisner – Władysława sprowadzono li tylko do roli narzędzia, za pomocą, którego szlachta i król chcieli zrealizować swój plan zakończenia konfliktu.

Sejm wiosenny zaczął się 26 kwietnia 1616 roku. Rozpoczął się on od mowy wielkiego admiratora polityki Zygmunta III – kanclerza Feliksa Kryskiego. W swej mowie Kryski powtórzył niemal wszystkie argumenty, jakie zawarto w zimowej legacji na sejmiki. Pomysł wojny z Moskwą poparł senat, choć nie wszyscy senatorowie byli nim zachwyceni. W połowie maja specjalnie wyznaczona komisja przedstawiła izbie poselskiej projekt powołania 10-tysięcznej armii. Początkowo mówiono posłom, że ma ona być wystawiona przeciwko Turkom i Tatarom, a dopiero w przypadku zawarcia z Turcją porozumienia miała udać się na wschód. Następnie senatorowie zaczęli przedstawiać wizję odnowionej wojny z Moskwą i przedłużającego się w nieskończoność konfliktu. Efektem tych zabiegów było uchwalenie konstytucji O Moskwie, w której zapisano: „Przeto My nie chcąc deesse [zaszkodzić] y bezpieczeństwu, y sławie Rzplitej, y daley y szkod y krzywd takich ponosić, pozwliliśmy Królewicowi Jmci Władysławowi, Synowi naszemu, przy prawie iego, wszelakimi sposoby Rzeczpospolitą od tego nieprzyjaciela z tym zaciągiem uspokoić”. Na połączonym posiedzeniu senatu i izby poselskiej postanowiono, że królewiczowi będą towarzyszyć komisarze, którzy dostali od króla instrukcje, by jak najszybciej zakończyć konflikt. Ponadto komisarze mieli pilnować m.in. tego, czy pieniądze z poborów rzeczywiście przeznaczone są na ten cel. Uważny czytelnik zapewne zorientował się, że już od samego zaaprobowania przez sejm pomysłu wyprawy Władysław nie miał nic do powiedzenia, bo pieczę nad wszystkim sprawował jego ojciec.

Władysław wyruszał na wyprawę wiosną 1617 roku. 4 kwietnia, 2 dni przed wymarszem, zaprzysiągł, że będzie we wszystkim słuchać się komisarzy i nie zdziała nic wbrew ich woli. Samych komisarzy wyznaczono 8, byli to kanclerz wielki litewski Lew Sapieha, biskup łucki Andrzej Lipski, kasztelan sochaczewski Konstanty Plichta, kasztelan bełski Stanisław Żórawiński, kasztelan mozyrski Baltazar Strawiński, wojewodzic lubelski Jakub Sobieski – ojciec Jana i Marka, starosta śremski Piotr Opaliński oraz Andrzej Męciński. Jednocześnie z Władysławem ruszył dwór złożony w większości z jego kolegów, a jak pokaże czas – przyszłych współpracowników. Z królem ruszyli Marcin oraz Adam i Stanisław Kazanowscy (synowie Marcina), Paweł Tryzna, Jerzy Ossoliński czy Gerard Denhoff. Prawie wszyscy oni w czasach panowania Władysława mieli osiągnąć najwyższe stanowiska w państwie. Naczelne dowództwo nad całą ekspedycją nominalnie sprawował królewicz, jednak król de facto powierzył je komuś bardziej doświadczonemu. Wobec niemożności dowodzenia przez Stanisława Żółkiewskiego wybór padł na jego litewskiego kolegę, Jana Karola Chodkiewicza.

6 kwietnia Władysław uroczyście wyjechał z Warszawy, żegnany przez tłumy ludzi. Przez maj i czerwiec w Łucku zbierały się siły królewicza. Według wyliczeń Andrzeja Majewskiego Władysław zgromadził przy sobie:

10 chorągwi husarskich – 1050 koni,

8 chorągwi kozackich – 900 koni,

2 rajtarskie – 400 koni

3 roty piechoty cudzoziemskiej – 600 porcji,

5 chorągwi piechoty polskiej – 1400 porcji,

1 chorągiew piechoty węgierskiej – 600 porcji.

Łącznie 4950 koni i porcji. Królewicz nie udał się jednak w granice Państwa Moskiewskiego od razu, bowiem jego pomocy potrzebował Stanisław Żółkiewski. Stary hetman wybrał się wówczas nad granicę z Mołdawią, by powstrzymać idące na Rzeczpospolitą wojsko osmańskie. Efektem tego spotkania był układ podpisany pod Buszą, obyło się tym razem bez walk.

Żołnierz jazdy kozackiej
Fot. Wikimedia Commons

Obrany car moskiewski od początku wyprawy zachowywał się dość lekceważąco wobec komisarzy, będąc równocześnie pod wpływem swoich ulubieńców – Kazanowskich. Do momentu połączenia z Chodkiewiczem głównodowodzącym ekspedycji miał być kasztelan sochaczewski Konstanty Plichta. Na jego stanowisko dużą chętkę miał Marcin Kazanowski, który był człekiem tak samo dumnym, jak i nieobliczalnym. W ekspedycji Kazanowskiemu towarzyszył brat, Zygmunt. Kazanowski poprzez niego właśnie chciał wymóc na Władysławie, by ten namówił Plichtę do złożenia urzędu głównodowodzącego na rzecz Marcina. Plichta oczywiście odmówił, Kazanowski się wściekł i pod Jampolem zaczął podburzać regimenty, by wypowiedziały posłuszeństwo Plichcie i poddały jemu. Według relacji Fabiana Birkowskiego doszło prawie do bratobójczej walki.

11 lipca 1617 roku Władysław wreszcie dostał od ojca wiadomość, że może ruszać w granice Carstwa. Królewicz wysłał Kazanowskiego na czele 4 chorągwi husarskich i 2 kozackich, by wsparł Żółkiewskiego pod Buszą. Ostatecznie Władysław wyruszał na czele 3500 ludzi. Połączenie z Chodkiewiczem nastąpiło pod Brześciem Litewskim, hetman litewski miał ze sobą ok. 2911 koni i porcji, wzmocnionych przez lisowczyków. Władysław nie ruszył jednak dalej, a cofnął się do Warszawy. Do uszu królewskich doszły wiadomości o ekscesach pod Jampolem. Zygmunt III kategorycznie zażądał od syna, by odprawił Kazanowskich ze swojego dworu. W końcu jednak królewicz przekonał ojca, by Kazanowscy zostali przy jego boku. Niestety ta zwłoka spowodowała, że minął najlepszy czas do prowadzenia działań wojennych. Królewicz dopiero 27 września stanął pod Smoleńskiem.

Władysławowi przez cały czas nie było w smak, że ktoś chce go ograniczać w dowodzeniu armią – z jednej strony był ograniczony przez komisarzy, z drugiej przez Chodkiewicza. Artur Śliwiński tak pisał o rozterkach królewicza: „[…] królewicz, młody, niedoświadczony i niecierpliwy, niechętnie spoglądał zarówno na komisarzy od niego zależnych, jak i na hetmana, który go krępował swą surową powagą”. Wyprawa zaczynała się jednak dość obiecująco. Jako pierwszy przed carem Władysławem otworzył swe bramy Dorohobuż. Tam dowiedziano się, że znajdująca się 150 km dalej Wiaźma również uznaje władysławowe zwierzchnictwo. Bez jednego wystrzału zajęto zatem duże połacie ziemi moskiewskiej. Niestety nadchodziła sroga rosyjska zima, a żołnierze zaczęli się buntować wskutek zaległego żołdu.

W lutym 1618 roku zwołano sejm, gdzie domagano się, aby szlachta jeszcze wyłożyła co nieco na wojnę z Moskwą. Tym razem jednak posłowie nie byli tak wyrozumiali i żądali, by jak najszybciej zakończyć wojnę. Widząc to, król również nalegał na komisarzy, by wreszcie zmusili Moskali do rokowań. Jeśli ci nie byliby skorzy do oddania Władysławowi tronu, mieli pertraktować rozejm na możliwie jak najkorzystniejszych warunkach. Zgodzono się na uchwałę tylko jednego poboru, co było sumą niewystarczającą. Jednak zawarcie przez Żółkiewskiego ugody pod Buszą pozwoliło na pewne wzmocnienie armii głodującej w Wiaźmie. Postanowiono, że Władysława wesprze Marcin Kazanowski na czele z 6000 ludzi, a prócz tego królewicz otrzyma wsparcie od Kozaków pod wodzą hetmana Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego (od 2020 roku świętego cerkwi ukraińskiej). Sahajdaczny miał wyprawić się na czele 20 000 mołojców. Kazanowski pojawił się w obozie i niemal od razu wybuchł skandal z nim w roli głównej. Zgodnie z umową Kazanowskiemu odbierano naczelne dowództwo nad korpusem, który przyprowadził, zostawiając pod jego bezpośrednim dowództwem 800 ludzi. Kazanowski, który po drodze zdobył m.in. Starodub, wysyłał po drodze listy, w jednym z nich pisał: „aby mu tego wojska, z którym szedł, nie rozrywano, aby przy obozie osobnym stanowiskiem podług upodobania stawał, aby osobną straż i hasło miał, aby w ciągnieniu był pierwszy, na ostatek, aby egzekucyja karania wszelkiego nad tą tam częścią ludzi przy nim zostawała”. Kazanowski, jak widać, domagał się pełni praw, w tym prawa jurysdykcji nad swoimi żołnierzami. 2 lipca prowokacyjnie wjechał do obozu pod buńczukiem. Gdy zobaczył to Chodkiewicz, który również należał do ludzi porywczych, bardzo mu się to nie spodobało. W dosadnych słowach powiedział Władysławowi, by ten: „przestrzec go [Kazanowskiego] kazał, żeby ten znak do torby schował, bo mu go każe stłuc na łbie”. Królewicz był jednak cały czas pod złym wpływem Stanisława Kazanowskiego, czyli syna Marcina, oraz wspomnianego już brata Zygmunta. Podpity Władysław w mało dyplomatycznych słowach próbował wymóc na Chodkiewiczu, by nie odbierał Kazanowskiemu dowództwa nad ową 6-tysięczną dywizją, na co Chodkiewicz bez ogródek wypalił, że Władysław jest pijany i nie mówi racjonalnie. Upór Kazanowskiego mógł się skończyć dlań tragicznie. Gdy parę dni później krewki hetman zobaczył, że Kazanowski nie opuścił swoich ludzi, rzucił się na niego w furii i nie bacząc na patrzące na niego wojsko, zaczął gonić za uciekającym Kazanowskim, wyzywając go od najgorszych, a na koniec cisnął w niego buzdyganem. Ta tragikomiczna historia pokazuje, jak nieobliczalnym człekiem był Chodkiewicz i jakiej pokory musiał nauczyć się jeszcze Władysław.

W połowie września armia królewicza ruszyła w stronę Moskwy. W czerwcu z Zaporoża ruszył hetman Sahajdaczny z 20 000 Kozaków. Pochód Sahajdacznego naznaczony był spalonymi wsiami i wieloma zabitymi ludźmi. Do ludności Moskwy dochodziły wiadomości o ekscesach kozackiego hetmana, toteż na carską stolicę padł strach. 2 października siły Władysława dotarły do dobrze znanego Polakom i Litwinom Tuszyna. To właśnie tam jeszcze parę lat temu Dymitr II Samozwaniec stał z wiernymi sobie oddziałami. Uczynił wówczas z Tuszyna swoją stolicę. Jakub Sobieski zanotował w swym diariuszu spostrzeżenia dotyczące stolicy carów, która położona była tylko 14 km od Tuszyna. Ojciec przyszłego króla zachwycał się pięknem Moskwy, a wraz z nim zgromadzone przy Władysławie rycerstwo. Komisarze królewscy do końca próbowali rokowań z bojarami. 3 października Władysław odebrał od Moskali list, w którym bojarzy dosadnie napisali: „Tobie niepodobna być carem moskiewskim, minuwsze to już dzieło, żałowania Twego nie chcemy, karania się nie lękamy, gdyż nam bez sądu Bożego nic złego nie może się stać”. 8 października pod Tuszyno dotarli wreszcie Kozacy, których podczas marszu i wcześniejszych działań ubyło ok. 2000. Majewski szacuje, że przed samym szturmem carskiej stolicy połączone siły polsko-litewsko-kozackie wynosiły 22 000 żołnierzy. Byli to jednak żołnierze przedstawiający niezbyt dużą wartość bojową. Brakowało również artylerii.

Św. Piotr Konaszewicz-Sahajdaczny

Na radzie wojennej zadecydowano, aby dokonać szturmu na mury Moskwy za pomocą drabin. Kawaler maltański, Bartłomiej Nowodworski, radził natomiast, by wysadzić petardami bramy i wtedy dokonać szturmu. Nowodworski, mimo swojego podeszłego wieku, był jedną z bardziej jasnych postaci kampanii. Wzbudzał szacunek, ale również zazdrość wśród innych dygnitarzy. Jerzy Ossoliński był jednym ze sceptycznie podchodzących do pomysłów Nowodworskiego, w swym pamiętniku przyszły kanclerz zanotował: „Ale mym zdaniem starzec życzył sobie cale [całość] sławy, która by go była zupełna nie minęła, by był petardą wojsku sam drogę otworzył”. Samej Moskwy bronił aż 11-tysięczny garnizon, toteż szanse na jej zdobycie były nikłe.

Szturm nastąpił w nocy z 10 na 11 października. Około 3:00 nad ranem na mury miejskie ruszyły dwie grupy. Na bramę Arbacką uderzała piechota pod wodzą Nowodworskiego, natomiast bramę Twerską zdobyć miał Lew Sapieha. Nowodworski podszedł pod ostróżek broniących dostępu do bramy, gdzie przywitała go palba z muszkietów. Kawaler maltański podsadził jednak petardę pod ostróżek, która rozwaliła jego wrota. Po krótkiej walce ostróżek został zdobyty i Nowodworski szykował się do podsadzenia petardy pod bramę, ale znalazł się pod silnym ogniem rusznic obrońców, dodatkowo nie wsparli go stojący w odwodzie lisowczycy. W pewnym momencie Nowodworski dostał postrzał w ramię. Nie udał się również atak Lwa Sapiehy na bramę Twerską oraz atak Kozaków, którzy szturmowali miasto od południa. Majewski szacuje, że straty szturmujących wynosiły 30-50 zabitych i drugie tyle rannych. Straty obrońców były podobne.

Skoro szturm się nie powiódł, trzeba było znaleźć winnego niepowodzenia. Największa krytyka spadła wówczas na Chodkiewicza. Stanisław Kobierzycki wprost zarzucał hetmanowi litewskiemu, że nie potrafił utrzymać planu ataku w tajemnicy, a wiedzieli o nim wszyscy – począwszy od oficerów, a na ciurach obozowych kończąc. Kobierzycki notował z goryczą: „Dziwię się (…) Chodkiewiczowi, który dotąd słynął ze swojego doświadczenia i ze swojej roztropności, że nie trzymał swojego ataku w tajemnicy i dopuścił do tego, by wiedzieli o nim nawet prości żołnierze. Nic zatem dziwnego, że przez dezerterów dowiedzieli się o nim również wrogowie”.

W końcu obie strony usiadły do rokowań, w których Władysław nie brał udziału. 3 stycznia we wsi Dywilino stanął rozejm. Na jego mocy Rzeczpospolita odzyskiwała Smoleńsk, ziemię siewierską oraz czernichowską. Rozejm uznawał Michaiła Romanowa za faktycznego władcę Carstwa Moskiewskiego. Osobliwie potraktowano kwestie tytulatury, w polskiej wersji traktatu wprost stwierdzono, że Michaiła Romanowa carem tytułują tylko jego poddani, przez co całkowicie nie pogrzebano praw Władysława do carskiego tronu. Królewicz nadal tytułował się bowiem carem. Zapis ten skomplikował jednak w przyszłości stosunki dyplomatyczne z Moskwą, bowiem Rosjanie odmówili przyjmowania pism, które nie przyznawały władcy jego tytułów. Oficjalną korespondencję między Rzeczpospolitą a Carstwem w pewnym momencie zerwano i zastąpiono kontaktami między patriarchą Filaretem a kanclerzem litewskim Lwem Sapiehą, który w prywatnych listach mógł nazywać Romanowa carem. Historycy oceniają, że rozejm dywiliński był jednym z najbardziej korzystnych traktatów w historii Rzeczpospolitej. Henryk Wisner stwierdził, że rozejm z 1619 roku znacznie przewyższa rozejm w Jamie Zapolskim zawarty – jak pamięta czytelnik – przez Stefana Batorego. Z traktatu nie był jednak zadowolony król i rzecz jasna Władysław.

Władysław był bardzo zawiedziony zawartym pokojem. Ambitny królewicz widział siebie jako zdobywcę Moskwy, wchodzącego doń na czele polsko-litewskich oddziałów. Niestety tak się nie stało. Na wiosnę królewicz wrócił do Warszawy, witany z radością przez biskupa Zadzika. Rozgoryczony Władysław rzekł wówczas do duchownego: „Bóg jeśli chce, niech wybaczy tym, co tak chcieli”. Czego Władysław nauczył się podczas wyprawy na Moskwę? Dla przyszłego króla niewątpliwie była to cenna lekcja nie tylko w zakresie sztuki wojennej i prowadzenia działań zbrojnych, ale przede wszystkim lekcja rządzenia i pokory. Władysław ujrzał, na czym polega rządzenie w Rzeczpospolitej. Zobaczył, że jej mieszany ustrój i republikański charakter nie pozwalają, by monarcha był ponad zdanie sejmu. Zobaczył, jak dużą władzą dysponowali hetmani, którym nie można było tak łatwo narzucić swojej woli. Widział, jak dumny Kazanowski obraża się na Chodkiewicza, widział, jak Chodkiewicz rzuca w niego buzdyganem. Owa lekcja pokory była chyba dlań najważniejsza, Władysław myślał, że z racji tego, iż jest synem samego króla, może lekceważąco traktować innych dygnitarzy. Chodkiewicz szybko sprowadził Władysława na ziemię i wytłumaczył, że młodzieńczą butą nic nie wskóra, a ludzi należy szanować. Królewicz zobaczył również na przykładzie Ossolińskiego czy Adama Kazanowskiego, że mając protekcję potężnych magnatów, można ot tak dąsać się pod okiem królewicza i niezbyt liczyć się z jego zdaniem, a w pewnym momencie wejść mu na głowę. Jego ojciec był na pierwszy rzut oka człowiekiem raczej surowym i poważnym, ale przy tym potrafił dbać o godność majestatu królewskiego i zjednać sobie ludzi. W gruncie rzeczy pod maską chłodnego i niedostępnego człowieka, krył się władca wesoły, ciepły i lubiący uciechy życia. Władysław musiał się tego balansu nauczyć. Biograf władcy, Władysław Czapliński, twierdzi, że królewicz po tej wyprawie coraz bardziej przekonywał się do tego, że lepiej jest rządzić w kraju z silniejszą władzą monarszą, niezależną od zdania sejmu. Takim krajem miała być rzecz jasna Szwecja.

Wyprawa na Moskwę niestety nie spełniła ambicji Władysława. Przyszłość miała pokazać, że była to jedna z wielu jego osobistych porażek.

Chocimskie boje i wyprawa na Zachód

Władysław ledwo wrócił do kraju, a już pojawiła się okazja, by zmył nieprzyjemne wrażenie z wyprawy na Moskwę. Od początku XVII wieku rosło napięcie między Rzeczpospolitą a Imperium Osmańskim. W 1620 roku wybuchła między nimi wojna. Jej przyczyny są różnorakie i trudno wskazać tę, która przeważyła szalę. Z jednej strony Imperium musiało zmagać się ze zuchwałymi wyprawami Kozaków zaporoskich, którzy potrafili spalić przedmieścia Stambułu. Z drugiej strony Turcja w ramach rewanżu nasyłała na Ruś Tatarów. Do tego dochodził spór o strefę wpływów w Mołdawii oraz pro habsburska polityka Zygmunta III i jego pomoc cesarzowi w walce z powstańcami węgierskimi pod wodzą Gabora Bethlena, który był lennikiem sułtana. To wszystko zaważyło na tym, że młody sułtan Osman II zaczął wojnę z Rzeczpospolitą. Do konfrontacji doszło pod Cecorą w Mołdawii, gdzie naprzeciw Iskanderowi paszy wyszedł hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski. Niestety armia koronna musiała wycofać się spod Cecory w granice Rzeczpospolitej. Zorganizowany z początku odwrót zamienił się w paniczną ucieczkę, zakończoną pogromem wojsk koronnych i śmiercią Żółkiewskiego.

Tak wielka klęska była szokiem dla społeczeństwa i dworu królewskiego. Od początku 1621 roku rozpoczęto zaciągi na wojnę z Turcją. Z Warszawy na wszystkie strony świata ruszyły również poselstwa, bowiem Zygmunt III koniecznie chciał uzyskać od władców chrześcijańskich niezbędne posiłki. Na wojnę chocimską zaciągnięto również dużą liczbę coraz bardziej popularnej w Rzeczpospolitej piechoty niemieckiej. Wobec śmierci hetmana wielkiego koronnego i niewoli hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego głównodowodzącym armii polsko-litewskiej został zwycięzca spod Kircholmu, Jan Karol Chodkiewicz. Nie ulegało wątpliwości, że królewicz weźmie udział w wyprawie. Co ciekawe, on sam, mimo niesnasek podczas poprzedniej wyprawy, stwierdził, że wyprawa przeciwko Turkom uda się tylko pod wodzą Chodkiewicza.

Władysław prowadził ze sobą pułk liczący według Podhorodeckiego 10 180 koni i porcji. 10 lipca królewicz stanął we Lwowie, gdzie zabawił na dłuższy czas. Dowództwo polsko-litewskie ustaliło, że jako punkt obronny przeciw Turkom wybrany zostanie Chocim, który leżał już w granicach Hospodarstwa Mołdawskiego. Tam też gromadziły się siły polsko-litewskie. Przybyli również Kozacy pod wodzą Jacka Borodawki, którego niemal w przeddzień samej bitwy zastąpił znany czytelnikowi św. Piotr Konaszewicz-Sahajdaczny. Władysław stanął pod Chocimiem 1 września, dzień przed rozpoczęciem bitwy.

Działania zaczęły się 2 września. Władysława nie opuszczał jednak pech! Udział królewicza w zmaganiach pod Chocimiem ograniczył się tylko do jego obecności w obozie, bowiem zygmuntowicz bardzo ciężko zachorował. Władysław od małego był wątłego zdrowia i często zapadał na różne choroby. Tym razem królewicz dostał ataku febry bądź silnych bóli reumatycznych. Na domiar złego rozchorował się również Chodkiewicz. Chory hetman niedługo potem zmarł. Fakt ten zatajono przed wojskiem, by nie nadwątlić ducha żołnierzy. Zastanawiano się, komu oddać naczelne dowództwo, wytypowano podczaszego koronnego Stanisława Lubomirskiego. Nie spodobało się to Litwinom, którzy nie chcieli podporządkować się Koroniarzowi, działo się to 24 września. Spór rozstrzygnął Władysław, który rzekł: „jeśli hetman litewski tak wielkim wojskiem polskim rządził, czemuż polski kilku tysiącami ludzi litewskich po śmierci jego władać nie ma?”. Tylko wtedy Władysław rzeczywiście zaznaczył swą obecność podczas całej kampanii.

Oblężenie obozu pod Chocimiem skończyło się na początku października. Obie strony podpisały pokój i zachowały status quo, nikt na tej wojnie nic nie zyskał. Oba państwa pokazały na co je stać, po czym przez 50 lat (z wyjątkiem lat 1633-1634) unikały otwartej konfrontacji. Mimo że udział Władysława w całej kampanii ograniczył się tylko do jego pobytu w obozie, to królewicza witano jak zbawcę narodu i „Wszystkiego Chrześcijaństwa Kochanie”. Władysław w oczach społeczeństwa stał się niemal współtwórcą chocimskiego zwycięstwa, to właśnie wtedy chorwacki poeta Ivan Gundulić napisał słowa, które otwierają niniejszy artykuł. Kampania chocimska podniosła również popularność Władysława wśród społeczeństwa szlacheckiego.

Władysław IV na tle bitwy chocimskiej pędzla Rubensa

W następnych latach Władysław siedział bezczynnie w Rzeczpospolitej. W międzyczasie sejm mianował go administratorem ziem zdobytych na mocy rozejmu dywilińskiego. W maju 1624 roku zdecydowano, że królewicz odbędzie tradycyjną turę kawalerską po Europie. Nie będziemy tutaj opisywać dokładnego przebiegu całej podróży, skupimy się na militarnych aspektach wojaży Władysława. Jednym z krajów, które zwiedził Waza, były bowiem Niderlandy, w których od lat trwała wojna między Holendrami a Hiszpanami. Tam zygmuntowicz trafił pod Bredę, którą oblegał słynny hiszpański wódz Ambrogio Spinola. Władysław mógł wówczas zobaczyć osławioną Armię Flandrii, która od lat wojowała przeciwko Holendrom. Królewicz w całej okazałości poznał zachodnioeuropejską sztukę wojenną. Zobaczył, jak dużą rolę odgrywa piechota i siła ognia oraz jak wyglądają zachodnioeuropejskie fortyfikacje. Część z pomysłów wykorzystał Władysław już jako władca Rzeczpospolitej w kampanii smoleńskiej. Wrócił do kraju w 1625 roku.

W wojnie polsko-szwedzkiej z lat 1626-1629 Władysław nie odegrał większej roli. Przekroczywszy 30 rok życia, chyba powątpiewał, że będzie mu jeszcze dane odegrać ważną rolę, czy to jako władcy, czy jako dowódcy. Zygmunt III Waza był jednak coraz starszy. Król opuścił ziemski padół 30 kwietnia 1632 roku. Władysław został obrany władcą w najbardziej zgodnej elekcji w historii Rzeczpospolitej. Jak zanotował w swym pamiętniku Albrycht Stanisław Radziwiłł:

„Dziwna rzecz, za pół godziny odprawiła się elekcya. Nasze województwo pod przepysznym namiotem się zgromadziło. Stojąc, wszyscy jednym głosem Władysława mianowaliśmy. Arcybiskup w kole się był został ,bo gdyby się był ruszył, wszyscy by się rozeszli i dlatego od wielu przestrzeżony był, aby z miejsca swego nie wstawał, ale ten że majestat i powagę Rzpte’j utrzymywał. Po elekcyi wróciliśmy się do koła, gdzie deklaracya uczyniona była naprzód od arcybiskupa, biskupów, województw etc; potem przez jednego z każdego województwa i powiatu. Książę Radziwiłł hetman, imieniem województwa wileńskiego, nominując Władysława, te słowa przydał; Władysława deklaruję królem polskim,życząc, aby długo żył i panował. Niech będzie szczęśliwym jako Jagiełło i niech się tryumfami wsławi jako Krzywousty; niech bodzie pius łaskawy, jako Kaźmierz; przyjemny i miły wszystkim, jako Zygmunt pierwszy; hojny pomnożyciel praw i wolności jako Zygmunt Augustus! Odłożywszy konkluzyą do środy, rozeszli się”.

Nadarzyła się okazja do zyskania wielkiej sławy wojennej i wykorzystania zdobytych doświadczeń. Wykorzystując bezkrólewie, Moskale uderzyli na Smoleńsk, których chcieli odzyskać. Władysław IV miał szansę rozpocząć swoje panowanie z wysokiego C.

Jakub Jędrzejski

Bibliografia:

Czapliński W., Władysław IV i jego czasy, Warszawa 1972

Majewski A. A., Moskwa 1617-1618, Warszawa 2012

Ochmann-Staniszewska S., Dynastia Wazów w Polsce, Warszawa 2012

Podhorodecki L., Chocim 1621, Warszawa 1985

Podhorodecki L., Jan Karol Chodkiewicz, Warszawa 1982

Polak W., O Kreml i smoleńszczyznę. Polityka Rzeczpospolitej wobec Państwa Moskiewskiego w latach 1609-1612, Toruń 1994

Radziwiłł A., Pamiętnik o dziejach w Polsce t. I, oprac. A. Przyboś, R. Żelewski, Warszawa 1980

Szpaczyński P. P., Mocarstwowe dążenia Zygmunta III w latach 1587-1618, Kraków 2013

Śliwiński A., Król Władysław IV Waza., Warszawa 1925

Wisner H., Władysław IV Waza, Wrocław 2009

Wisner H., Zygmunt III Waza, Wrocław 2006

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*