Żona wyklęta | Recenzja

Anna Śnieżko, Żona wyklęta

Mówi się, że za każdym silnym mężczyzną stoi jeszcze silniejsza kobieta. Ewentualnie– mądra kobieta. Jak zatem silne musiały być te, które stały przy boku żołnierzy decydujących się na niemal beznadziejną walkę z komunistycznym okupantem? I jak mądre musiały być te, które trwały przy Niezłomnych nawet wtedy, kiedy bezpośrednio zagrożone było ich życie? Odpowiedzi na te pytania– przez pryzmat historii jednej z takich silnych kobiet– próbuje udzielić Anna Śnieżko w swej najnowszej książce „Żona wyklęta”.

„Żona wyklęta” Anny Śnieżko ukazała się na przełomie lutego i marca tego roku nakładem wydawnictwa Znak Horyzont w bardzo „kobiecej” serii Prawdziwe historie, której poszczególni autorzy– a właściwie autorki– starają się udowodnić czytelnikowi, że historia ma nie tylko „męską twarz”, bo przecież jej bohaterami równie często są właśnie kobiety. Niektóre z nich trafiają potem na karty podręczników a historycy tworzą ich opasłe biografie. Gro jednak jest takich, które do historii nie przeszły bezpośrednio, bo stały za plecami tych, którzy ją „pisali” i to właśnie na tym polu odegrały ogromnie ważne role.

Również za żołnierzami antykomunistycznego podziemia niepodległościowego w powojennej Polsce, tak często ostatnio nazywanych Żołnierzami Wyklętymi, stały kobiety, zazwyczaj nie znamy ich nazwisk, nie mówiąc już o ich losach. Właśnie historią jednej z takich dzielnych kobiet przybliża w swej publikacji Anna Śnieżko. Opisuje ona młodzieńcze lata babki swego męża– Anastazji Rączki, z domu Glinickiej– kobiety, która po wojnie odważyła się pokochać „Pilota”, żołnierza NZW i zastępcę słynnego „Roja”. I chyba słusznie zaznaczyła autorka, iż z tego powodu „sama musiała stać się niezłomna”.

Muszę przyznać, że do książki tej podchodziłem z dość sporą rezerwą, upatrując w niej na pierwszy rzut oka kolejną płytką historię o żonie czy kochance jakiejś tam postaci historycznej. Teraz już wiem, że to były uprzedzenia! Zbyt dużo pozycji o Ewie Braun czy Józefinie de Beauharnais ujrzało już światło dzienne, a niektóre z nich skaziły moje postrzeganie takich dzieł. „Żona wyklęta” jest jednak inna, choć zaczyna się po prostu nudno– miejscami nawet bardzo. Jednak– parafrazując znane przysłowie– trzeba powiedzieć, że im dalej w lekturę tym więcej powodów by zostać z tą opowieścią do końca.

Tym bardziej, że autorka zdecydowała się na ciekawy styl prowadzenia narracji, który moim zdaniem zadziałał tu raczej na jej korzyść. Wspomnienia babci Anastazji przedstawia nie, jako opowieść staruszki w fotelu, ale w stylu iście powieściowy. Wartka akcja, narastająca ze strony na stronę intryga i oczywiście clou całego dzieła, czyli wątek miłosny, dają kawał naprawdę dobrej lektury, której akcja toczy się na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX stulecia.

„Żona wyklęta” rzuca też inne, niecodzienne światło na kila faktów historycznych. Opisuje piekło komunistycznych więzień i prawdziwą drogę przez mękę, jaką przechodzili w nich więźniowie polityczni, nie wyłączając z tego też kobiety w ciąży. Pokazuje też w ciekawy sposób charakter „Roja” i sposób, w jaki prowadził on swą walkę. I właśnie tutaj czasem pojawiają się zgrzyty.

Wydaje się, że Śnieżko swą książką chce tylko utwierdzić legendę wspaniałych Wyklętych. W książce spotkamy tylko złych do szpiku kości funkcjonariuszy UB i członków aparatu komunistycznego terroru oraz praktycznie nieskalanych partyzantów, zawsze i wszędzie działających fair. Autorka zapomniała jednak, że tamta rzeczywistość nie była czarno- biała, nie było wyłącznie złych i dobrych. Powojenna Polska miała do siebie właśnie to, że wszystko w niej było w symbolicznym sensie „szare” a zdarzał się czasem i dobry komunista i bandyta w mundurze NSZ. Wiadomo, że w założeniu całość historii miała przecież dotyczyć miłości Władka i Anastazji, ale tak dużego zaniedbania autorce wybaczyć nie można.

Myślę jednak, że mimo licznych uproszczeń „Żona wyklęta” jest pozycją wartą przeczytania, choćby tylko po to by poczuć, przez jakie piekło przeszli Ci, którym nieobojętny był los Polski powojennej i ich rodziny i darzyć ich z tego powodu należnym szacunkiem.

Ocena recenzenta: 4/6

Wydawnictwo: Znak

Dawid Siuta

           

One Comment

  1. Kamil Janczarek

    Nie było dobrych ubowców. Bo tak się ich prawidłowo określa, ubek to określenie wymyślone przez reżysera filmu „Psy”.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*