Marcel Dirsus, Tyrani. Triumf, władza, upadek
Strach, który nie daje zasnąć, paranoja władzy, obsesja kontroli – tyrani żyją w świecie, gdzie każdy ruch może być ich ostatnim. Książka Tyrani. Triumf, władza, upadek to opowieść o ludziach, którzy wznieśli się na szczyt absolutnej dominacji, tylko po to, by w końcu runąć w przepaść. Ich imperia, budowane na terrorze i złudnym poczuciu nieśmiertelności, zawsze kończą się tak samo – zdradą, buntem i upadkiem, którego nie potrafili przewidzieć.
Co sprawia, że pewne jednostki zdobywają władzę, której nic nie ogranicza? Czym się kierują, aby utrzymać swoje niezwykłe stanowisko? Co im zagraża? Co spędza tyranom sen z powiek? I czy kiedykolwiek tak naprawdę mogą czuć się bezpieczni?
Książka Marcela Dirsusa pod tytułem „Tyrani” stara się odpowiedzieć na te pytania. Dowiecie się z niej nie tylko o tych najbardziej znanych dyktatorach na przestrzeni wieków, ale i tych, którzy w naszych rodzimych mediach właściwie nie istnieją. A ręczę, że jest o czym czytać.
Książkę tę można śmiało porównać do „Księcia” Machiavellego. Jedyną różnicą jest fakt, że o ile Włoch pisał podręcznik dla władców, sugerujący, czym kierować się, aby przejąć i utrzymać władzę, o tyle Marcel Dirsus, opisuje konsekwencje posiadania władzy dyktatorskiej. I wiecie co? Naprawdę świetnie się bawiłem. Książka jest ogromnie rzeczowa, poparta najnowszymi metodami badawczymi z statystyką na czele. Momentami czyta się ją niczym powieść sensacyjną, tyle, że tutaj nie ma dobrych zakończeń.
Już pierwsze zdania książki sugerują, iż czeka nas niezwykła przygoda. Padają słowa, które są przestrogą, a zarazem przepowiednią przyszłości wobec tych, którzy czują się bezkarni. „Najpotężniejsi tyrani na świecie są skazani na życie w strachu. Jednym pstryknięciem palców potrafią sprawić, że ich wrogowie znikają. Wraz z rodzinami i poplecznikami kontrolują z zacisza pałaców całe kraje – ale prześladuje ich nieustanny lęk przed utratą wszystkiego, co mają. Bez względu na swoją potęgę nie mogą pieniędzmi ani rozkazem sprawić, by ten strach zniknął. Jeden fałszywy krok i tyran upada” (str. 9).
Autor snuje proroczą diagnozę stanu, w jakim żyją tyrani. Jak krucha to podstawa daje kolejne porównanie: „Bycie dyktatorem przypomina utknięcie na elektrycznej bieżni, której nie da się wyłączyć. Tyran może biec bez wytchnienia, ale jedynym rezultatem wysiłku będzie utrzymanie się na nogach. Jeśli zdekoncentruje się choćby na krótką chwilę, straci grunt pod nogami i mocno się poturbuje. Wielu dyktatorów spada z bieżni i już na nią nie wraca. Nie można też bezpiecznie jej zatrzymać. W świecie tyranów próba utrzymania się przy władzy kończy się tragicznie, ale dobrowolne jej oddanie może być jeszcze bardziej niebezpieczne” (str. 31).
Tyrańskie zachcianki i megalomania
Tak jak wszyscy tyrani, Saddam miał wiele swoich fanaberii. Pewnego razu kazał zbudować nowy mur, którym opasano ruiny starożytnego Babilonu. Na murze tym kazał wyryć swoje imię. Najpewniej chciał dołączyć do grona poprzednich, wielkich władców Mezopotamii – Hammurabiego czy Nabuchodonozora II. I pal licho, że zniszczono przy tym wiele zabytków dawnej architektury. Jakby tego było mało, nad ruinami dawnej stolicy, iracki tyran kazał usypać górę, na której postawiono mu pałac. Nikt, nawet dawni królowie, nie mogli przecież przyćmić „Lwa Iraku”.
Kolejny despota, któremu udało się wybić w czasie periestrojki, uznał, że Kazachstan, który dopiero co stał się samodzielnym państwem, musi zbudować swoją tożsamość od nowa, niemal od podstaw. Jednym z przejawów tej polityki była budowa nowej stolicy w niepozornym robotniczym miasteczku Akmola, pośrodku kazachskiego stepu.
Budowa trwała kilkanaście lat, i znacząco przekroczyła kosztowne szacunki przedsięwzięcia. Astana, w dosłownym tłumaczeniu Stolica, wyrasta niczym miraż ze stepu.
W 1997 roku kazachski dyktator otrzymał swoją gwiazdę, choć nie miał prawa tego uczynić. Jej nazwa systematyczna brzmi Perseus Ra 3h Osd*43”. Jednak w Kazachstanie zwie się ją imieniem prezydenta. Tylko w Kazachstanie. A i to nie jest pewne, bowiem sprytny następca dyktatora, systematycznie dobiera mu część jego minionej chwały.
Muammar Kaddafi – „dobry bandyta”
Jedną z najbarwniejszych postaci opisanych w publikacji jest libijski przywódca, który przez kilkadziesiąt lat, psuł nie tylko dobry humor amerykańskim władzom, ale i starał się dokuczać szeroko pojętemu Zachodowi, jednocześnie czerpiąc z jego dorobku pełnymi garściami.
Zawsze mnie zastanawiało, jak można połączyć niechęć do zachodniej cywilizacji, a jednocześnie z niej korzystać, a także próbować wciągnąć we własną orbitę oddziaływań, zachwytu i pogardy. Kaddafi był właśnie kimś takim, kto łączył w sobie skrajne sprzeczności, jednocześnie pozostając „pawiem” wśród przywódców świata.
Miał 27 lat, gdy przejął władzę w Libii. Ten niepozorny, ale tylko z pozoru, pułkownik, na fali arabskiego nacjonalizmu reprezentowanego przez Abdela Nasera, dokonał bezkrwawego zamachu stanu, obalając libijskiego monarchę.
Bardzo szybko znacjonalizował tutejszy przemysł, zlikwidował partie polityczne i zaczął wspierać światowe ruchy rewolucyjne (choćby wymienić tylko irlandzką IRA, czy terrorystę Abu Nidala). Zaczęto zamykać zagraniczne ambasady, a wizyty obcych w Libii, zwłaszcza z Zachodu, były źle widziane.
W swym rewolucyjnym zapale Kaddafi zmienił nazwę Libii na Wielką Dżamahirijję, zmienił nazwy miesięcy i zaczął propagować własną odmianę „demokracji”. Brał czynny udział w konfliktach na terytorium Afryki – wojna domowa w Czadzie (podczas której zgłaszał libijskie pretensje do regionu Aozou), mieszał się w sprawy wewnętrzne Sudanu i Ugandy…
Początkowo miał ogromne poparcie społeczne. Formalnie władzę ustawodawczą sprawował Powszechny Kongres Ludowy. Libijczycy otrzymali, na koszt państwa, bloki mieszkalne i domy, zapewniono im dostawy prądu i wody, za które nie trzeba było płacić. Pod koniec lat 80. wybudowano tak zwaną Wielką Sztuczną Rzekę, która zaopatrywała bezwodne wybrzeża kraju w wodę. Co ciekawe, nikt nie sądził, że projekt się uda! Dla tyranów nie ma jednak rzeczy niemożliwych.
Jednak im bardziej Kaddafi wspierał terrorystów, tym więcej sankcji nakładano na kraj. Wkrótce Libia znalazła się w recesji – żywność drożała (i to mimo rządowych dotacji), płace zamarły, a wszystko podrożało. Nieubłaganie los dyktatora powoli zaczął zmierzać w jednym kierunku. Takim, którego nie przewidział, bo zjadła go pycha. Jak ktoś mądry powiedział – „pycha kroczy przed upadkiem”. I miał rację.
Muammar Kaddafi ochraniany był przez żeńską gwardię przyboczną. Źródła podają, że ich celem była nie tylko ochrona „Przewodnika”, ale i dogadzanie jego chuci. Jeśli kobiety były oporne, spotykał je gwałt zbiorowy ze strony stronników Kaddafiego, albo śmierć. Mimo to, część zindoktrynowanych Libijek pozostało wiernymi dyktatorowi do samego końca. Te „amazonki” nie zdołały jednak uchronić swego pracodawcę przed upadkiem, który nastąpił w październiku 2011 roku. Los wielu z tych kobiet, po śmierci Kaddafiego, również była tragiczna.
Praca Marcela Dirsusa była świetną przygodą, choć momentami trudną. Ciężko czyta się o dokonaniach zbrodniarzy, i losu, jaki niejednokrotnie jest ich zapłatą za popełnione czyny. Tyle cierpienia dla fanaberii jednostek.
Bardzo spodobało mi się również to, że tak naprawdę władza tyrańska-dyktatorska, opiera się na wspólnocie interesów z tymi, którzy mogą na tym coś zyskać. Bo to nie jest tak, że dyktator ma bezwzględną władzę, że wie o wszystkim. Aby utrzymać się na szczycie musi dbać o sojuszników, a tych bardzo łatwo jest urazić. Czemu? Bo im większą władzę mają, tym więcej pragną. Im większe bogactwo staje się ich udziałem, tym więcej potrzebują. A czasem dochodzą do wniosku, że nadszedł czas, aby zastąpić własnego patrona… sobą.
Mechanizmy, które zostały tutaj przedstawione są doprawdy wstrząsające, ale i otrzeźwiają. Myślę, choć pewnie jestem zbytnim optymistą, że kontynuatorzy czy miłośnicy stanowisk autorytarnych, po lekturze tej książki, zastanowią się, czy aby warto.
Książka posiada dziewięć rozdziałów. Każdy opisuje nieco inny aspekt działalności tyranów, i możliwe zakończenie losu takiego człowieka. Całość mieści się na 350 stronach. Polecam tę lekturę każdemu. Naprawdę warto.
Wydawnictwo PORT
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Port. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.