Kamil Janicki, Życie w chłopskiej chacie
Brud, smród i nędza tak wielka, że aż trudno uwierzyć, że mowa o realnym świecie, a nie mrocznej fantazji. Historia polskiej wsi, jaką znamy z filmów i skansenów, okazuje się zaledwie lukrowaną wersją rzeczywistości, w której życie w chłopskiej chacie było nieustanną walką o przetrwanie. Kamil Janicki w swojej książce Życie w chłopskiej chacie odsłania brutalną prawdę – pełną zabobonów, skrajnej biedy i codziennego horroru, który przez wieki był udziałem większości społeczeństwa.
Książka Kamila Janickiego jest doprawdy… zatrważająca. Temat, który został w niej poruszony, wywołuje ciarki na skórze czytelnika. To tak, jakby czytało się horror, tyle że taki, który miał miejsce w rzeczywistości.
Jeśli widzieliście PRL-owskie filmy, dokumentujące życie na wsi, jak choćby ekranizacje Chłopów, to wszystko, co tam zobaczyliście było zwyczajnym łgarstwem. Podobnie ma się sprawa z tak lubianymi u nas skansenami. Jak się okazuje, dokumentują one życie nie zwykłego chłopa, ale takiego, który był już bogaty. Sprzęty, które w nich znajdziecie, nie należały do codziennego wyposażenia chłopa, którego nie stać było nawet na jedną dziesiątą, tego co znajduje się na wystawie. Nie mówiąc już o tym, że sprzęty te pochodzą już raczej z XX stulecia. I bardzo się cieszę, że ktoś wreszcie podjął się opisania tragizmu ludzkiego jaki miał miejsce na polskiej wsi.
Szok, niedowierzanie
A że było ciężko, to mało powiedziane. A jak wyglądało życie na „spokojnej” polskiej wsi?
Wyobraźcie sobie brak dostępu do bieżącej, albo chociaż czystej wody. Życie w ciasnej, brudnej, zadymionej, przepuszczającej chłód chałupie, otoczonej przez „morze” gnojowicy, zwierzęcych wydzielin, łysej (trawę wydziobały kury i inne zwierzęta gospodarskie) jak okiem sięgnął. Strzecha koślawa, rozpadająca się, pełna robactwa, zbutwiałego drewna. Brak dbałości o higienę osobistą, niemożność skorzystania z opieki medycznej. I myślenie magiczne – zabobon, rzucanie zaklęć i uroków, które miały zapewnić przetrwanie. To tylko niewielka część problemów, o których pisze Janicki.
Przyznam, że publikacja ogromnie mnie przeraziła. Chyba najbardziej informacje o braku dostępu do czystej wody. Nie potrafię sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógł czerpać wodę ze studni (i to pojęcie ogromnie na wyrost) wykopanej między miejscem na gnojówkę a wychodek… Cóż więcej pisać?
Czytając kolejne poruszane przez Autora tematy, co rusz musiałem sobie zaznaczać tekst. Tak wielu informacji dawno nie udało mi się zaczerpnąć. Dosłownie – jakbym odkrył historię na nowo. Wcześniej mogłem sądzić, iż opinie polskiej szlachty, mieszczan czy zagranicznych włóczykijów o sytuacji na polskiej wsi były wyrazem odrazy do niskiego pochodzenia i lichego stanu posiadania chłopów. Jednak Kamil Janicki zgromadził tak wiele opinii, tak wiele źródeł, że muszę zrewidować ten pogląd.
Można nawet pokusić się o tezę, że ówcześni „kronikarze” chłopskiego żywota, nie wspominali o wielu sprawach, że pisali tylko powierzchownie, i tylko to, co zobaczyli nie wchodząc na chłopskie „podwórko”, czy jakby lepiej to ująć – piekło. Dosłownie – jak to mawia nasza złota młodzież – masakra!
Magia, wszędzie magia
Dla polskiego chłopa, trudna rzeczywistość była również grą różnych sił, raz dobrych, raz złych, które, jeśli nie były odpowiednio „szanowane”, mogły obrócić się na jego niekorzyść. Nic więc dziwnego, że najprostsze czynności obwarowane były pewnymi rytuałami, magicznymi zaklęciami, które miały za zadanie odczynić urok, zapewnić danej osobie lub rodzinie, szczęście. Nawet Kościół akceptował takie praktyki, starając się zaadaptować to, co wydawało się najbliższe chrześcijańskiemu etnosowi.
Takie czynności podejmowano w trakcie ciąży, po narodzinach, w trakcie choroby, przy oraniu pola, zbiorze plonów, czy budowie domostwa. Ale oddajmy głos Autorowi:`
„Zwierz zwykle nie umierał bowiem sam z siebie, ale był po prostu zabijany, dla dopełnienia rytuału [zakładzin – przypis mój]. Tak: polscy chłopi skręcali karki kotom, by zapewnić sobie szczęście. Nie były to zresztą jedyne krwawe ofiary, jakie praktykowano na wiejskich placach budowy. Jan Bystroń zebrał wiadomości z przeróżnych regionów – od Warmii po Lubelszczyznę – o zabijaniu kur i kogutów w celu przebłagania złych sił. Czasem takie zwierzę uśmiercano, a następnie obnoszono po wszystkich pomieszczeniach, bo w przeciwnym razie miałby zginąć któryś z członków rodziny. W innych przypadkach koguta – w Tomaszowie Lubelskim koniecznie czarnego – pozbawiano głowy i zakopywano pod węgłem domu już w ramach ofiary zakładzinowej” (str. 54).
Brud, smród…
Wyobrażacie sobie stąpanie wewnątrz domu, mieszkania po brudzie, pełnym robactwa, głównie wszy i pcheł? A kiedyś był to standard. Na klepisku pałętały się nie tylko fragmenty zwierzęcych odchodów, podwórkowe śmieci, resztki jedzenia, ale i fragmenty ludzkich wydzielin. I nikogo to nie raziło. Dobra gospodyni wszystko zamiatała pod „łóżko” i wyrzucała, gołymi rękoma, których potem nie myła, gdy wszystko to zaczęło gnić. Ale oddajmy po raz kolejny głos Autorowi:
„Lekarze notowali, że jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym chłopi niemal zupełnie nie sięgali po jakiekolwiek chustki, plując i opróżniając nos prosto na podłogę. Według Marcina Kacprzaka „śluz z gardła i nosa zanieczyszczał podłogi bardzo obficie”. A ponieważ zarówno plucie, jak i „staroświecki sposób oczyszczania nosa”, z perspektywy miastowych „wyjątkowo nieestetyczne”, zaś w świetle wiedzy medycznej „niepożądane”, nie budziły u ogółu chłopów obrzydzenia, to „zanikały bardzo powoli” (str. 244).
A my narzekamy, że mamy w mieszkaniach bałagan (pisane z przymrużeniem oka).
Życie w chłopskiej chacie. O co chodzi?
Znalazłem w książce jeden fragment, którego albo nie zrozumiałem, albo jest w nim błąd. Oceńcie sami: „U szczytu wyzysku, gdy waliła się Rzeczpospolita Obojga Narodów, typowa rodzina chłopska była zobowiązana dostarczyć panu przynajmniej dziewięć pełnych – liczonych od świtu do zachodu słońca – dni bezpłatnej niewdzięcznej pracy w każdym tygodniu” (str. 17). Chodzi więc o dziewięć dni w miesiącu, co daje kilka dni w danym tygodniu?
Książka Kamila Janickiego jest czymś nie tylko szokującym, ale i pozytywnie zakręconym. Wszystkie zamieszczone w jego pracy skrawki z życia polskich chłopów, są interesujące, i mimo budzącego w czytelniku obrzydzenia, ogromnie interesujące. Czytając ją, bawiłem się – jakkolwiek to źle brzmi – naprawdę świetnie. Pozwoliłem sobie nawet czytać fragmenty tekstu moim dzieciom. Żałujcie że nie wiecie jak ciekawa debata się z tego rozwinęła. To chyba była moja największa przygoda intelektualna z dziećmi. Dlatego śmiem twierdzić, że to publikacja, która nadaje się do czytania bez jakichkolwiek ograniczeń, ani wiekowych, ani mentalnych. To była naprawdę świetna przygoda. I tylko żałuję, że wciągnęła mnie tak mocno, że „łyknąłem” ją w trochę ponad dwie godziny.
Lektura składa się z trzynastu rozdziałów. Całość zamyka się na 315 stronach. W środku znajdziecie reprodukcje obrazów, rycin, drzeworytów i zdjęć, odnoszących się do życia polskiej wsi. Szkoda tylko, że ukazują nieco ubarwione oblicze chłopskiego żywota.
Wydawnictwo Poznańskie
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.