Jesienią 1942 roku w Biłgoraju mieszkało jeszcze około 1,5 tysiąca Żydów. W ciągu kilku tygodni większość z nich została wypędzona, pobita, rozstrzelana lub wywieziona w transportach śmierci. Zagłada Żydów w Biłgoraju była procesem rozpisanym na etapy: administracyjne decyzje, przemoc bezpośrednią, deportacje i systematyczne polowania na ocalałych.
Biłgoraj nie był wyjątkiem na mapie Zagłady, ale jego historia pozwala zobaczyć mechanizm działania niemieckiej polityki eksterminacyjnej w skali jednego miasta. Od decyzji administracyjnych, przez przemoc bezpośrednią, po długie tygodnie polowań na ludzi próbujących przetrwać. Andrzej Krawczyk w książce Jeszcze słychać tę muzykę dokumentuje proces likwidacji społeczności żydowskiej w Biłgoraju bez skrótów, bez uproszczeń i bez iluzji, że tragedię da się zamknąć w jednej dacie.
Ostateczne Rozwiązanie w Biłgoraju
W Biłgoraju zostało jeszcze około 1,5 tysiąca Żydów.
W końcu października 1942 roku Niemcy zażądali od Judenratu przygotowania mieszkańców miasta do przesiedlenia. Jednocześnie polecono szefowi Judenratu, żeby wybrał siedemdziesięciu rzemieślników, użytecznych do obsługi Niemców i armii niemieckiej (głównie krawców, szewców, ślusarzy). Kilka dni później, 1 listopada, zawiadomiono Judenrat, że „użyteczni Żydzi” z tej listy mają się zameldować w czterech domach przy ulicy 3 Maja, które mają pozostać w mieście jako „szczątkowe getto” (Restgetto).
Tekst jest fragmentem książki Jeszcze słychać tę muzykę, która czeka na Ciebie tutaj:
Następnego dnia, 2 listopada, o świcie centrum Biłgoraja zostało otoczone przez niemieckich policjantów (tworzyli oni mniejszość kordonu zamykającego getto) i przez niezidentyfikowaną jednostkę cudzoziemskich kolaborantów, w miejscowej tradycji opisywanych jako „Litwini”. Wszystkich znajdujących się w mieście żydowskich mieszkańców Biłgoraja wygnano z domów i spędzono na plac na posesji Barucha Hirszmana, a następnie posłano do baraków przy starym cmentarzu. Strażnicy zachowywali się bardzo brutalnie.
Wymiar apokalipsy
Bez przerwy bito, krzyczano i wyzywano. Niemcy strzelali w powietrze, a próbujących się ukryć lub zbyt po wolnych przy przemieszczaniu się rozstrzeliwano na miejscu. We wspomnieniach ma to wymiar apokalipsy. Nie wszyscy zmieścili się na noc w barakach, musieli więc spędzić ją na podwórku, marznąc. Rankiem wszyscy byli umęczeni, zziębnięci, apatyczni. Świadomie zabijano w nich wolę i ducha oporu.
A musieli jeszcze dotrwać do popołudnia – wielu stojąc, a w najlepszym wypadku siedząc na ziemi cały dzień. Potrzeby fizjologiczne trzeba było załatwiać na oczach innych – znajomych i sąsiadów. Ludzie opadali z sił, byli psychicznie wyczerpani.
Więcej o książce przeczytasz tutaj:
A najgorsze, czyli deportacja, dopiero miało nadejść. W pewnym momencie baraki zostały otoczone ściślejszym kordonem. Ludzi wypędzono na zewnątrz, ustawiono w kolumnę i popędzono do Zwierzyńca (ok. 20–22 km). Przez cały czas marszu ludzi bito, a jednocześnie kazano im śpiewać „wesołe piosenki”. Po drodze wiele osób, zwłaszcza starszych i mniej sprawnych fizycznie, zastrzelono.
W Zwierzyńcu ludzie znowu musieli spędzić noc pod gołym niebem. Następnego dnia podjechał pociąg z pustymi wagonami towarowymi. Żydów, bijąc nieustannie, zapędzono do wagonów. Ludzie umierali z pragnienia. „Litwini” krzyczeli, że za biżuterię mogą przynieść wodę. Po odjeździe transportów Polacy na trasie tej gehenny żydowskich współmieszkańców znaleźli około pięć dziesięciu ciał.
Nie kończy się deportacją
Po wywiezieniu z miasta Żydów Niemcy jeszcze przez kilka naście dni poszukiwali – przy pomocy kilku polskich kolaborantów – żydowskich kryjówek i zabijali na miejscu złapanych ludzi. Takie polowania odbywały się również w wioskach i lasach. W środowiskach żydowskich ze zgrozą opowiada się do dzisiaj, że Niemcy oferowali nagrodę w postaci dwóch kilogramów cukru za złapanego Żyda i w każdym powiecie zdarzali się miejscowi mieszkańcy, którzy się na to skusili.
Trudno określić ich liczbę. Jest to dziś przedmiot być może głównej merytorycznej polsko-żydowskiej kontrowersji. W każdym razie znane są podobne przypadki i na terenie powiatu biłgorajskiego. W relacjach zapisanych w obu księgach pamięci wymienia się co najmniej dziesięć różnego rodzaju „bunkrów”, w których Żydzi próbowali się ukryć.
Mosze Tajtlbojm podaje, że największy i najlepiej zorganizowany znajdował się w piwnicy pod domem Eljezera Sznajdera. Podobno ukryło się w nim sześćdziesiąt osób. Trudno to sobie wyobrazić, prawdopodobnie jest to legenda. Niestety, i ten bunkier, jak większość innych, został odkryty, a wszyscy ukrywający się zostali zabici na miejscu. Kilka, może kilkanaście osób, które ukryły się w bunkrach, przeżyło, ale prawie wszystkie dość szybko przeniosły się z Biłgoraja na wieś lub do leśnych kryjówek.
Nieliczni ocaleni
W mieście można było przeżyć w ukryciu, jeżeli miało się kogoś, kto dostarczał jedzenie. Znanych jest kilka przypadków takiego wsparcia i pomocy. Młynarz Boruch Wermut i trzy osoby z jego rodziny dotrwali do przyjścia frontu na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku. Rodzina Wermuta ukrywała się na terenie swojego młyna przejętego po niej przez miejscowego folksdojcza, przedwojennego znajomego, który dał Wermutom ochronę.
Pięć osób ukrywał przez dwa lata leśni czy Jan Mikulski w Dobrej Woli koło Biłgoraja: od 1942 roku Lilę Stern, pół roku później przyjął dziewięcioletnią Ryfkę Weinberg, a następnie jeszcze trzy dorosłe osoby: Bencjona Rosenbauma, Perlę Kenig i Chaima Rosenbauma. Małżeństwo Mikulskich regularnie przynosiło jedzenie także dwóm innym Żydom ukrywającym się w lesie. W 1966 roku Jan i Melania Mikulscy zostali uhonorowani tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.
W Biłgoraju przechowała się pamięć o małżeństwie Wiktorii i Pawła Trzcińskich, którzy ukrywali w swoim domu dwie żydowskie rodziny: Chaskiela Kandla i Dawida Szlafroka (prawdopodobnie razem sześć osób). Nie wiadomo, w jaki sposób gestapo dowiedziało się o istnieniu kryjówki. Podczas akcji gestapo szczęśliwym przypadkiem nie została aresztowana córka polskich gospodarzy, Trzcińskich, której udało się opuścić budynek. Oboje małżonków ukrywających Żydów torturowano przed śmiercią, zanim półprzytomnych rozstrzelano 2 marca 1943 roku.
Styczeń 1943 roku
Los pozostałych jeszcze w mieście kilkudziesięciu Żydów dopełnił się 15 stycznia 1943 roku. Tego dnia wywieziono do Janowic koło Zamościa 15 rzemieślników uznanych nadal za przydatnych dla Niemców, a pozostałych rozstrzelano na przedmieściach.
Osobą, której udało się przetrwać na terenie miasta najdłużej z biłgorajskich Żydów, była Róża Kakler, zatrudniona jeszcze w 1940 lub 1941 roku jako kucharka na posterunku gestapo. Gestapowcy pozostawili ją aż do przyjścia frontu. Przed ewakuacją w lipcu 1944 roku któryś z nich wyprowadził ją z budynku na przyległą uliczkę i tam zastrzelił.
Tragedia żydowskiego Biłgoraja się dopełniła.
W tym miejscu warto wspomnieć Izraela Icze, wieloletnie go przewodniczącego Towarzystwa Pogrzebowego Chewra kadi sza w Biłgoraju, także w czasie wojny i w okresie istnienia getta. Można go nazwać cichym bohaterem. Robił wszystko, co było możliwe w tamtych realiach, aby zabijani Żydzi zostali pochowani na cmentarzu (nawet jeśli wrzucano ich tam tylko do zwykłego dołu). Wykazał się przy tym poświęceniem i odwagą. Realizował swoją misję aż do śmierci w listopadzie 1942 roku.
Niektórym Żydom udało się uciec z akcji likwidacyjnych lub przed transportem do Bełżca, a nawet w skrajnych wypadkach wyskoczyć z jadącego pociągu. Każdy przypadek jest osobną historią. Trudno usystematyzować w skali jednego miasta zachowane informacje i pogrupować w jakieś wzorce ucieczek, a później przetrwania.
Rozdział Aliny Skibińskiej w książce Dalej jest noc, zatytułowany Strategie przetrwania, próbuje podsumować wiedzę na ten temat w skrupulatny sposób. Trudno coś dodać do jej opisów i rozważań. Ale ona też nie jest w stanie przedstawić analizy ilościowej i strukturalnej. Opisuje problem przez pokazywanie konkretnych ludzkich losów. Szacuje, że próbę ucieczki i przetrwania podjęło na terenie powiatu biłgorajskiego (w wojennych, powiększonych granicach) 1,1–1,5 tysiąca Żydów.
Przetrwało zapewne kilkadziesiąt osób, z tego nie więcej niż dziesięć ukrytych w Biłgoraju w bunkrach, w piwnicach, komórkach czy na podda szach. Ogółem uratowało się 150, może 200 Żydów biłgorajskich, jeżeli uwzględni się także tych, którzy przeżyli wojnę w głębi ZSRR. Autorka przytacza informację, że z terenu powiatu 27 osób z 14 rodzin otrzymało izraelski medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.
Ocenia też, że w relacjach i innych źródłach można znaleźć informację o co najmniej dziesięciu przypadkach śmiertelnych represji na ziemi biłgorajskiej za pomoc udzielaną Żydom i ich przechowywanie. Wspomina także o zdarzających się wypadkach zabijania Żydów przez polskie podziemie, nawet po przejściu frontu w 1944 roku.
Nie jesteśmy jednak w stanie rozdzielić partyzantki antykomunistycznej od bandytyzmu, który osiągnął wówczas olbrzymie rozmiary. Nie umiemy także precyzyjnie podsumować akcji antykomunistycznego podziemia od 1944 roku przeciwko traktowanym jako zdrajcy funkcjonariuszom partii PPR, milicjantom, pracownikom UB.
Zagłada Żydów w Biłgoraju i pamięć, której nie da się domknąć
Część z tych osób była Żydami i nie sposób dzisiaj określić, czy zostali zabici z powodów politycznych czy też z pobudek antysemickich. Oczywiście znamy bezdyskusyjne przypadki repatriantów z terenu ZSRR, którzy bezpośrednio po przyjeździe padli ofiarami zabójstw motywowanych antyżydowskimi uprzedzeniami. Pełny obraz zapewne nie będzie znany już nigdy.
Alina Skibińska przytacza także informację otrzymaną z archiwum w Berlinie o działalności niemieckiego okupacyjnego Sądu Specjalnego w Lublinie, który w 1943 roku skazał trzy osoby z gminy Biszcza w powiecie biłgorajskim za pomoc w ucieczce czterem Żydom. Sprawa jest nietypowa, bowiem w realiach okupacyjnych Niemcy rzadko odwoływali się do drogi sądowej. Dwie osoby otrzymały karę trzech lat więzienia, jedna – karę roku po zbawienia wolności.
Trudno oceniać tę sprawę, nie znając jej bliżej. Trzeba jednak zauważyć, że cała trójka chociaż przejściowo trafiła do więzień (jako skazana w procesie karnym), to i tak została później przewieziona do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie pobyt był nieokreślony terminowo i „oderwał się” od wyroku sądowego. Notabene Zespół Sądu Specjalnego w Lublinie w ber lińskim archiwum nie został jeszcze przebadany przez polskich historyków.
Tekst jest fragmentem książki Jeszcze słychać tę muzykę i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
Fot. fragment okładki
