Carl Fredriksens Transport

Carl Fredriksens Transport. Tajna akcja ratunkowa w okupowanej Norwegii

Nie planowali akcji ratunkowej ani udziału w ruchu oporu. Był poranek, strach i kilku ludzi, którzy nagle musieli zdecydować, czy ryzyko ma granice. Carl Fredriksens Transport wyrósł z chaosu okupowanej Norwegii i z prostego faktu, że czasem nie ma dobrych wyborów. Są tylko konieczne.

Historie ratowania Żydów w czasie II wojny światowej często opowiada się przez liczby, statystyki i kryptonimy akcji. Książka Muzeum oprawców i bohaterów idzie inną drogą. Zatrzymuje się przy jednym poranku, kilku decyzjach i ludziach, którzy nie mieli czasu na moralne rozważania, bo sytuacja wymagała działania.

Wystarczy, że jesteśmy Żydami

Jest ranek 26 października 1942 roku. Kiedy Rolf Syversen otwiera drzwi do cieplarni, widzi jakiś ruch za rogiem głównego budynku i najpierw myśli, że to sarna, jedna z tych, które czasem ośmielają się przychodzić do miasta.

Tekst jest fragmentem książki Muzeum oprawców i bohaterów, która czeka na Ciebie tutaj:

Muzeum oprawców i bohaterów

Wtedy jednak zza rogu wyłania się głowa mężczyzny, a za nim stoi trzech innych. To bracia Londonowie handlujący artykułami żelaznymi. W ich sklepie Rolf Syversen kupował haczyki do okien, drut, wiadra po farbie i gwoździe. Najstarszy z braci, Benjamin London, unosi rękę w geście pozdrowienia. Rolf prędko się rozgląda, po czym śpiesznie podchodzi do rogu i pyta, przed kim się chowają.

– Policja zjawiła się nagle w sklepie, żeby nas aresztować – odpowiada jeden z braci.

Ogrodnik zaprasza ich kiwnięciem dłoni, otwiera drzwi do małego biura z niewielką kuchenką, które zbudował z desek. Tam bracia mówią mu, że nie wiedzą dlaczego, ale krąży plotka, że policja ma aresztować wszystkich Żydów. W ramach represji za strzał w pociągu do Halden.

– Ale wy nie macie chyba nic wspólnego z tym strzałem? – pyta Rolf Syversen.

– Nie, nie. Wystarczy, że jesteśmy Żydami – odpowiada Benjamin London.

– To co teraz zrobicie? – dopytuje ogrodnik.

Benjamin kręci głową i pyta, czy Syversen nie zna kogoś, kto pomógłby im przedostać się do Szwecji. Rolf drapie paznokciem palca wskazującego plamę farby na drewnianej ławce i zastanawia się, co zrobić. Nie może ich zawieść, to wykluczone, ale nie ma też gdzie ich ukryć. Wtedy przypomina sobie o człowieku naprawiającym radia przy Carl Berners plass, który podobno zajmuje się nielegalną działalnością.

Jedno nazwisko, jedna decyzja

Prosi braci Londonów, żeby schowali się w tej części cieplarni, i zapewnia, że spróbuje zorganizować pomoc. Szybko opuszcza zakład ogrodniczy i idzie w dół zboczem. Mężczyzna naprawiający radia mówi mu o policjancie przy tej samej ulicy, który stracił pracę, niejakim Alfie Pettersenie. Kilka minut później ogrodnik staje przed domofonem w bloku na Trondheimsveien i rozważa, czy zadzwonić. To ryzykowna sprawa – jego żona jest w ciąży, wiosną spodziewają się pierwszego dziecka – ale czy ma jakiś wybór?

Rozlega się głośny szum, mija kilka sekund, po czym ciszę przerywa szorstki głos.

– Halo?

– Dzień dobry, nazywam się Rolf Syversen, jestem ogrodnikiem…

– Tak?

– Dostałem pańskie nazwisko od człowieka, który naprawia radia na Carl Berners plass. Powiedział, że mogę na panu polegać.

Chwila ciszy, brzęczenie zamka w drzwiach i Rolf śpiesznie wchodzi. Spotyka Alfa Pettersena i jego żonę Gerd. Ona też jest w ciąży. Rolf opowiada pokrótce o sytuacji w cieplarni. Alf idzie z nim do zakładu ogrodniczego. Wita się z braćmi Londonami. Rozumie, w jak rozpaczliwej sytuacji się znajdują, i mówi, że na jutro załatwi ciężarówkę z pozwoleniem na przejazd, żeby mogli przedostać się do Szwecji.

Od pomocy do zorganizowanej akcji

Nazajutrz czterej bracia kryją się pod workami z opałem w ciężarówce na gaz drzewny.

Jest ranek 27 października 1942 roku. Mimo licznych patroli i policjantów na granicy Alfowi udaje się przerzucić braci do Szwecji: ciężarówką, łodzią wiosłową i pieszo. Następnego ranka wraca do swojej ciężarnej żony, którą zastaje chorą ze smutku i lęku, ponieważ otrzymała wiadomość, że go aresztowano.

Ogrodnik Rolf Syversen też wraca do swojej żony i dalej pracuje w cieplarni.

Cztery tygodnie później, 26 listopada, na rozkaz szefa Policji Państwowej aresztowani mają zostać wszyscy Żydzi. Wszyscy mężczyźni, wszystkie kobiety, starzy i młodzi. Wszystkich należy zatrzymać. Ruch oporu rozkazuje Alfowi Pettersenowi rozpocząć akcję ratunkową pod kryptonimem Carl Fredriksens Transport. Jego ciężarna żona odpowiada za logistykę.

Walczą z czasem. Dwie ciężarówki, w każdej dwadzieścioro uchodźców, często po kilka wieczorów w tygodniu. Ile osób zdołają uratować, zanim zostaną zdemaskowani?

Wywiad z Freddym Meholmem, który jako dziecko został uratowany przez Carl Fredriksens Transport. W 1942 roku Freddy miał cztery lata. Jego matka wskutek nagłej choroby była sparaliżowana od pasa w dół. W październiku 1942 aresztowano ojca i czterolatek został sam z niepełnosprawną matką.

Ich życie było naznaczone wyzwaniami natury praktycznej, zwłaszcza gdy stawało się chłodniej. „Ale mama była bardzo pomysłowa”, mówi Freddy ze śmiechem. Ponieważ była zima i potrzebowali koksu z piwnicy, jego matka przywiązała linę do pojemnika, który spuszczała między schodami na klatce, żeby czteroletni Freddy mógł zabierać go do piwnicy, napełniać koksem, patrzeć, jak kręci się wokół własnej osi i niekiedy obija o schody, aż matka wciągnie go przez poręcz.

W tej części wywiadu słychać, jak Freddy naśladuje wysiłki matki, odchylając się w tył na krześle i przeciągając przed sobą niewidzialną linę. Freddy wychodził również na zakupy. Nie wolno mu było odpowiadać, jeśli ktoś zapytał, gdzie jest jego ojciec, z obawy, że pytający należy do NS. Wyobrażam sobie małego chłopca, jak idzie chodnikiem.

Musi stawać na palcach, żeby dosięgnąć klamki w drzwiach sklepu, ciężarem całego ciałka przycisnąć się do przeszklonych drzwi, żeby je otworzyć. Potem pokazuje mężczyźnie przy kasie listę zakupów, wyciąga rączki do lady, żeby wyłożyć na nią monety, a właściciel posyła mu przyjazny uśmiech, po czym malec dostaje siatkę z towarami i wraca do domu.

Pewnego listopadowego dnia ktoś daje matce znać, by się ukryli i można ich było przewieźć do innego mieszkania. Freddy opowiada, jak matka dostała się o kulach na trzecie piętro kamienicy, mówi, że ostatni odcinek pokonała na czworakach, wlokąc za sobą nogi, stopień za stopniem, na poddasze. Muszą być całkiem cicho. Freddy może się bawić wyłącznie w łóżku, aby nie wydawać dźwięków, które by ich zdradziły.

Długo się tam ukrywają. Dostają jedzenie od obcej kobiety, która im pomaga, zawsze zwraca się do nich szeptem i zostaje u nich tak krótko, jak to możliwe. To przypomnienie, że policja ich szuka. Freddy nie rozumie dlaczego. Dlaczego to takie straszne, że są Żydami?

Wreszcie chłopiec zostaje odwieziony do szklanego domu, w którym nie ma mebli, tylko rośliny. Następnie ktoś pomaga jemu i matce dostać się na pakę ciężarówki, wraz z około dwudziestoma innymi uchodźcami, przykrywa ich brezentem i workami z opałem, prosi, żeby był cichutko jak myszka. Podczas tego transportu jeden z worków zaczyna płonąć w pobliżu niemieckiego obozu wojskowego.

Fragment z „Umennesket”:

Tak jak noc to przeciwieństwo dnia, jak światło i cień są wrogami – tak największym wrogiem człowieka, który panuje nad ziemią, jest sam człowiek.

Nieczłowiek – to z biologicznego punktu widzenia pozornie całkiem podobne stworzenie z rękami, nogami i jakimś mózgiem, z oczami i ustami, mimo to jest kimś zupełnie innym, straszną kreaturą, ledwie cieniem człowieka, o człekopodobnych rysach twarzy, duchowo jednak stojącą niżej niż każde zwierzę. Wewnątrz tej istoty kryje się straszliwy chaos dzikich, niepowstrzymanych żądz: bezimienne pragnienie zniszczenia, prymitywne pożądanie, najbardziej nieskrywane prostactwo.

Nieczłowiek – nic innego!

Bo nie wszystko o człowieczej twarzy jest sobie równe – biada temu, kto o tym zapomni!


Tekst jest fragmentem książki Muzeum oprawców i bohaterów i powstał we współpracy z Wydawnictwem Wielka Litera. Opracowanie i wstęp: Agnieszka Cybulska.

Comments are closed.