Ostatni świadkowie Stutthofu

Ostatni świadkowie Stutthofu. Zeznania, które przyszły zbyt późno

Nie było ich wielu. Zostali do samego końca, gdy pamięć zaczęła przegrywać z czasem, a sprawiedliwość przyszła spóźniona jak ostatni pociąg. Ostatni świadkowie Stutthofu mówią nie po to, by domknąć historię, lecz by ją jeszcze raz otworzyć. Już bez złudzeń, bez nadziei na ulgę.

Procesy zbrodni nazistowskich od dawna nie są już wydarzeniami prawnymi w klasycznym sensie. Stały się aktami pamięci, spóźnionymi próbami nazwania odpowiedzialności w świecie, który dawno się zmienił. Na ławie oskarżonych siedzą bardzo starzy ludzie. Na sali sądowej pojawiają się jeszcze starsi świadkowie. Ich głosy nie cofają czasu, ale nie pozwalają też udawać, że wszystko zostało już powiedziane.

„Jedyna droga do wolności wiedzie przez komin”

Marek Dunin‑Wąsowicz trafił do Stutthofu kilka miesięcy przed Bruno Deyem, 25 maja 1944 roku. Poza wiekiem – obaj mieli wówczas po siedemnaście lat – nic ich nie łączyło. Jeden był Polakiem działającym w ruchu oporu, drugi Niemcem służącym w siłach okupacyjnych.

Tekst jest fragmentem książki Ostatni proces, która czeka na Ciebie tutaj:

Jeden nosił obozowy pa siak, drugi mundur SS. Dey pełnił straż na wieży z karabinem w ręku, Dunin‑Wąsowicz walczył o przeżycie poniżej, w brudnych, zatłoczonych barakach więziennych. Żaden z nich nie wiedział o istnieniu drugiego. Nigdy świadomie nie spotkali się w Stutthofie twarzą w twarz. Do spotkania miało dojść całe życie później, 28 października 2019 roku, w piątym dniu procesu Deya.

Dunin‑Wąsowicz zeznawał w procesie w Hamburgu jako pierwszy ocalały ze Stutthofu. Starannie ubrany w ciemny garnitur, ciemny krawat i białą koszulę, dziewięćdziesięciotrzyletni emerytowany dziennikarz zajął miejsce z przodu sali sądowej w towarzystwie swego prawnika i oficjalnego tłumacza. Choć niewielkiego wzrostu, był jednak postacią imponującą. Mówił z pewnością siebie i precyzją, czerpiąc ze zdumiewającej pamięci, obejmującej życie pełne refleksji i nauki.

Powiedział sądowi, że miał głębokie poczucie obowiązku wobec ofiar Zagłady i nieosłabione przez wiek pragnienie, by walczyć z rasizmem i demagogią. Dunin‑Wąsowicz i oskarżony zarówno wówczas, jak i teraz prezentowali obraz kontrastów: w sądzie Dey był niepewny, milczący, zapominający i często z trudem znajdował odpowiedzi na pytania zadawane mu przez sędzię i prokuratorów. Dunin‑Wąsowicz z kolei mówił z łatwością, szczegółowo, podając fakty, przywołując wspomnienia i formułując uwagi, którymi pragnął się podzielić z sądem.

Poważnie traktował swoje obowiązki świadka, ale także dostarczał chwil lekkich i pełnych uroku, komplementując wygląd sędzi i raz zwracając się do niej „Schönes Gericht” – „Piękny Sądzie”. W normalnym procesie niewątpliwie usłyszałby surowe pouczenie. Tu jednak Meier‑Göring uśmiechnęła się tylko przelotnie do dziewięćdziesięciotrzyletniego świadka i kontynuowała rozprawę.

Przetrwanie jako umiejętność

Dunin‑Wąsowicz opisał siebie jako typowego „warszawskiego łobuza”: spryciarza, który szybko dostrzegał okazje i oceniał szanse. Dobrze potrafił robić to, co więźniowie obozu nazywali „załatwianiem” – wyszukiwał resztki jedzenia, przyzwoite buty albo dodatkową kurtkę. Ten talent okazał się istotny dla przetrwania.

Potrafił jednak także brutalnie potraktować siebie samego: pewnego razu, osłabiony wielogodzinną niewolniczą pracą w lasach wokół Stutthofu, specjalnie zmiażdżył sobie stopę pod pniem drzewa. Dzięki temu bolesnemu urazowi przeniesiono go do obozowego szpitala, gdzie przyjazny lekarz zdołał przywrócić mu siły.

Rodzina jako linia życia

Męka Dunin‑Wąsowicza i jego rodziny zaczęła się na długo przed wysłaniem go do Stutthofu. Jego matka, ojciec i starszy brat działali w polskim ruchu oporu. Jako najmłodszy zajmował się głównie aktami drobnego sabotażu: malował hasła na murach, zrywał plakaty z niemieckimi obwieszczeniami, ale także obserwował i śledził ruchy niemieckich wojsk. Jego brat Krzysztof, który wcześniej przeszedł szkolenie oficerskie w Wojsku Polskim, podejmował się bardziej ryzykownych akcji, a rodzice pomagali zbierać fundusze na nielegalne działania.

Ktoś złożył donos na Krzysztofa, w wyniku czego został aresztowany w kwietniu 1944 roku wraz z resztą rodziny; wszyscy trafili na Pawiak. Krzysztofa torturowano i bito, a w końcu skazano na śmierć. Wyroku jednak nie wy konano; zamiast tego obu braci wysłano do Stutthofu, gdzie Krzysztof – który nie tylko mówił po niemiecku, ale też mógł korzystać z pomocy nadal działającej w obozie siatki polskiego ruchu oporu – chronił Marka.

„Moje życie było ściśle związane z życiem brata. Zajmował się mną, jak ojciec zajmuje się dzieckiem. Uczestniczył w akcjach obozowego pod ziemia, ale ja nie byłem zaangażowany i niczego nie wiedziałem. Po wojnie brat mi powiedział, że uważał, że im mniej wiem, tym lepiej dla mnie” – powiedział sądowi Dunin‑Wąsowicz.

Gdy w końcu wyleczono Marka z zadanego sobie urazu i zwolniono z obozowego szpitala, bratu udało się go prze nieść do swojego baraku, gdzie przez resztę pobytu w obozie dzielili pryczę. Bracia pozostali razem aż do dnia ewakuacji obozu; więźniów pognano na zachód, w kierunku Niemiec, jak najdalej od nadchodzącej Armii Czerwonej.

Droga, która nie miała końca

Także i tę mękę bracia przeżyli. „Szliśmy bocznymi drogami, po kolana w śniegu. Był silny mróz. Musieliśmy iść bocznymi drogami, bo główne zapchane były uciekającymi Niemcami i wycofującymi się oddziałami Wehrmachtu” – powiedział świadek. Marsze ewakuacyjne z nazistowskich obozów koncentracyjnych nazywano marszami śmierci nie bez kozery, dodał. Więźniowie niemal nie dostawali jedzenia, ich ubrania nie chroniły przed zimnem.

Niektórzy miejscowi starali się pomóc, dając żywność, ale esesmani nie mieli interesu w tym, by pozwolić na pomoc zrozpaczonym więźniom. „Widziałem raz, jak ludzie ugotowali duży gar zupy i przynieśli ją nam, gdy mieliśmy postój. Ale jeden z esesmanów kopnął garnek i cała zupa wylała się w śnieg” – powiedział Dunin‑Wąsowicz. Więźniów, którzy padli wyczerpani na śnieg i nie mogli się podnieść, esesmani zabijali. „Było dużo trupów. Bardzo dużo”.

Codzienność śmierci

Śmierć stała się wszechobecna i stanowiła ciągłe zagrożenie od pierwszej chwili, gdy Dunin‑Wąsowicz postawił nogę w Stutthofie: „Codziennie w obozie widzieliśmy zwłoki, wszędzie. Podczas każdego porannego apelu, gdy więźniowie stali w szeregach po pięciu, na ziemi leżały trupy. Umierali z głodu i wyczerpania. I codziennie pojawiał się specjalny oddział więźniów z dużym wozem na dużych kołach. Zbierali trupy i odwozili do krematorium”.

Dunin‑Wąsowicz z mrożącymi krew w żyłach szczegółami opowiedział sądowi o publicznych chłostach i egzekucjach, dokonywanych na placu blisko głównej bramy. Wraz z innymi więźniami musiał stać i patrzeć, jak odczytywano wyrok, a ofiary z odsłoniętymi plecami przywiązywano do specjalnego rusztowania. Potem jakiś kapo – więzień wy znaczony przez SS do nadzoru i zastraszania, często znany z brutalności – wykonywał wyrok długim bykowcem.

„O ile pamiętam, nikt nie mógł wytrzymać więcej niż trzydzieści uderzeń” – powiedział sądowi. Tuż obok stała szubienica, dodał Dunin‑Wąsowicz. Także wieszanie odbywało się pub licznie; więźniowie musieli stać i patrzeć. Świadek opisał dwie konkretne egzekucje, które widział osobiście, i przytoczył ostatnie poruszające słowa młodego Rosjanina, powieszonego przez SS: „Nie martwcie się, bracia. Wkrótce nadejdzie Armia Czerwona i się zemści”.

Głód silniejszy niż strach

Równie wstrząsające było wspomnienie Dunin‑Wąsowicza o nastroju wśród części patrzących więźniów. „Niektórzy towarzysze mówili: »Cholera, znów nie będzie obiadu«”. Dopóki trwały egzekucje, apele i ogłoszenia, więźniom nie wolno było wrócić do baraków, żeby zjeść swój marny przydział żywności. Dla części rozpaczliwie głodnych i słabych osadzonych perspektywa utraty obiadu była w danej chwili ważniejsza niż okrutna egzekucja jednego z nich.

W obozie nie było miejsca na litość czy żałobę. Wszyscy mieli obsesję na punkcie jedzenia. W Stutthofie, tak jak w innych obozach koncentracyjnych, więźniów specjalnie trzymano na głodowych racjach, najczęściej dostarczających zaledwie ułamek kalorii potrzebnych dziennie normalnemu pracującemu dorosłemu.

Racje te były tym bardziej niewystarczające, jeśli weźmie się pod uwagę straszliwe warunki życia i ciężką przymusową pracę. Według oficjalnej historii obozu więźniowie otrzymywali średnio zaledwie od sześciuset do tysiąca kalorii dziennie. W praktyce, wspominał Dunin‑Wąsowicz, oznaczało to kromkę chleba z odrobiną margaryny na śniadanie i „coś do picia, co czasami miało przypominać kawę, a czasami herbatę”.

Na obiad dawano miskę zupy z pokrzyw lub rzepy, albo – rzadko kiedy – kartofli. Kolacja składała się z kromki chleba z margaryną i gotowaną rzepą. „Byliśmy głodni, zmarznięci i bici” – powiedział sądowi. Śmierć zdarzała się często, zadawana przypadkowo lub rozmyślnie, na skutek kaprysu esesmanów, którzy całkowicie bezkarnie rządzili obozem.

Zeznania Dunin‑Wąsowicza trwały trzy dni i były najobszerniejsze ze wszystkich. Jego słowa zapadły mi głęboko w pamięć – ale to samo mogę powiedzieć o świadectwach innych osób, nawet tych, którym zabrakło sił, żeby przyjechać do Hamburga, i musiały mówić przez połączenie wideo. Zeznania tych starców – wielu miało ponad dziewięćdziesiąt lat, tak samo jak oskarżony – okazały się wstrząsające w różny sposób, ale wszystkich ocalałych cechowała ta sama determinacja, by przemówić publicznie, być może po raz ostatni.

Dziecko w miejscu, z którego się nie wychodzi

Osiemdziesięciodziewięcioletnia Rosa Bloch należała do najmłodszych świadków. Przyjechała do Niemiec z Holonu, miasta leżącego na południe od Tel Awiwu w Izraelu, w towarzystwie córki i wnuka. Bloch powiedziała sądowi, że miała zaledwie dwanaście lat, gdy razem z matką przywieziono ją do Stutthofu z getta w Kownie.

Była w niebezpiecznym wieku: w obozie koncentracyjnym dzieci poniżej czternastego roku życia zazwyczaj uważano za zbyt małe, by nadawały się do ciężkiej pracy fizycznej wymaganej przez SS, i najczęściej natychmiast je zabijano lub wysyłano na śmierć z matkami. „Moja matka była bystra i stosunkowo szybko zrozumiała, jak się rzeczy mają – wspominała Bloch. – Mama wiedziała, że za młode oso by zostaną wysłane gdzie indziej, może do Auschwitz. Miałam dwanaście lat, ale mama napisała, że czternaście”.

Żwawa i sympatyczna świadkini z Izraela żywo opisała swój pobyt w Stutthofie, także chwilę, gdy tuż po przybyciu po raz pierwszy poczuła, że ona i jej rodzina znaleźli się w strasznym niebezpieczeństwie. „Pierwsze, co zobaczyłam [w obozie], to gigantyczna piramida butów. Na ten widok pomyślałam sobie, że dzieje się tu coś dziwnego. Coś jest nie w porządku” – po wiedziała sądowi. To była dziecięca intuicja, uświadomienie sobie, że te wszystkie buty musiały kiedyś mieć właścicieli. Gdzie się oni podziali? „Gdy zobaczyłam tę górę butów, zrozumiałam: z tego miejsca się nie wychodzi”.

Bloch mówiła po hebrajsku, przez siedzącego obok niej tłumacza, ale od czasu do czasu wpadała w niemiecki. Gdy Meier‑Göring studiowała jej kartę rejestracyjną ze Stutthofu i zwróciła uwagę na opis wyglądu: „oczy, nos, usta – normalne”, Bloch przerwała, chichocząc: „Blond! Blond! Ich war eine echte Blondine!”. „Byłam prawdziwą blondynką!”

Był to jedyny lżejszy moment w zeznaniach, które w bezwzględny sposób przywołały okrucieństwa Stutthofu widziane oczyma dziecka. Jak wszyscy przybywający Bloch i jej matka otrzymały numery i od tej pory zwracano się do nich jedynie po numerze. „Od chwili przybycia do obozu koncentracyjne go przestałyśmy być istotami ludzkimi, stałyśmy się numerami […], panowały tam okropne warunki. Wydaje mi się, że nawet zwierzęta traktowano lepiej niż nas”.

Wciąż rosnącej dwunastoletniej dziewczynce szczególnie doskwierał brak jedzenia. „Chciałam jeść. Rano dawano nam mały kawałek chleba z jakimś żółtym serem. W środku dnia dawali nam coś, co się nazywało zupą, ale było głównie wodą. Więc pewnego dnia pomyślałam, że muszę coś zrobić. Byłam taka głodna, straszliwie głodna, cały czas. I raz dostałam tę wodnistą zupę, i pomyślałam, że może uda mi się dostać dokładkę, malutką. Wstałam i zobaczył mnie człowiek, który rozlewał zupę. Chwycił krzesło i walnął mnie nim w głowę z całej siły […]. Zalałam się krwią”.

Wiedzieliśmy wszystko

Relacja Bloch w dużej mierze powtarzała to, co sądowi po wiedział już Dunin‑Wąsowicz – o głodowych racjach, o codziennej brutalności strażników i kapo, o terrorze porannych apeli, publicznych egzekucjach i zabijaniu na przemysłową skalę prowadzonym na jednym końcu obozu.

Czy wiedziała, spytała Meier‑Göring, o istnieniu komory gazowej w Stutthofie? Bloch nie wahała się ani chwili. „Wiedzieliśmy wszystko o komorze gazowej. Bo była tam jednostka Żydów, która mu siała wyciągać trupy z komory gazowej. […] I ci ludzie czasami mogli do nas mówić, głośno wołając [przez ogrodzenie], zazwyczaj w jidysz”.


Tekst jest fragmentem książki Tobiasa Bucka Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością, tłum. Barbara Gadomska, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.

Fot. Strażnica i krematorium obozu Stutthof

Comments are closed.