Internowanie. Eugenika – Część II

Drut kolczasty, drewniane baraki i wieża wartownicza stanowiły codzienną rzeczywistość dla połowy internowanych żołnierzy. Ulice z polskimi nazwami i narodową symboliką stanowiły elementy opracowanego przez Szwajcarów projektu okiełznania obcego żywiołu, któremu nadano nazwę: „obóz koncentracyjny”.

Przeczytaj część I  i część III 

Słynna mowa polskiego ministra spraw zagranicznych, Józefa Becka z maja 1939 r., w której wskazywał na honor jako motywację postawy Polaków wobec Hitlera, budziła nawet już w tamtym czasie często niezrozumienie. Honor nie posiadał wprawdzie politycznej wartości, budził jednak niekiedy podziw, a ujęty w zewnętrzne gesty wywoływał duże wrażenie. O ile francuscy soldats przemykali przesz szwajcarskie drogi w bezładzie i stanie antywojennej apatii, o tyle wkroczenie oddziałów generała Prugara było pełną impresji i owacyjności ceremonią. W książce ówczesnego kapitana szwajcarskiej armii, Jeana Nussbaumera znalazło się bardzo nobliwe wspomnienie tego wydarzenia: „Polacy, którzy przechodzą obok nas robią na nas poprzez swoją postawę, swój marsz, swoją dyscyplinę największe wrażenie. Pozostali żołnierzami aż do samego końca dowodzonymi przez swych oficerów. Widziałem oddziały, które zanim wkroczyły do nas, przygotowały broń do zdania, stojąc w szeregu przystąpili do kontroli z kompletnymi listami nazwisk. Ich komendant nakazał całej kolumnie przemaszerować przed sobą, wydawał rozkazy, informacje i ułatwiał przejście przez granicę. Inny oddział pod dowództwem wysokiego, dumnie wyglądającego kapitana ustawił się przed przekroczeniem granicy w dwuszeregu przyjął, stojąc twarzami ku Francji, pozycję na baczność i pozdrowił kraj, któremu pomógł… ostatni raz. To nie byli pobici! To byli niezwyciężeni, w których oczach płonął płomień niemocy.”

Można odnieść wrażenie, że dla Szwajcarów, skazanych na bierną postawę w wojennej zawierusze, kontakt z wkraczającymi oddziałami był swoistym substytutem partycypacji we wniesionej przez polskich żołnierzy aurze godności. Zapisane przez Jerzego Ruckiego strony wspomnień z okresu internowania niosą ze sobą wiele wzruszeń: „Bardzo sympatyczne wrażenie wywarli na nas mieszkańcy Sirnach. (…) Przecież przyjechali polscy żołnierze, o których tyle opowiadano (…). Jak się wielu z nas mogło wkrótce przekonać, w oczach miejscowej ludności byliśmy bohaterami, którzy z bronią w ręku walczyli o najwyższe dobro – wolność! Wolność własną i innych! Niepośledniej wagi był również fakt, że nasz naród nie stchórzył, lecz jako pierwszy stawił czoło Hitlerowi”. Niezwykle emocjonalne przyjęcie przez ludność alpejskiego kraju było dużym ukojeniem dla Polaków pogrążonych w wojennych zmaganiach. Pierwsze wrażenie budziło niezaprzeczalnie ich wielkie nadzieje. Maszerujący w głąb kraju wojskowi otrzymywali prezenty, papierosy i żywność. Każdy z nich dostał kawałek chleba z żółtym serem, a od armii szwajcarskiej ciepłe mleko do picia. Widok lecących w ich kierunku kwiatów, czemu towarzyszyły okrzyki radości, nie był rzadkością.

Pierwszą noc w nowym kraju spędzono w miejscowości Saignelėgier, skąd następnie dywizja wyruszyła do Biel. Tam dokonano już podziału żołnierzy na mniejsze grupy i przydzielono ich do konkretnych miejsc zakwaterowania. Zgodnie z nakazem prawa sztab został odseparowany od pozostałych jednostek, a jego członkowie zakwaterowani w hotelu w Kandersteg. Dla pozostałej części wojska przewidziano budynki szkolne, sale gimnastyczne oraz stodoły. Później na nieco lepsze warunki mogli liczyć głównie uczestnicy obozów edukacyjnych oraz, zgodnie z prawem, oficerowie, których zakwaterowano w prywatnych domach. Żołnierze byli ulokowani w rozproszeniu, jednak w obrębie 3 głównych obszarów – w rejonie Seeland, Napf i Berner Oberland w zachodniej części Szwajcarii.

Polityka władz państwa nie uwzględniała oczywiście pozytywnego nastawienia swoich obywateli do tej dość licznej części polskiej armii. Można było z łatwością dostrzec, że sympatie wobec „gości” nie były jej na rękę. Kierunki działania czynników decyzyjnych w Bernie determinowała – jak z uproszczeniem przyjęto w szwajcarskiej historiografii – antagonistyczna relacja pomiędzy ministrem spraw zagranicznych, Marcelem Pilet-Golaz a generałem Henri Guisanem, powołanym w czasie mobilizacji na szefa armii. Symboliczna, w tym względzie, data 25 czerwca 1940 r. zapamiętana została jako wyraz ambiwalencji w szukaniu politycznych rozwiązań. Zjazd oficerów na historycznej polanie Rütli (Rütlirapport), który zainicjował Guisan, był wyrazem panującego w wojsku ducha oporu. Generał wówczas wydał stosowne rozkazy dotyczące obrony kraju. Było to przedsięwzięcie o tyle ryzykowne, że w jednym miejscu znalazł się cały główny korpus oficerski kraju. Niemniej jednak przesłanie, płynące z tego patriotycznego miejsca, było dla społeczeństwa w pełni czytelne. Armia zamierzała stawić opór w razie nazistowskiej ofensywy. Dokładanie w tym samym czasie opinia publiczna, nie bez konsternacji, przyjęła z radioodbiorników wypowiedź pierwszej osoby w szwajcarskim MSZ, która mówiła o konieczności wyzwolenia się z ducha przeszłości i o czasie wewnętrznej odnowy. Sugestia do tworzonej przez kanclerza Rzeszy „nowej Europy” była w pełni zrozumiała. Niestety, jak się miało okazać, linia podziału biegnąca między MSZtem a wojskiem nie była wcale taka stabilna.

Od wiosny 1940 r. (po klęsce Francji) sytuacja geopolityczna małego górzystego państwa stała się bardzo trudna. Szwajcarzy ze wszystkich stron otoczeni byli przez państwa Osi. Ten stan rzeczy źle rzutował także na losy internowanych Polaków, które w dużej mierze zależały od charakteru stosunków ich gospodarzy z państwem hitlerowskim. Realizm polityczny przechylał niestety szalę zdecydowanie ku opcji uległości wobec Niemiec. Ze względu na przynależność narodową internowanych, pobyt Polaków na terenie Szwajcarii był przedmiotem bacznej obserwacji ze strony europejskiego agresora. Oczywiście najbardziej pożądanym rozwiązaniem było dla rządzących odesłanie przybyszów do ich ojczystych krajów, wynikające z prawnych uregulowań. Dlatego też już w październiku i listopadzie 1940 r. 1400 żołnierzy francuskich przestało korzystać z helweckiej gościnności. Pozostali opuścili kraj z początkiem następnego roku. Decyzja o dłuższym zatrzymaniu polskich oddziałów wywołała rozżalenie wśród żołnierzy, jak też oburzenie lokalnych mediów. Podobne reakcje dotyczyły przekazania broni odebranej Polakom w ręce armii niemieckiej. W pierwszym przypadku przeszkodę stanowiła postawa Francji, która skutecznie wzbraniała się przed ponownym przyjęciem walczących w składzie jej wojsk wschodnich sojuszników. Nie było mowy nawet o powrocie tych, którzy od dawna mieszkali w Trzeciej Republice na stałe. Wydanie uzbrojenia było natomiast efektem francusko-niemieckiego porozumienia (ze strony francuskiej podpisanego przez Pétaina) o zawieszeniu broni, w którym takie działanie było pokonanej armii nakazane. Decyzja ta dotyczyła też żołnierzy internowanych, w tym Polaków, którzy używali francuskiego sprzętu.

Władze w Bernie musiały zatem nastawić się na dłuższy okres pobytu Polaków. Państwo szwajcarskie podjęło wkrótce kroki instytucjonalne dla sprawniejszej organizacji i nadzoru procesu internowania. Utworzony w maju 1940 r. Federalny Komisariat ds. Internowania i Hospitalizacji (EKIH) miał dokonać realizacji tego zadania. Jednocześnie duża aktywność dla niesienia wsparcia Polakom zmuszonym do długiego pobytu widoczna była w sferze pozarządowej. W książce Ruckiego (Na ziemi Wilhelma Tella) potwierdza to pokrzepiający fragment: „Od lipca 1940 r. na terenie Szwajcarii utworzyły się Komitety Niesienia Pomocy Internowanym Żołnierzom, które przy wydatnej współpracy swych członków (zwłaszcza członkiń!) prześcigały się w wysyłaniu do poszczególnych obozów tzw. Liebesgaben-Pakteten (dary miłosierne) z tą samą zawartością, a więc skarpetki, chusteczki do nosa, mydło, pasta do zębów, czekolada, no i obowiązkowo papierosy!” Poza tym pomoc płynęła też od amerykańskiej Polonii. Różnego rodzaju żeńskie stowarzyszenia wspierały polskich mężczyzn nawet w takich codziennych czynnościach jak pranie, cerowanie, a nawet robienie na drutach.

Słuszna skądinąd obawa o powstawanie zbyt bliskich relacji między Polakami a kobietami z kraju gospodarzy, które niekiedy wyczekiwały powrotu swoich mężów ze służby w aktivdienst, była jednym z czynników późniejszej decyzji władz o skupieniu Polaków w jednym miejscu w warunkach zamkniętego obozu i w izolacji od społeczeństwa. Nowa koncepcja wynikała zresztą także z konieczności angażowania zbyt dużej ilości personelu strażników do pilnowania licznych i rozproszonych grup polskich żołnierzy. W obliczu możliwej wojny obawiano się przez to braków w składach rodzimych jednostek bojowych. Polacy podlegali bowiem dość ścisłemu rygorowi – początkowo tylko na podstawie prowizorycznej instrukcji wydanej przez Drugi Inspektorat Terytorialny ds. Internowania już niecały tydzień po przekroczeniu granic przez Drugą Dywizję. Dla zachowania odpowiedniej dyscypliny wojskowej dokument ten regulował życie internowanych w oparciu o liczne zakazy, nakazy i regulacje. Rząd Szwajcarii – podatny na sugestie ze strony Niemiec – żywił obawy, że obecność tak silnej jednostki polskiej na terytorium państwa graniczącego z Rzeszą może być w Berlinie odebrane jako pewien rodzaj prowokacji. Uwagi niemieckich „obserwatorów”, mówiące że Polacy są traktowani bardziej jak kuracjusze niż internowani, też w dużej mierze wpłynęły na utworzenie obozu w Büren.

Pierwszy reportaż telewizyjny o tym miejscu szwajcarscy telewidzowie mogli obejrzeć w 1990 r. w publicznej stacji SRF. Otoczone drutem kolczastym baraki, spośród których wyłania się wielka wieża wartownicza, wywołują złe wrażenie. Negatywne skojarzenia podtrzymuje ukazujący się na ekranie tytuł dokumentu: Conzentrationslager Büren an der Aare, 1940–1945. Położona przy niewielkim miasteczku wioska z baraków otrzymała taką właśnie oficjalną nazwę. Celem jego powstania było skoncentrowanie w jednym miejscu jak największej liczby polskich żołnierzy. Położenie ich nowej siedziby zostało pod względem strategicznym wybrane idealnie. Teren obozu zamknięty był w dwóch ramionach rzeki Aary. Dojście do baraków możliwe było jedynie przez jeden most oraz wał rzeczny, co niewątpliwie ułatwiało pracę strażnikom. Centrum gminy gdzie znajdował się obóz – niewielkie miasteczko Büren an der Aare w kantonie Berno było oddalone od obozu o 2,5 kilometra, co miało ograniczać kontakt z ludnością.

Pracę nad budową nowej kolonii rozpoczęto w lipcu 1940 r. Wedle różnych źródeł do prac budowlanych wyznaczono od 300 do 1500 przyszłych mieszkańców. Do budowy Polacy używali nawet własnych koni, które wraz z nimi przybyły jako wyposażenie dywizji z Francji. Brak infrastruktury w wyznaczonym terenie opóźniał prace w znacznym stopniu. Konieczna była budowa nowych dróg i instalacja sieci wodno-kanalizacyjnej. Nowe domy dla żołnierzy wykonano z drewna na fundamentach kamiennych. Łącznie powstało 120 baraków ustawionych wokół wieży strażniczej, mogących pomieścić 6000 ludzi. Do pomieszczeń użytkowych należało 6 kuchni, przypadających na 1000 osób każda, 26 pralni po jednej dla 200 ludzi oraz baraki sanitarne i materiałowe. Teren obejmował tzw. „obóz polski”, obóz karny, oraz obóz dla strażników szwajcarskich. W Górnym Büren utworzono dodatkowo obóz szpitalny. Na jeden barak przypadało od 40 do 60 mężczyzn. Film został wykonany wówczas bezprawnie przez pewnego Szwajcara, ponieważ kręceni obozu przez „czynniki pozapaństwowe” było surowo zakazane. Posmutniałe twarze polskich żołnierzy spoglądają z ciekawością na skierowany w nich obiektyw. Ręce wetknięte w kieszenie, z postawy emanuje szara obozowa rzeczywistość.

Autorzy reportażu – Jürgen Stadelamann i Beat Regli docierają do żyjących jeszcze byłych mieszkańców barakowego miasteczka. Ludwig (obecnie Louis) Lurka – były żołnierz 2. DSP – wypowiada swoje refleksje niepozbawioną emocji świetną francuszczyzną: „Gdy zamknięto nas w obozie z wieżą wartowniczą i drutem kolczastym, pytaliśmy się: dlaczego? Nie byliśmy przecież więźniami (…). To jedyna rzecz, jaką zarzucam Szwajcarii – drut kolczasty, wieża wartownicza na środku i światło reflektora przez cała noc. Obóz zbudowano dokładnie według wzorów niemieckich”. Monotonię obozowego życia przerywały jedynie poranne i wieczorne apele. Brak pracy wypełniano organizowaniem zajęć kulturalnych, religijnych, czy analizą sytuacji na froncie europejskim. Nieocenioną pomoc dla sfery kulturowej niosło Muzeum Polskie w Rapperswill. Polacy wydawali nawet własne pismo – „Goniec Obozowy”. W oficjalnej szwajcarskiej kronice filmowej z tego okresu obóz sprawia wrażenie tętniącego życiem. Kasyno, kwiaty na stolikach, fryzjer, grający w karty żołnierze, a nawet kelnerka (barmanka). Żywotny nastrój potwierdza głos lektora mówiący o organizacji czasu dla utrzymania właściwej dyscypliny i moralności. Obraz bliski ideałowi, lecz jedynie w filmowym scenariuszu.

W rzeczywistości żołnierze próbują wyłamać się z regularnego schematu codzienności, szukając urozmaicenia w postaci pracy. Ogólny zakaz pracy dla Polaków nie dotyczył drobnych zajęć, podejmowanych indywidualnie na zasadzie dobrowolności. Internowani korzystali z szansy wymknięcia się poza obszar zamknięty drutem nader chętnie. „Restauracja ogrodowa” (Gartenrestaurant) była jednym z miejsc w pobliskim miasteczku, gdzie zbierali się chętni do podjęcia zatrudnienia mężczyźni z obozu oraz głownie szwajcarscy rolnicy poszukujący niekiedy rąk do pracy w swoich gospodarstwach. Jak można się domyślić, tych pierwszych było zawsze znacznie więcej. Jako siła robocza Polacy byli bardzo lubiani i doceniani. Ciekawym faktem było pojawienie się na tzw. „rynku Polaków” (Polenmarkt) samego ministra Pilet-Golaz z zamiarem zatrudnienia Polaków w swojej posiadłości przy granicy z Francją. Nie wiadomo jednak ilu ludzi znalazło w ten sposób zatrudnienie. Dla większości z nich surowość obozowej egzystencji skłaniała do wykroczeń daleko poza dziedziny łagrowej aktywności kulturalnej. Z czasem skłonność do buntu wykraczała daleko poza konwencje społeczne, a to musiało prowadzić do konfliktów z nadzorem obozu. Jeden z komendantów obozu odnotował w swoich wspomnieniach: „Strażnicy cieszą się, że po 70. dniach służby znów są wolni. Wedle ich doświadczeń Polacy (autor używa pejoratywnego określenia – Polakken) są krnąbrni, leniwi, kłamliwi i próbują uzyskać korzyści poprzez fałszerstwa i oszustwa”. Inne zapiski są równie dalekie od wyidealizowanych obrazów z kroniki filmowej: „Dużo alkoholu, spory, bijatyki. Chowamy pijanych i mamy pełny areszt. (…) Regulaminowe zarządzanie obozem staje się coraz trudniejsze”.

Jeden z największych buntów miał miejsce w grudniu 1940 r. Gdy kilku Polaków „zaspało” i nie stawiło się w mroźny dzień na apel, komendant nakazał siłowe doprowadzenie buntowników na zaśnieżony plac apelowy bez względu na to, czy zdążyli założyć mundury i to „nawet gdyby trzeba było przy tym zastrzelić 200 Polaków!”. Podjęty w ramach protestu strajk głodowy podkomendnych generała Prugara nie zrobił na Szwajcarach szczególnego wrażenia. Dyscyplina stanowiła niepodważalny priorytet. Jeden z Polaków otrzymał cios pałką w głowę, ktoś z grona internowanych obraził komendanta. Zbiegowisko. Padł zdecydowany rozkaz – strzelać! „Jak Hitler!” – opowiada w filmie zaawansowany wiekiem szwajcarski rolnik będący zapewne świadkiem stosunków między obozowym komandem a internowanymi. Mówi szybko pełnym emocji głosem. Jego berneński dialekt nie jest łatwy do zrozumienia. „Czy to byli żołnierze z zarządu obozu?” – dopytuje się zza obiektywu kamery prowadzący rozmowę dziennikarz. Energiczne potakiwanie głową nie pozostawia wątpliwości. W wypowiedzi sędziwego świadka tamtych dni przemyka niecenzuralny szwajcarsko-niemiecki element mowy: ”Cheib!”. W odniesieniu do Polaków słowa tego używali niekiedy pilnujący gospodarze. W tłumaczeniu na polski oznacza ono zwierzęce ścierwo. Dyscyplina po buntowniczym wzlocie została przywrócona. „Szwajcarzy nie wiedzieli wtedy jak się mają zachować. Niemcy były silne, alianci słabi” komentuje społeczne warunki obozu i samo jego istnienie Lurka.

Według Ruckiego obóz w Büren pełnił rolę kolonii karnej, do której trafiało się po selekcji dokonywanej przez polskich oficerów „(…) i to według ich własnego uznania. A kto miał największe „szanse”, żeby wylądować w Büren? W pierwszym rzędzie element, z którym komendanci mieli wiele kłopotu, z reguły jednostki posądzane o wichrzycielstwo, niesubordynację, a nawet sympatie z komunizmem”. Zważywszy jednak, że w obozie przebywało 3500 żołnierzy, trudno jest dać wiarę, by niemal jedna trzecia składu dywizji była ogarnięta opisanym stanem wynaturzenia. Büren nie miał charakteru obozu karnego. Ta kategoria przypadła niesławnej placówce w Kalchrain, ulokowanej w byłym klasztorze cysterek. Jego oblicze poznało wielu internowanych, doświadczając nierzadko dość sadystycznych metod okiełznania ich nieumiejętności „podporządkowania się ustalonym normom”. Z ich wspomnień wynika, iż „zdarzały się przypadki, że skazani za większe wykroczenia oraz tzw. niepoprawni przebywali w odosobnionych celach, do których bez przerwy wlewano strumienie wody. Izolowany, by się nie utopić, musiał wypompowywać wodę, pedałując na odpowiednio skonstruowanej maszynie.” (Rucki J. Na ziemi…)

Eugenika

Władze szwajcarskie wyciągnęły zresztą dość szybko wnioski z istnienia opisanego stanu skoszarowania, uznając go za nieudany eksperyment. Wiosną 1942 r. Polacy zostali w znacznej większości wysiedleni z wielkich baraków. Drewniane prycze przeznaczono tym razem dla uchodźców cywilnych. Teren za drutami zasiedlili przybywający do neutralnego kraju z różnych części Europy żydowscy uciekinierzy. Na filmie Stadelmanna uwidaczniają to smutne ujęcia kobiet z dziećmi. Głód, ciasnota i wojskowa dyscyplina niczym wobec żołnierzy. Z pamięci jednej z obozowiczek wyłaniają się dobitne, ostre słowa jakiegoś szwajcarskiego funkcjonariusza: „Jeśli wam się nie podoba, możecie wracać!”.

Obóz w Büren zlikwidowano fizycznie w latach 1946–47. Zachowana do dziś jedynie jedna z pralni jest ciągle świadkiem tamtych trudnych czasów. Po fiasku z pomysłem „koncentracji” członków 2. Dywizji nad Aarą, urzędnicy z EKIH otrzymali od władz zadanie ponownej decentralizacji ośrodków zatrzymania. Wyznaczono łącznie 7 tzw. odcinków internowania, tworząc w późniejszym okresie również ósmy w Winterthurze, przeznaczając go dla uczniów i studentów. Na każdy odcinek przypadało od 8 do 10 obozów głównych, przy czym w skład każdego z nich wchodziły obozy pracy. Te ostatnie tworzono jedynie tymczasowo na okres wykonania określonego zlecenia. W tamtym czasie obowiązywał już od kilku miesięcy tzw. „pomarańczowy rozkaz” (Oranger Befehl), nakładający na szwajcarską ludność cywilną radykalne ograniczenia w stosunkach z Polakami. Szwajcarom zabroniono między innymi obdarowywania żołnierzy pieniędzmi, dokonywania z nimi transakcji pieniężnych (wymiany waluty), oddawania cywilnych ubrań i racjonowanej żywności, czy nawet fundowania biletów kolejowych i użyczania telefonu. Trudnym do zaakceptowania punktem tej instrukcji był dla wielu szwajcarskich kobiet artykuł IV rozkazu, który zabraniał zawierania polsko-szwajcarskich małżeństw oraz utrzymywania bliskich relacji między mężczyznami a kobietami obu narodowości. Za złamanie tych ograniczeń Polakom groził w najlepszym razie tylko areszt, Szwajcarki mogły być karane grzywną. Znany jest wymieniany często przypadek Marianne Schrann, która w styczniu 1943 r. urodziła dziecko polskiego żołnierza. Przez lata nie zdradzała w swoim środowisku prawdy o ojcu, wymyślając historię o szwajcarskim rolniku jako drugim rodzicu. Władze – nieustępliwe w swej podejrzliwości – zareagowały na ten fakt groźbą wykonania badań krwi.

Ostrzeżenie to nie było zresztą pozbawione podstaw, lecz wynikało z istniejących wówczas naukowych trendów z pogranicza badań o wydźwięku eugenicznym. Nauka o rasach cieszyła się nawet pewną przychylnością państwa, a z serologią szwajcarscy antropolodzy wiązali wówczas duże nadzieje. Siłę napędową tych dziedzin nauki stanowili także przebywający w kraju uciekinierzy, którzy mieli okazję posłużyć jako obiekty do wzmożonych badań. Wiedza o grupach krwi była traktowana jako dziedzina pomocnicza dla cieszącej się dużym powodzeniem antropologii. Czołową postacią nauki o człowieku był wówczas pochodzący z części frankofońskiej zagorzały badacz ras Eugėne Pittard. Jego zasługą było utworzenie Instytutu Antropologicznego na uniwersytecie w Genewie oraz wiele sztandarowych dzieł z tego zakresu. Trudno jednak stwierdzić, aby jego poglądy pokrywały się do końca z myślą rasową niemieckich naukowców. Profesor miał nadzieję na wyłonienie europejskich grup rasowych na podstawie badań antropologii fizycznej, powiązanych z badaniami nad grupą krwi.

W weekendowym magazynie tygodnika „Tagesanzeiger” z lutego 2000 r. bazylejski dziennikarz Christoph Keller przedstawił wyniki swej dziennikarskiej pracy na ten temat, w tym sylwetkę antropolog Hėlėne Kaufmann, pracującej wówczas w instytucie Pittarda. W artykule W imię higieny (Im Namen der Hygiene) dziewięćdziesięcioletnia wówczas kobieta zwierzyła mu się z motywów swojej pracy badawczej. To właśnie ona naprowadziła swojego mentora na pomysł wykorzystania wyjątkowej pod względem społecznym i politycznym sytuacji w państwie. Wielu ludzi w poczuciu patriotyzmu wykonywało pożyteczny gest oddania swojej krwi na poczet skutków potencjalnej wojny. Dla naukowców z Genewy była to okazja, by wykorzystać zebrany płyn jako materiał badawczy. Przy okazji dawcy mieli być poddawani pomiarom antropologicznym. Szwajcarzy w większości nie podzielali jednak naukowego entuzjazmu genewskiej pary. Nauce poświęciło się dobrowolnie jedynie około 2800 ochotników. Mniejsze szanse na uniknięcie takich eksperymentów mieli za to przetrzymywani w obozach cudzoziemcy. Dodatkowo zielone światło dla „poznawania obcego elementu” rozbłysło po stronie szwajcarskiego rządu. Jak pisze Keller, władze w Bernie miały własny interes w przebadaniu cech rasowych Polaków pod kątem fizycznym. Każda dodatkowa wiedza o istocie uchodźców przebywających w kraju była mile widziana. Miano bowiem do czynienia (według słów Heinricha Rothmunda – szefa Policji ds. Cudzoziemców) „z dużą liczbą uciekinierów, ludzi których zachowanie rozumiemy z trudem lub wcale” i którzy mogą okazać się potencjalnym „wrogami wewnętrznymi” (wg raportu gen. Guisana) i źródłem znacznego niebezpieczeństwa.

Osobliwe trio, złożone z dwojga antropologów (oprócz Hėlėne Kaufmann tworzyli je Marc Sauter, oraz rumuński lekarz Alexandre Manuila) nawiedzało wielokrotnie kwatery polskich internowanych. Od jesieni 1944 r. do wiosny 1945 r. zebrali dane od 145 Polaków. Sam przebieg badania wskazywał na bardzo przedmiotowe traktowanie objętych nim ludzi. Padały raczej krótkie komendy według stałego schematu: „Przystąp do poddania się pomiarom!”, „Pochyl się!”, „Stój prosto!”, „Odmaszerować!”. Antropometry i specjalne cyrkle mierzyły wysokość, długość i szerokość czaszek i twarzy, mierzono wzrost. Na koniec pobierano też krew. „A ci uchodźcy poddawali się badaniom dobrowolnie?” – „No wie pan, na tyle dobrowolnie, na ile było to możliwe, będąc podkomendnym władz obozowych” – zareagowała na ciekawość żurnalisty sędziwa już uczona. Pewnego razu podczas wykonywania badań ktoś zadał jej nawet pytanie o ich celowość. Odpowiedź nie zawierała w sobie dużego pokładu scjentycznych ambicji: „Bo chcemy wiedzieć, do jakiego typu rasy przynależy Polak i czy jest związek między cechami rasowymi a grupą krwi”. W wydanych w 1948 r. Rozprawach Szwajcarskiego Towarzystwa Badania Natury można było odnaleźć niezbyt zaskakujący wynik mozolnych prac badawczych. Okazało się, że Polaków można traktować jako reprezentantów etnicznej grupy… Polaków! W zbliżonym czasie w antropometryczne sidła wpadli także skoszarowani na terenie helweckiego państwa Włosi i Żydzi.

Przeczytaj część I  i część III 

Piotr Solbach

Bibliografia

Literatura naukowa i popularnonaukowa

– Bonjour Edgar : „Geschichte der schweizerischen Neutralität: vier Jahrhunderte eidgenössischer Aussenpolitik“, Helbing & Lichtenhahn: Basel 1965–1976. (9 Bände)

– Linke Manfred „Schweizerische Aussenpolitik der Nachkriegszeit”, Verlag Rüegger AG, Chur/ Zürich 1995

– Riklin Alois et al. „Noveau manuel de politique extėrieure suisse“, Verlag Paul Haupt, Bern 1992

– Stadelmann, Jürg; Krause, Selina, „Concentrationslager Büren an der Aare 1940-1946“, Baden 1999

– Smoliński Józef, „Wojsko Polskie we Francji, Warszawa 1995.

Artykuły

– Diggelmann Oliver „Wie viel Neutralität können wir uns noch leisten?“ w ZeitOnline, 4. sierpień 2011,http://www.zeit.de/2011/32/CH-Neutralitaet

– Keller Christoph „Im Namen der Hygiene” w „Das Magazin” Nr 15. 05. bis 11. 02. 2000, Tages-Anzeiger

– Maissen Thomas „Warum es die Schweiz gibt” w ZeitOnline, 17. września 2010, http://www.zeit.de/2010/38/CH-Geschichte

– Matyja Mirosław „Polscy żołnierze internowani w Szwajcarii w czasie II wojny światowej” w Magazyn Polonia, 2. lipiec 2011, http://www.magazynpolonia.com/artykul/historia,polscy-zolnierze-internowani-w-szwajcarii-w-czasie-ii-wojny-swiatowej,4e107aab46c92

– – Rucki Jerzy, „Na marginesie listu otwartego“ w Nasza Gazetka nr 1 (214) 2001, http://www.nasza-gazetka.com/Menu_NG/ng2001/ng2001_2/stadel_x.htm

– „Rzeczpospolita”, dodatek specjalny: Batalie największej z wojen, Nr 11, 23 maja 2009, Upadek Francji

– Saurer Andreas „Die «Polenwege» allein sind keine Garantie für ewige Harmonie“ w Berner Zeitung, 4. październik 2012, http://www.bernerzeitung.ch/schweiz/standard/Die-Polenwege-allein-sind-keine-Garantie-fuer-ewige-Harmonie/story/22453547

– Urner Klaus „Rapport auf dem Rütli“ w Zeit Online, http://www.zeit.de/1970/46/rapport-auf-dem-ruetli, artykuł z 13. Listopada 1970

Wspomnienia i reportaże

– Lanckorońska Karolina „Wspomnienia wojenne“, Wydawnictwo Znak, Warszawa 2001

– Rucki Jerzy „Na ziemi Wilhelma Tella“, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1993

Opracowania

– Wüthrich Christiana „Concentrationslager Büren an der Aare 1940-1946“, Maturaarbeit am Seelandgymnasium, Biel 2012

Filmy dokumentalne

– Concentrationslager Büren an der Aare 1940-1945 film dokumentalny z serii Spuren der Zeit w Schweizer Radio und Fernsehen, emisja: 5. Grudnia 1990

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*