Paweł Sołtys, Monolok

Monolok |Recenzja

Paweł Sołtys, Monolok

Były kiedyś miejsca i zawody, które stawały się nie tylko ostoją rzemieślniczej precyzji, ale przede wszystkim stawały się miejscem do snucia opowieści. Któż z nas nie kojarzy „hamerykańskich” filmów, w których przybity życiem facet rozbija na atomy swoje życiowe przypadki i porażki. Cóż, w ustroju słusznie minionym mieliśmy również takie miejsca, w których opowieść snuła się wdzięcznie, rozgałęziała, pączkowała i przechodziła płynnie w kolejną. Osiedlowi i dzielnicowi fryzjerzy byli centrum stugębnej plotki, przystankiem pamięci, a także miejsce, w którym chłonęło się ludzkie losy.

Z mojego dzieciństwa pamiętam jeden taki zakład fryzjerski w moim rodzinnym Bielsku (administracyjnie Bielsku-Białej, ale zakład był po dobrej stronie rzeki). Był to “Eden” pana Ernesta Homy. Czy snuło się tam opowieści? Może. Mnie wtedy było nudno, za gorąco i w ogóle bez sensu, a najzabawniejsze były kolorowe czasopisma. No i cukierki. I bardzo się peszyłam, kiedy pan Homa mnie zagadywał. Cóż, prawo młodości. Ale myślę, że mogło być tak, jak w Monoloku Pawła Sołtysa.

Pamiętnik starego fryzjera

Z tzw. komuny w Polsce w cale nie było demokratycznie czy po równo. Bo nawet tego octu, co hektolitrami zdobił sklepowe półki nie było po równo. Za żółtymi firankami występował w znikomej ilości, czego nie można było powiedzieć o swojskim, kartkowym Społem. Ale było takie miejsce, gdzie – jak w lwowskiej piosence – i bogacz, i pan byli za pan brat. To fryzjerski fotel stawał się największym wyznacznikiem demokracji. Bo i profesor, i robociarz, literat, a nawet doliniarz sadowili tam swoje tyłki, aby oddać – cytując Heberta – bezcenny kapitel ciała głowę w wykwalifikowane ręce.

Bohater recenzowanej pozycji to fryzjer z Grochowa. Emerytowany, stary, należący do kategorii ludzi, którzy dziewięćdziesiąt procent znajomych mają na cmentarzu. Traumę ma zapisaną w swojej konstrukcji, bo jest dzieckiem miasta, które przeżyło własną śmierć. I jak to miasto stał się pozbawiony rodzinnego ciepła, czułości i miłości. Wychował się w bidulu i dopiero pójśćie po linii największego oporu – bo co to za facet, co chce strzyc ludzi – znalazł swoje miejsce na ziemi.

I swoją wspaniałą rodzinę: właścicieli zakładu (dzisiaj rzeklibyśmy parę homoseksualną), ukochaną żonę oraz opowieści, które już na zawsze pozostały w nim razem ze swoimi opowiadaczami. A i oni bywają dziwni, pełni swojego doświadczenia, traumy, w wielu z nich miasto wżarło się jak koszula w ciało oparzonego. A pośród tego on – mistrz nożyczek i brzytwy, który chłonie historie. Te straszne, te piękne oraz te być może zmyślone. Ale trwałe, zapadające mu w duszę i niosące postacie do wieczności.

Monolok, czyli pojedynczy lok

Chociaż część recenzowanej pozycji ukazała się jako Monolog barmana z baru Mambo (urzekł mnie na łamach miesięcznika “Teatr”), to jednak Paweł Sołtys uniknął braku świeżości oraz flashbacków u czytelnika. Nawet moja czytelnicza pamiętliwość nie zareagowała głośnym wizgiem na znajomy pasuss. Być może dlatego, że lektura Monoloku od pierwszego zdania bierze nas za przysłowiową twarz.

Nie ma tu podziałów na rozdziały, nie ma dialogów, płodozmianu ciężaru gatunkowego. Jest idący ciurkiem strumień pamięci, w której wyryły się nie tylko fakty (te są w niedoreprezentacji), ale przede wszystkim opowieści. I właśnie te opowieści są nośnikiem ludzi, którzy już dawno odeszli.

Opowieść starego fryzjera, ten stan, w który wpadają starzy klienci barów lub staruszkowie, którzy wreszcie znaleźli wolnego słuchacza (cóż za absurd! Kiedyś potrzebowali nadawania Wolnej Europy, a teraz ciszy Wolnego Słuchacza) jest hipnotyczny. Pozornie niemający związku ze związkiem i składający się z chorej liczby dygresji do dygresji dygresji pokazuje to, co już dawno trafiło na półki Archiwów Państwowych ze stosowną sygnaturą.

Ale ma nad tym zasobem archiwalnym zdecydowaną przewagę – nie analizuje, co jest prawdą a co nie. Oddaje hołd opowieści jako takiej i jeśli jest dobra, nie ważne czy jest prawdziwa. Paweł Sołtys zbudował coś, co bardzo chętnie zobaczyłaby na deskach teatru jako monodram. I uważam, że byłoby to tak prawdziwe, że szukałabym po wyjściu z teatru tego świata wokół siebie.

Czy warto?

Lektura recenzowanej pozycji zajęła mi jedno popołudnie. Z tekstem chodziła, do lodówki, po picie i czytałam wymrukując monosylaby, podczas gdy dzwoniła moja mama. Od dawna żadna literatura nie wciągnęła mnie aż tak bardzo. Dawno również żadna nie spowodowała, że przypomniał mi się jakiś zakątek odwiedzany w dzieciństwie.

A właśnie to wszystko zdarzyło mi się podczas Monoloku Pawła Sołtysa. Nie raz do niego wrócę, a jeśli jakiś teatr go wystawi, będę na premierze w pierwszym rzędzie. Bo snucie opowieści to dar, który nie może ulec zapomnieniu.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 6/6
Daria Czarnecka


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.