Poza ramami. O malarstwie

Poza ramami. O malarstwie |Recenzja

Maja Michalik, Poza ramami. O malarstwie

Ten album nie prowadzi czytelnika krok po kroku przez historię sztuki ani nie udaje kompletnego wykładu. Działa inaczej. Zaprasza do oglądania, zatrzymywania się i porównywania obrazów bez presji chronologii i akademickiego porządku. Poza ramami. O malarstwie to książka, która stawia na selekcję, skalę i jakość wizualnego doświadczenia.

W opowieściach o sztuce zawsze wygrywa ten, kto umie wybrać ramę. Rama nie jest neutralna. Wycina fragment świata, podkręca kontrast, decyduje, co uznamy za „początek” i „sens”. Ten album jest świetnym przykładem takiej decyzji.

Nie epoki, tylko „narzędzia patrzenia”

Poza ramami. O malarstwie nie działa jak typowy podręcznik ani jak katalog wystawy. Oś konstrukcyjna jest inna. Zamiast klasycznej, równej chronologii dostajemy tematy-zawiasy – perspektywę, światłocień, typy scen, strategie portretu, bunt wobec formy.

Wracamy do podobnych problemów w kolejnych epokach, ale za każdym razem na innym poziomie i z inną stawką. W renesansie perspektywa jest „konstrukcją realistyczności”, w baroku światło zaczyna grać dramaturgią, w klasycyzmie portret przechodzi w projekt wizerunku, w XIX wieku temat rozsadza formę, a nowoczesność testuje granice tego, co w ogóle uznamy za „obraz”. To jest narracja, która – kiedy działa – uczy nie dat, tylko rozpoznawania mechanizmów.

Perspektywa opisana jest jako narzędzie porządkowania świata przedstawionego i budowania realizmu. Chiaroscuro i tenebryzm jako techniki modelunku i napięcia; klasycystyczny portret jako gra decorum i idealizacji; impresjonizm jako zmiana tematu i technologii malowania, od pleneru po alla prima i dywizjonizm. To nie są „ciekawostki dla ozdoby”. To są klocki, z których czytelnik ma poskładać własne rozumienie.

W praktyce ten układ ma jeszcze jedną zaletę: pozwala otworzyć album w dowolnym miejscu bez poczucia, że „psujesz sobie fabułę”. Każdy rozdział jest osobnym wejściem, a pojęcia są podawane tak, żeby nie wymagały wcześniejszej lektury.

Styl i język: minimum efektów, maksimum czytelności

Największe ryzyko książek popularyzujących historię sztuki jest banalne: albo wpadają w akademicki żargon, albo w instagramową watę. Ten album w dużej mierze omija oba rowy. Język jest oszczędny, definicyjny, nastawiony na funkcję. Terminy są tłumaczone tak, żeby nie budować hierarchii wtajemniczenia. To nie jest styl, który chce imponować. To styl, który ma dać czytelnikowi narzędzia, by patrzył uważniej.

Różnica między chiaroscuro a tenebryzmem jest wyjaśniona bez teatralnych metafor, a jednocześnie z konkretnym wskazaniem, jaki efekt wizualny jest celem. Podobnie w opisie klasycystycznego portretu. Nacisk pada na decorum, surowość, idealizację i funkcję wizerunku, a nie na emocjonalne dopowiadanie tego, „co postać czuła”. To jest uczciwe wobec obrazu i wobec czytelnika.

Jest też druga warstwa stylu: sposób prowadzenia czytelnika po reprodukcjach. Ten album nie podaje „opisów każdego obrazu”. Zamiast tego daje konteksty i zagadnienia. To rozwiązanie, które ma sens w książce, gdzie obraz ma być pierwszym bodźcem. Tekst ma być obok, nie przed. Dzięki temu czytelnik nie jest tresowany do jednej interpretacji. Zostaje mu przestrzeń, żeby najpierw zobaczyć, a dopiero potem nazwać.

Czy to podejście bywa zbyt lekkie dla odbiorcy zaawansowanego? Bywa. Czasem chciałoby się gęstszej siatki odniesień. Ale tu wchodzi podstawowa cecha tej publikacji: ona nie udaje czegoś, czym nie jest. I właśnie dlatego styl działa.

„Album jako obiekt”: papier, kolor, waga i ten rodzaj luksusu

Nie da się recenzować tej książki tak, jakby była tylko tekstem. Ona jest przedmiotem. Format 22 × 30 cm, twarda płócienna okładka, ponad 480 stron, masa kilku kilogramów, prawie 400 reprodukcji w dużych formatach. To wszystko nie jest dodatkiem. To jest połowa komunikatu. Ten album ma wejść do domu jak mebel: leżeć na stole, prowokować otwieranie, znosić kartkowanie, a nie stać jak relikwia na półce.

W praktyce wrażenie jest takie: obraz dostaje powietrze. Druk nie jest „ładny jak na album”, tylko po prostu dobry. Na tyle, na ile pozwala technika i budżet. Z perspektywy czytelnika to ważne, bo w książkach o malarstwie często przegrywa właśnie reprodukcja: zbyt mała, zbyt błyszcząca, zbyt płaska, bez tonalnego niuansu. Tutaj ten problem jest minimalizowany. Oglądanie staje się czynnością, która ma sens samą w sobie, niezależnie od tego, ile tekstu przeczytasz.

I tu dochodzimy do paradoksu oceny. Książka jest tak pięknie wydana, że utrudnia rozstrzygnięcie werdyktu. Bo w normalnym trybie krytycznym brak średniowiecza powinien obniżyć ocenę bez dyskusji. A jednak obcowanie z albumem jest tak satysfakcjonujące, że w głowie pojawia się negocjacja: „czy wolno tak bardzo karać, skoro efekt jest tak dopracowany?”. Odpowiedź powinna być prosta – wolno. Krytyka nie jest od tego, żeby wzruszać się papierem. Ale jeśli album ma uczyć patrzenia, to trzeba też uczciwie przyznać: on sam jest lekcją, jak forma potrafi podnieść temperaturę odbioru.

Renesans jako start: wygodne otwarcie, niewygodna luka

Trzeba zaznaczyć, że album zaczyna się od renesansu. Wszystko wcześniejsze zostaje pominięte. To nie jest drobna redakcyjna oszczędność ani „skrót dla początkujących”. To decyzja, która w historii malarstwa ma wagę fundamentu.

Bo renesans, nawet kiedy ma być pierwszym rozdziałem, zwykle stoi na barkach średniowiecza: jego ikonografii, warsztacie, teologicznej wyobraźni, wynalazkach narracyjnych, eksperymentach z przestrzenią i światłem. Gdy ten etap znika, renesans przychodzi jak rewolucja bez prehistorii, jak zapalona żarówka bez kabla. Można tak opowiadać, jasne. Tyle że wtedy czytelnik dostaje początek wygodny, ale poznawczo okrojony.

W albumie, który ma ambicję porządkować „co warto znać”, luka po średniowieczu nie jest estetycznym wyborem, tylko brakującym ogniwem. Co gorsza, to brak, który będzie wracał w głowie czytelnika dokładnie wtedy, gdy album robi to, co robi najlepiej: buduje pewność patrzenia. Bo pewność rodzi się z ciągłości. A tu ciągłość zostaje przecięta na samym starcie. W efekcie renesans jest jednocześnie świetnym wejściem w „język obrazu” i początkiem, który od razu prowokuje sprzeciw: dlaczego akurat tutaj postawiono pierwszą ramę?

Tezy i miejsce na rynku: popularyzacja bez hermetyzmu, selekcja zamiast encyklopedii

Książka pozycjonuje się na rynku nie jako encyklopedia, nie jako katalog, nie jako akademicki podręcznik. To ważne, bo w Polsce wciąż często myli się „popularne” z „gorsze”. A popularyzacja historii sztuki ma własne reguły i własne standardy jakości. Tutaj standardem jest czytelność, estetyka i porządek pojęć, które dają się przenieść do muzeum.

W Trójce Polskiego Radia Maja Michalik mówiła o prymacie reprodukcji nad komentarzem. Cała konstrukcja albumu jest temu podporządkowana: obraz ma prowadzić, tekst ma dopowiadać narzędzia, nie zamykać interpretacji.

Na tle dotychczasowych narracji o sztuce to podejście wpisuje się w szerszy zwrot: od „historii jako listy” do „historii jako zestawu kompetencji patrzenia”. To jest bliskie temu, co robią dobre instytucje muzealne w edukacji. Mniej totalności, więcej świadomej selekcji. Tyle że selekcja ma swoją cenę. I w tym albumie cena jest szczególnie wysoka, bo dotyczy epoki, która nie jest dodatkiem, tylko fundamentem.

Jednocześnie warto oddać sprawiedliwość: pięć rozdziałów obejmuje duży odcinek historii sztuki, a dobór tematów (perspektywa, światło, typy scen, portret, impresjonizm, współczesność) daje czytelnikowi mapę, po której da się iść bez przewodnika. To jest realna wartość dla odbiorcy, który chce „zacząć”, ale nie ma ochoty wchodzić w gęsty, akademicki aparat. Ta książka pokazuje, że można uczyć sztuki w sposób uporządkowany, nie odpychając.

Książka, która zachwyca, ale…

Dawno nie miałam takiego problemu, aby podsumować którąś książkę. Poza ramami. O malarstwie jest publikacją, która działa na dwóch poziomach, a one nie chcą się pogodzić. Na poziomie doświadczenia – wygrywa. Oglądanie jest przyjemnością, układ rozdziałów jest intuicyjny, język jest przystępny, a pojęcia są podawane tak, że czytelnik czuje się mądrzejszy bez poczucia, że ktoś go przepchnął przez wykład. To album, który może naprawdę zachęcić do patrzenia uważniej i wracania do obrazów. I robi to bez sztucznego podkręcania emocji w tekście. Raczej przez jakość reprodukcji i klarowność ram interpretacyjnych.

Na poziomie krytycznym, trochę zgrzyta. Start od renesansu jest decyzją, która buduje wygodną konstrukcję, ale kosztuje ciągłość. Brak średniowiecza nie jest „brakiem rozdziału”, tylko brakiem podstawowego kontekstu dla tego, co album potem tłumaczy. A skoro książka ma być także źródłem porządkującej wiedzy, to ta luka jest problemem merytorycznym, nie tylko „preferencją”. W praktyce oznacza to, że album można kochać jako przedmiot i narzędzie do patrzenia, a jednocześnie mieć do niego uzasadnione pretensje jako do opowieści o historii malarstwa.

Jednak ta książka jest świetna w tym, czym jest. Jest monumentalnym, pięknym, przystępnym albumem o malarstwie od renesansu do współczesności. I problematyczna w tym, czym mogłaby być, gdyby jej rama była szersza. Zachwyt nie kasuje krytyki. Krytyka nie kasuje zachwytu. To nie jest kompromis.

Poza ramami. O malarstwie to album, który potrafi nauczyć patrzenia, zanim zacznie uczyć terminów. Zachwyca formą tak mocno, że krytyka musi się przebijać przez papier, druk i ciężar przedmiotu. A jednak brak średniowiecza zostaje w głowie jak wyrwana strona z opowieści, która miała porządkować całość.


Źródła:

  • “Poza ramami” inspiruje i uczy sztuki. Autorka Maja Michalak w Trójce, Trójka, Polskie Radio [dostęp: 10.01.2026].

Słucham media
Ocena recenzenta: 5/6
Agnieszka Cybulska


Recenzja powstała we współpracy z Poza ramami (Maja Michalik). Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.