Adrian Pogorzelski, Amazonki i ludożercy. Opowieści z Prapolski
Nie każda publikacja o pradziejach potrafi tak skutecznie ożywić kamienie i kości jak książka Amazonki i ludożercy. Opowieści z Prapolski. Adrian Pogorzelski z pasją prowadzi czytelnika przez tysiące lat historii ziem polskich, udowadniając, że nasza przeszłość ma w sobie więcej ognia, niż pokazują szkolne podręczniki.
Nie każda książka o prehistorii potrafi wciągnąć tak, by człowiek zapomniał, że czyta o kimś, kto biegał po Mazowszu czterdzieści tysięcy lat temu. Adrian Pogorzelski tego dokonał – jego Amazonki i ludożercy to nie podręcznik, ale opowieść z mięsem, w której prehistoria nabiera zapachu żywicy, dymu z ogniska i błota pod nogami.
Autor zaczyna bardzo filmowo: od własnego odkrycia w mazowieckim lesie – grobu wandalskiego wojownika z mieczem zwiniętym w spiralę. To wstęp, który błyskawicznie ustawia ton całej książki. Nie będzie suchych dat, nie będzie „okresu halsztackiego w fazie D”. Będzie za to pasja, archeologia z krwi i kości i wiara, że Polska ma przeszłość ciekawszą, niż zwykliśmy sądzić.
Książka prowadzi czytelnika przez tysiące lat, od pierwszych hominidów po Słowian. Każdy rozdział to inny krajobraz i inna epoka – Jura Krakowsko-Częstochowska, Podhale, Mazowsze, Kujawy, Pomorze. Pogorzelski pokazuje, że na tych terenach działy się rzeczy, o których zwykle nie myślimy w kontekście „naszej” historii: rytualne pochówki, megality starsze od egipskich piramid, ślady kanibalizmu, kobiece groby wojowniczek. Brzmi jak tania sensacja? W jego wykonaniu niekoniecznie. To raczej próba przywrócenia polskiej ziemi jej dawnej głębi – i pokazania, że pradzieje też potrafią fascynować.
Styl Pogorzelskiego to czysta popularyzacja. Pisze prosto, tłumaczy każde trudniejsze pojęcie, czasem aż za dokładnie – gdy ktoś po raz trzeci czyta o funkcji fibuli, może mieć ochotę mruknąć: „wiem już, zapinam się!”. Ale taka narracja działa – autor nie stawia barier, nie wymaga archeologicznego wykształcenia, tylko ciekawości świata. Dla laików to ogromny plus.
Nieco gorzej mają się ci, którzy oczekują bardziej naukowego podejścia. Pogorzelski niekiedy popuszcza wodze wyobraźni, a tytuły rozdziałów („Polska Atlantyda”, „Celtowie nad Wisłą”, „Amazonki z Mazowsza”) obiecują więcej niż faktycznie da się dowieść. Sam autor zresztą przyznaje, że nie wszystko jest pewne – i właśnie ta otwartość bywa jego mocną stroną. Gorzej, gdy w przypływie popularyzatorskiego entuzjazmu sięga po porównania, które zgrzytają: „Ślęża – celtycki Olimp” to sformułowanie, które archeolog z krwi i kości raczej by skreślił czerwonym długopisem.
Pogorzelski ma dar obrazowania. Potrafi z kilku zdań zbudować scenę: słoneczne popołudnie nad rzeką, skrzypiące drzewa, ślad stopy człowieka sprzed pół miliona lat. Jednocześnie nie ucieka od szerszej refleksji – o zmianach klimatu, migracjach, cywilizacyjnych katastrofach, które wciąż się powtarzają. Nie zawsze jednak trzyma kurs. W jednym rozdziale płynnie przechodzi od opisu Biskupina do apelu o ochronę środowiska. Pomysł dobry, ale w tym miejscu brzmi jak moralitet w środku filmu akcji. Niektórym się to nie spodoba, innych – zachwyci.
Pod względem warsztatu widać, że autor jest popularyzatorem z doświadczeniem muzealnym – wie, jak opowiadać o eksponatach i jak z suchego faktu zrobić historię. Czasami jednak zbyt chętnie sięga po efektowne uproszczenia. Kiedy pisze o „kanibalizmie nad Wisłą” czy „najstarszym bumerangu świata”, łatwo zapomnieć, że mówimy o interpretacjach archeologicznych, a nie pewnikach.
Najciekawsze są fragmenty, w których autor łączy konkret z emocją: opowieść o dziewczynce pochowanej w jaskini z ptasimi główkami w ustach brzmi jak gotowy scenariusz filmu, a historia odkrycia zbrojnych kobiet na Mazowszu pokazuje, że archeologia to nie tylko łopata i pędzelek, ale i opowieść o ludzkich wyborach, lękach, rytuałach.
Trzeba zaznaczyć: Amazonki i ludożercy to książka popularyzatorska, nie naukowa – i taka ma być. Autor nie udaje profesora, tylko przewodnika. Zdarza mu się przesadzić z metaforą, skrócić, uprościć – ale nie po to, by manipulować, tylko by przyciągnąć uwagę. Jeśli ktoś oczekuje przypisów i akademickiego chłodu, będzie zawiedziony. Jeśli jednak chce poczuć, że pradzieje miały puls, krew i zapach ogniska – dostanie dokładnie to, co obiecuje tytuł.
Warto też zauważyć, że Pogorzelski nie tworzy mitów – on się nimi bawi. Nie twierdzi, że Amazonki naprawdę żyły nad Wisłą, ale pokazuje, że mit może być odbiciem rzeczywistych zjawisk, jak cmentarzyska kobiet-wojowniczek. I to w tej grze między faktem a legendą jest najmocniejszy.
Amazonki i ludożercy to książka, którą można czytać na dwa sposoby: jako lekką, wakacyjną opowieść o pradziejach – albo jako zaproszenie do podróży po Polsce tropem dawnych kultur. Nie jest idealna, bywa zbyt rozgadana, a czasem trochę szkolna w tłumaczeniach. Ale ma serce, pomysł i autentyczną miłość do tematu. A to w literaturze popularnonaukowej niezwykle cenne.
Nie można też pominąć wydania, które jest po prostu przepiękne. Książka ma zgrabny format, nieco ponad 300 stron, ale nie jest ciężka. Twarda oprawa i przykuwająca oko, pomarańczowa okładka z urnami twarzowymi, a w środku wyróżnione ciekawostki, kolorowe ilustracje. Przypisów brak, ale bibliografia jest.
Krótko mówiąc: jeśli chcesz wiedzieć, co kryje się pod naszymi lasami i jeziorami, a nie masz ochoty wertować opasłych tomów archeologii – Pogorzelski jest dobrym przewodnikiem. Trochę gawędziarz, trochę odkrywca, trochę nauczyciel. I nawet jeśli momentami przesadza, to robi to z taką pasją, że trudno się na niego gniewać.
Wydawnictwo Wielka Litera
Ocena recenzenta: 5/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Wielka Litera. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.