Zamach majowy 1926 jak narodziła się decyzja Piłsudskiego i dlaczego przewrót nie był planowany wcześniej

Zamach majowy 1926: jak narodziła się decyzja Piłsudskiego i dlaczego przewrót nie był planowany wcześniej?

Napięcie narastało, ale kierunek wydarzeń długo pozostawał niejasny. Zamach majowy w ujęciu prof. Andrzeja Chwalby nie jawi się jako wcześniej przesądzony scenariusz, lecz jako proces, w którym decyzje dojrzewają wraz z rozwojem sytuacji politycznej. Poniższy fragment książki Maj 1926. Zamach, którego miało nie być pokazuje moment, gdy różne możliwości wciąż pozostają otwarte, a działania Józefa Piłsudskiego nie mają jeszcze jednoznacznego charakteru. Kluczowe okazują się okoliczności, które stopniowo zawężają pole wyboru.

Warszawa w maju 1926 roku żyła codziennością, choć w przestrzeni publicznej narasta napięcie. W kawiarniach toczą się rozmowy o sytuacji politycznej, pojawiają się manifestacje i ulotki, a mieszkańcy próbują odczytać rozwój wydarzeń. Rząd obserwuje nastroje i reaguje na demonstracje, początkowo koncentrując się na działaniach środowisk lewicowych. Dopiero z czasem intensywność wystąpień propiłsudczykowskich zaczyna być interpretowana jako sygnał poważniejszego przesilenia.

Przywołany fragment skupia się na problemie interpretacji zamiarów Józefa Piłsudskiego. W starszej literaturze pojawiały się tezy o wcześniejszych przygotowaniach do zamachu, jednak jak pokazuje autor, brakuje źródeł, które jednoznacznie by je potwierdzały. Z relacji przytaczanych w tekście wynika, że do godzin rannych 12 maja Piłsudski wykluczał zbrojne przejęcie władzy lub przynajmniej chciał wierzyć, że możliwe będzie osiągnięcie celów drogą legalną. Sytuacja uległa zmianie w związku z rozwojem wydarzeń politycznych, w tym powołaniem rządu Wincentego Witosa, które w jego ocenie zamykało lub wydłużało drogę do realizacji zamierzonych celów.

Prolog. 11 maja, wtorek

Od wielu już lat trwa dyskusja na temat tego, jak Piłsudski wyobrażał sobie przejęcie władzy. Trudności z odpowiedzią na to pytanie brały się stąd, że próby rekonstrukcji wizji za machu były podejmowane na podstawie nie zawsze wiary godnych, a poza tym często tylko pojedynczych przekazów źródłowych.

Tekst jest fragmentem najnowszej książki Andrzeja Chwalby, Maj 1926. Zamach, którego miało nie być, która czeka na Ciebie tutaj:

W starszej literaturze historycznej obowiązywał pogląd, że Piłsudski zamierzał przeprowadzić pełno formatową operację militarną z udziałem pułków zgromadzonych w podwarszawskim Rembertowie. Miało się to stać jakoby na mocy rozkazu ministra Żeligowskiego z 18 kwietnia 1926 roku, nakazującego koncentrację wojsk pod dowództwem Piłsudskiego pod pretekstem przeprowadzenia manewrów. Ale takiego rozkazu nie było i być nie mogło.

Trudno sobie wyobrazić prowadzenie manewrów przez osobę prywatną. Poza tym w pierwszych dniach maja na rembertowskim poligonie nie stacjonowały pułki, które można by było kojarzyć z Piłsudskim. Byli natomiast podchorążacy z Warszawy, którzy 12 maja opowiedzieli się przeciwko Marszałkowi.

Co stało u źródeł pojawienia się i trwania tego rodzaju opinii? Po pierwsze, była ona następstwem przekonania, że Piłsudski od dawna przygotowywał zamach zbrojny, i to z udziałem licznego wojska. Niektórzy twierdzili, że miał takie zamiary już w 1923 roku, inni, że decyzję o przewrocie podjął 15 listopada 1925 roku w Sulejówku.

Z tego powodu miał jakoby nadzorować konspirację piłsudczykowską w wojsku oraz powołał tajny sztab polityczny i wojskowy, który miał pracować nad strategią operacji. W istocie nie ma świadectw źródłowych, które by potwierdzały tego typu sądy. Po drugie, sugerowano, że Piłsudski był w zmowie z ministrem Żeligowskim, który miał mu umożliwić realizację jego zamiarów. Żeligowski w literaturze z czasów PRL, ale i późniejszej uchodził za czarny charakter, a skoro tak, to przypisywano mu czyny, których nie popełnił.

Spróbujmy się temu przyjrzeć bliżej. Do godzin rannych 12 maja Piłsudski wykluczał zbrojne przejęcie władzy, a przynajmniej chciał wierzyć, że da się go uniknąć. Droga legalna jako sposób osiągnięcia politycznego celu nie wyda wała się w jego przekonaniu nierealna. Generał Stanisław Skwarczyński twierdził, iż „z rozmów Piłsudskiego z zaufanymi oficerami przed 12 maja wynikało jasno przeświadczenie Marszałka, że sprawa mianowania odpowiedniego rządu, w skład którego zgodziłby się wejść osobiście, da się załatwić legalnie, bez czynnika fizycznej presji”.

Tym, co przechyliło szalę na rzecz wyboru drogi wojskowej, było właśnie powołanie Witosa na premiera. Związany z lewicą Marian Porczyk pisał, że „fakt objęcia władzy przez śmiertelnych wrogów Piłsudskiego oznaczał zamknięcie mu drogi powrotu do armii, jeśli nie na zawsze, to może na dłuższy czas, pozbawienie go wpływu na armię, na tok jej spraw i prac, a poddanie wojska zupełnie pod dyktando prawicy i Piasta”. Opinia ta jest zbieżna ze stanowiskiem Marszałka, które przedstawił już po zamachu.

Ostatnim momentem, który zmusił mnie do decyzji, było utworzenie rządu przypominającego mi bezecnej pamięci rząd, z powodu którego wyszedłem ze służby państwowej, nie chcąc swoim imieniem i służbą popierać ludzi, którzy zdaniem moim brali udział w najcięższej zbrodni doko nanej na Polsce – zabójstwie Prezydenta Rzeczypospolitej Gabriela Narutowicza, mego zresztą osobistego przyjaciela. Bezkarność w tej dziedzinie z góry przesądzała trwanie bezkarności we wszystkich innych dziedzinach

– mówił w wywiadzie z 25 maja 1926 roku w „Kurierze Porannym”.

Po powstaniu gabinetu Witosa rzeczywiście mógł sądzić, że droga do celu się wydłuży, o czym z kolei mówił w wywiadzie z 11 maja. Ponadto mogły spaść na jego zwolenników rozmaitej natury sankcje. Jeszcze 19 kwietnia 1926 roku Grzędziński pisał o niepokoju wśród piłsudczyków na wieść o tym, że powstanie nowa wersja Chjeno-Piasta: „Z nami – będzie zrobiony »porządek«” – podkreślał.

Można było przypuszczać, że ci, którzy ostatnio awansowali na stanowiska dowódcze, mogą je utracić. Pierwsze sygnały już się pojawiły po 10 maja. Z gabinetu ministra spraw wojskowych usunięto pułkownika Bolesława Pierackiego, a Orlicz-Dreszerowi kazano się zameldować we wrogiej piłsudczykom Komendzie Miasta. Komendant czuł się zawsze odpowiedzialny za swoich, jak ojciec rodziny, a jego przyjaciele i sympatycy rysowali mu perspektywę omalże nocy Świętego Bartłomieja, która nastąpi, jak tylko rząd Witosa się umocni.

Niektórzy na wieść o jego po wstaniu obawiali się nocować w swoich mieszkaniach i noc spędzali u znajomych. Żeligowski pisał we wspomnieniach, że „zwycięstwo legalnego Rządu byłoby w danym momencie największym nieszczęściem dla Polski; od ludzi mających w danej chwili władzę nad wojskiem »rządowym« na próżno oczekiwalibyśmy jakiejś wielkoduszności dla zwyciężonych. […] W wypadku zwycięstwa nie zawahaliby się na wytępienie Piłsudczyzny – ołowiem”.

Piłsudski nie mógł pozostać obojętny na wielki ruch społecznego protestu, który się pojawił na wieść o powstaniu rządu. To także motywowało go do działania. Mogło się wydawać, że kolejna dobra okazja tak szybko się nie pojawi, a miał już pięćdziesiąt dziewięć lat. Z jego perspektywy akcja, którą planował, nie wyglądała na ryzykowną.

Miał prawo sądzić, że skoro w przeszłości osiągał sukcesy, to i tym razem też tak będzie, tym bardziej że był pewny, iż żołnierze nie będą strzelać do Naczelnego Wodza, Naczelnika Państwa, Marszałka. Wierzył w swoją wielkość, w swoją gwiazdę, siłę nazwiska.

„Gdyśmy opuszczali 11-go Sulejówek i zapytali Piłsudskiego, czy uderzy rankiem, powiedział – nie, chcę im dać czas, żeby zobaczyli własną bezsilność, i że się porywać przeciwko mnie nie mogą” – miał powiedzieć do Miedzińskiego, który o tym wspomniał w 1957 roku. „Wszystkie relacje wskazują, że był święcie przekonany, że wystarczy mu wejść do Warszawy, by wszystko padło plackiem i by kwiatami obsypany stawić się na zapowiedzianym na wieczór raucie” – komentował Zdanowski 18 maja 1926 roku.

W przeddzień przewrotu majowego Polacy nie żyli perspektywą czegoś nadzwyczajnego. Było tak jak wczoraj, przedwczoraj, jak miesiąc i dwa miesiące wcześniej. Żyli w swoim rytmie i w kręgu codziennych, prywatnych i zawodowych spraw. Jedynie politycy w większych miastach i oficerowie w garnizonach śledzili stołeczne nastroje, w tym dalsze losy rządu Witosa.

Tylko w Warszawie stan podniecenia udzielił się zwykłym ludziom. Już od godzin rannych 11 maja Warszawiacy zbierali się w grupkach i dyskutowali między innymi na temat tego, jak od powie Piłsudski na wycofanie wywiadu. Aktywni byli piłsudczycy z PPS, młodzi robotnicy, strzelcy ze Związku Strzeleckiego, legioniści, peowiacy.

Gromadzili się i wznosili okrzyki potępiające nowy rząd, a chwalące Piłsudskie go. „Nie damy rozkradać Polski”, „Niech żyje Naczelny Wódz Józef Piłsudski”, „Nie damy frymarczyć wojskiem”, „Precz z Chjeno-Witosem”. „Czuć było w powietrzu zbliżające się ważne wydarzenia, machina spiskowa została puszczona w ruch” – wspominał Herman Lieberman. Ale inni odczytywali to inaczej: że lewica mobilizuje ludzi przed masowymi manifestacjami, a może i strajkiem generalnym. „Nad Warszawą zbierała się wiosenna burza” – wspominał Kajetan Dzierżykraj-Morawski.

Na wieść o konfiskacie „Kuriera Porannego” piłsudczycy wpadli w furię. Współorganizowali manifestacje, a także buńczucznie zachowywali się w popularnych lokalach, ta kich jak Ziemiańska, Europejska, Astoria. „Nastrój w kawiarni był w tym dniu wyjątkowo gorący. Dyskutowano przebieg przesilenia w rządzie, […] omawiano ostatnie zmiany personalne w wojsku, usiłowano odgadnąć, co zrobi Marszałek, mówiono o ulotkach, które jakoby krążą po mieście.

Oczekiwano nadzwyczajnych zdarzeń” – pisał pułkownik Kazimierz Sawicki, dowódca 36 Pułku Piechoty (PP). W kawiarniach i cukierniach orkiestry grały My, Pierwsza Brygada, wznoszono okrzyki, tu i ówdzie ostro się spierano i przepychano. Kolportowano antyrządowe ulotki i na gorąco komentowano treść wywiadu. Do kawiarni przybywali licz ni spragnieni świeżych informacji, a choćby i plotek, w tym czołowi piłsudczycy, którzy nie wiedzieli, czy i co się szyku je, co planuje Komendant.

Do Astorii dotarli między inny mi bliscy Marszałkowi Michał Sokolnicki i Leon Wasilewski, „żeby – jak pisał w Dziennikach Wasilewski – tam zaciągnąć języka, bo telefonował Birkenmajer z »Polski Zbrojnej«, że są wiadomości nienadające się do komunikowania telefonicznego”. Sokolnicki widocznie uznał, że nic szczególnego nie może się wydarzyć, i w kolejnym dniu rankiem pojechał do Łodzi, gdzie prowadził wykłady.

11 maja zebrał się gabinet Witosa. Ministrowie dyskutowali o sytuacji w Warszawie, o planowanych demonstracjach antyrządowych, ale nie podjęli decyzji o zastosowaniu nadzwyczajnych środków zapobiegawczych. Minister spraw wewnętrznych Stefan Smólski dostał nawet krótki urlop.

Z kolei minister Malczewski uznał, że powinien reagować na polityczne manifestacje oficerów piłsudczyków, czego robić nie było im wolno, i nakazał aresztować co bar dziej krewkich i krzykliwych, o czym zameldował Witosowi. Akcję tę przeprowadził major Marian Ocetkiewicz, zastęp ca komendanta miasta. Natomiast nie były prawdą plot ki, że trwają przygotowania do aresztowania Piłsudskiego.

Jednocześnie Malczewski zapowiedział wprowadzenie za rządzeń podnoszących poziom bezpieczeństwa w stolicy. Jeszcze w południe 11 maja rząd obawiał się nie tyle akcji ze strony Piłsudskiego, ile antyrządowych demonstracji lewicy. Ale intensywność propiłsudczykowskich manifestacji urządzanych wieczorem 11 maja spowodowała, że skorygowano tę wcześniejszą opinię i zaczęto się doszukiwać uwertury czegoś poważniejszego. „Nowa próba rokoszu przygotowana przez piłsudczyków” – podsumował dzień 11 maja „Kurier Poznański” i była to trafna ocena.


Tekst jest fragmentem najnowszej książki Andrzeja Chwalby, Maj 1926. Zamach, którego miało nie być, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Czarne.

Comments are closed.