Demony średniowiecza. Jak wyobrażano sobie diabła i jego rolę w piekle oraz na ziemi

Demony średniowiecza. Jak wyobrażano sobie diabła i jego rolę w piekle oraz na ziemi?

Strach miał kształt, kolor i bardzo konkretną funkcję. W średniowiecznej wyobraźni demony nie były abstrakcją, lecz realną siłą, która działała tu i teraz: kusiła, pilnowała błędów, a czasem łapała za czubki butów. Zło dostawało twarz – często bardzo dosłowną, czasem groteskową, czasem zaskakująco ludzką.

Średniowieczna kultura wizualna operowała prostym, ale skutecznym kodem: pokazać, zamiast tłumaczyć. Ilustracje w manuskryptach, marginesowe scenki czy kaznodziejskie exempla działały jak szybkie instrukcje obsługi świata. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, co prowadzi do zbawienia, a co kończy się w paszczy piekła.

(…) najwyższy czas na diabły i demony. A mogły one spowodować wiele złego – przynajmniej z perspektywy średniowiecznego Europejczyka.

Diabelskie sztuczki

Słowo „diabeł” pochodzi od greckiego diábolos (διάβολος), co dosłownie tłumaczy się jako „oskarżyciel” lub „oszczerca”. Z kolei wymiennie używane z nim słowo „szatan” wywodzi się z hebrajskiego šatan (‏שטן‎)i oznacza „przeciwnika”. Jest to więc ten, który sprzeciwia się Bogu – upadły anioł, który wzniecił bunt przeciwko Stworzycielowi i przeciągnął na swoją stronę wielu towarzyszy.

Tekst jest fragmentem książki Me(m)diewistyka. Cudownie dziwna sztuka średniowiecza, która czeka na Ciebie tutaj:

Stąd w teologii chrześcijańskiej demonologia jest częścią angelologii, czyli nauki o aniołach (tak, istnieją takie sprecyzowanie -logie!). Przyjmuje się, że istnieje jeden Szatan, czyli diabeł, będący przywódcą złych duchów, które także nazywa się powszechnie diabłami czy demonami. Wiecie skąd się wzięło to ostatnie określenie? W mitologii greckiej funkcjonowało określenie daimon (δαίμων), które oznaczało pomniejsze bóstwo, ducha lub personifikację jakiejś mocy. Chrześcijanie uznawali wszystkie bóstwa poza swoim jednym Bogiem za złe duchy i zaadaptowali to słowo.

W Starym Testamencie diabeł pojawił się między innymi jako wąż kuszący Ewę (o czym za chwilę), ale także jako oskarżyciel testujący wiarę Hioba. W tej części Biblii jest też mowa o złych duchach, duchach niezgody czy o duchach zniszczenia. Nowy Testament nie pozostaje dłużny: ewangeliści i Dzieje Apostolskie bardzo często wspominają o złych duchach (także w kontekście egzorcyzmów). Podobnie Apokalipsa dużo mówi o ostatecznym pokonaniu wszystkich mocy zła.

Czym wedle średniowiecznych zajmowały się diabły? Przede wszystkim wabiły ludzi do grzechu i nakłaniały do nieposłuszeństwa wobec Boga. Chciały, by dusze trafiły po śmierci nie do nieba, lecz do piekła, gdzie zostaną poddawane niekończącym się torturom. Na ilus­tracji w czternastowiecznym modlitewniku możecie dostrzec, jak grupa diabłów wwozi wyrywające się dusze ludzi taczkami do piekielnej paszczy, z której wystają przerażone ludzkie twarze. Na marginesie (i dosłownie na marginesie tekstu) po lewej stronie karty anioł trzyma w chuście małą, nagą postać ze złożonymi rękoma i niesie ją do nieba. To wizerunek zbawionej duszy. Jak widać, niektórym się udało…[1]

Wierzono, że diabeł może podszeptywać złe myśli, a nawet ukazywać się we śnie i wywoływać nocne polucje. Od XIII wieku w tekstach pojawia się postać diabła o imieniu Titivillus (lub Tutivillus), który często przebywał w klasztorach. Nosił wór pełen słów i sylab, których nie wymówili spieszący się mnisi i księża. Zawartość worka stanowiła dowód na ich lenistwo czy chęć spędzenia czasu na rozrywkach, a nie na modlitwie. Piekielny duch był także kozłem ofiarnym skrybów, którzy oskarżali go o błędy popełnione w przepisywanych manuskryptach. Wymówkę możecie przetestować podczas sprawdzianu z polskiego w szkole.

Stefan z Bourbon, dominikanin i jeden z pierwszych kościelnych inkwizytorów, zostawił zbiór krótkich umoralniających historyjek dodawanych do kazań, zwanych exemplami. Często pojawiają się tam postaci oddziałujących na ludzi diabłów. W jednej z nich mowa jest o kobiecie, która poszła wystrojona na tańce, a potem przez trzy dni nie mogła ruszać nogami. Okazało się, że to demon trzymał ją za spiczaste czuby modnego obuwia, i dopiero kiedy je obcięto, diabeł uciekł, a kobieta odzyskała władzę w nogach. Możemy wywnioskować, że zgrzeszyła próżnością, a pozbycie się pięknego dodatku do stroju (długich czubów ciżm) spowodowało odejście kusiciela. Wyobrażam sobie, że czuła taką ulgę jak osoba zdejmująca wysokie szpilki po całonocnym weselu.

Diabeł, jaki jest, każdy widzi?

Przed oczami macie pewnie kły i pazury, skrzydła jak u nietoperza, a także rogi, ptasie nogi lub kozie kopyta. Tak wyobrażano sobie diabła w średniowiecznej Europie. Chcecie zobaczyć jego portret?

Dobrze czytacie – nie wyobrażenie, lecz portret, przynajmniej wedle legendy. W Sztokholmie przechowywany jest rękopis zwany Codex Gigas (Wielka księga). Został wykonany w XIII wieku na terenie Czech i uchodzi za największy średniowieczny manuskrypt zachowany do dzisiaj (zamknięta księga ma wymiary 91 × 50 × 22 cm, waży 75 kg!). Obok tekstu Starego i Nowego Testamentu, traktatów naukowych i medycznych znajdziemy tam właśnie portret diabła (il. wyżej).

Ma formę antropomorficzną (przypomina człowieka), dwie ręce i dwie nogi zakończone czerwonymi szponami. Duża głowa o zielonkawej twarzy, zwieńczona dwoma rogami, wydaje się porośnięta łuską, sugerującą nieprzyjemne, gadzie (może wężowe), powinowactwo. Oczy łypią na nas znad paszczy pełnej ostrych jak brzytwy zębów, spomiędzy których wystają dwa języki – może to nawiązanie do rozdwojonego języka wężów. Stwór ma na biodrach przepaskę, która osłania jego genitalia (jeśli diabły takowe w ogóle mają). Nie wiadomo, czy ma ogon, nie widać też śladów skrzydeł, które pojawiają się w innych przedstawieniach. Może tym razem diabeł nie potrzebował latać?

Legenda głosi, że jeden z mnichów został skazany na zamurowanie żywcem za złamanie reguły zakonnej (stawiam, że chodziło o śluby czystości). Próbował wywinąć się od kary i obiecał, że w ciągu jednej nocy stworzy księgę zawierającą całą wiedzę ludzkości. Jak się domyślacie, po paru godzinach – wedle przekazu koło północy – zorientował się, że to jednak trochę za mało czasu. Popro­sił więc o pomoc diabła, zaprzedając mu swoją duszę. Posłannik piekieł skończył rękopis, a mnich domalował portret uwieczniający swojego pomocnika[2].

Ilustracja z innego manuskryptu przedstawia aż dwanaście portretów diabelskich (il. s. 123). Przerażające szpony, ogony, ptasie dzioby, kły, skrzydła i rogi…, a nawet twarze na nogach, piersiach czy brzuchach. Monstrualny, brzydki wygląd miał symbolizować zło i z grzech – w przeciwieństwie do piękna i harmonii, które kojarzone były z dobrem i moralnością[3]. Każdy stwór trzyma coś w rodzaju pogrzebacza lub innego narzędzia służącego do zadawania cierpienia. Autorzy ilustracji musieli mieć naprawdę bujną wyobraźnię, skoro umieszczali twarze w tak przedziwnych miejscach na ciele – na brzuchach, ramionach, kolanach…

Diabły w sztuce często wyglądały, jakby były posklejane z różnych części, przywodząc na myśl średniowieczną zapowiedź potwora Frankensteina. Określa się to jako hybrydy, czyli połączenia różnych stworzeń. Mitologia grecka szczególnie upodobała sobie hybrydy: minotaury (byk + człowiek), centaury (człowiek + koń) czy gryfy (lew + orzeł). Demon przedstawiany jako połączenie różnych zwierząt to jasny komunikat: jest czymś przeciwko naturze, zaburzeniem porządku bożego, czymś nienormalnym i dziwnym. Miało to wywoływać poczucie grozy i lęku wśród odbiorców. Też bym się przestraszyła, gdyby z nastawy ołtarzowej w kaplicy czy z kart księgi łypał na mnie taki stwór.

Jednocześnie hybrydalne stwory miały również aspekt komiczny. Śmiech przez długi czas był źle postrzegany w Kościele: w kulturze grecko-rzymskiej, w której rodziło się chrześcijaństwo, kojarzony był z szaleństwem, nieobliczalnością lub pijaństwem. Jednak od XII wieku krytyka humoru nieco zelżała. W literaturze czy sztukach wizualnych używano wyolbrzymienia czy absurdalnych połączeń, mających wywołać rozbawienie. Wierzono, że śmiech ma wielką moc, więc wyśmiewanie złej postaci było czymś w rodzaju pomocy dydaktycznej.


[1] W inicjale „D” widzimy z kolei scenę pogrzebu – dwóch duchownych odmawia modlitwę nad trumną zawiniętą w całun. Ilustracja na marginesie pokazuje w pewnym sensie możliwości, jakie stoją przed duszą: w dół, do piekła, albo w górę, do nieba. O śmierci więcej opowiem pod koniec naszej średniowiecznej podróży!

[2] Przeprowadzone badania wskazują, że faktycznie cały ręko­pis jest dziełem jednej osoby. Być może był to mnich nie tyle zamurowany żywcem, ile po prostu mieszkający w odizolowanej celi, gdzie pracował nad swoim życiowym dziełem.

[3] Źródeł związku dobra z pięknem możemy doszukiwać się już u Platona, którego nauki, przekształcone w filozofię neoplatońską, mocno wpłynęły na kształtowanie się doktryny chrześcijańskiej i Kościoła jako instytucji.


Tekst jest fragmentem książki Me(m)diewistyka. Cudownie dziwna sztuka średniowiecza i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak.

Comments are closed.