Madryckie corralas historia sąsiedzkiego życia wraca na ulice

Madryckie corralas: historia sąsiedzkiego życia wraca na ulice

Wieczorne rozmowy na ulicy, krzesła wynoszone przed dom, wspólne jedzenie i sąsiedzkie plotki wracają do centrum hiszpańskiej stolicy. Klaudia Pieszczoch pisze o madryckich corralas oraz akcji „Vecinas a la fresca” i pokazuje, że mieszkańcy Lavapiés próbują odzyskać przestrzeń publiczną wypieraną przez turystykę, rosnące ceny i coraz silniejszą kontrolę miasta. W tle pojawia się historia dawnych madryckich kamienic galeriowych i stylu życia, który przez dekady tworzył rytm lokalnych społeczności.

Wielkie miasta coraz częściej działają jak dobrze naoliwione maszyny do przemieszczania ludzi, pieniędzy i turystów. Coraz trudniej znaleźć w nich miejsca na przypadkową rozmowę, wspólne siedzenie bez celu albo zwykłą obecność sąsiadów. Dawne miejskie rytuały nie znikają jednak całkowicie. Czasem wracają w najmniej spektakularnej formie: przez kilka krzeseł ustawionych na placu, wspólną kolację albo rozmowę przeciągającą się do późnego wieczora.

Kiedy pod koniec maja 2024 roku wchodzę na Plaza de Arturo Barea, roztacza się przede mną niecodzienny widok. Zawsze na murkach siedzą tutaj ludzie, ale dzisiaj na placu są też przyniesione z domów krzesła i koce położone bezpośrednio na bruku, stoliczek z Ikei zastawiony napojami i butelkami z salmorejo oraz obrusy rozścielone na ziemi, a na nich talerze z ziemniaczaną tortillą. Kilkadziesiąt osób rozmawia, pije, podjada i przegląda gazety jak gdyby nigdy nic.

Tekst jest fragmentem książki Wysokie niebo nad Madrytem, która czeka na Ciebie tutaj:

Pytam jedną z dziewczyn, czy zgromadzenie jest spontaniczne, czy może musiały prosić urząd miasta o jakąś zgodę. Obrusza się i mówi, że nie będą się nikogo o nic prosić, plac należy do wszystkich. Szybko tłumaczę, że dla mnie to świetna sprawa, ale pytam z ciekawości, bo to w końcu miejsce publiczne.

– Zastanawiam się, w którym momencie słowo „publiczne” zaczęło znaczyć: zdane na widzimisię władzy – odpowiada, po czym częstuje mnie chipsami.

„Vecinas a la fresca” (Sąsiadki na świeżym powietrzu) to akcja, która zaczęła się od spotkania w barze. Kilka sąsiadek zebrało się i zaczęło wspólnie narzekać na ceny w dzielnicy Lavapiés oraz ogólny kierunek, w jakim ona zmierza. Wspominały stare czasy, kiedy sąsiedzi wychodzili po prostu z własnymi krzesłami tomar la fresca, przewietrzyć się.

Gdy po południu upał trochę odpuszczał, wystawiało się krzesła na ulicę i rozmawiało, nawet w centrum miasta, a w bardziej peryferyjnych dzielnicach można było obierać przy okazji ziemniaki w towarzystwie sąsiadek. Częstowało się innych tym, co się akurat miało w domu, i omawiało dzielnicowe sprawy. I to wszystko za darmo.

Kiedy się to skończyło? Wraz z groźbami wysokich mandatów za blokowanie przestrzeni publicznej? Za takie krzesło na chodniku można bowiem zapłacić nawet kilkaset euro.

Akcja „Vecinas a la fresca” nawiązuje do tamtego zwyczaju. A także do stylu życia w typowych dla Madrytu kamienicach galeriowych zwanych las corralas. Były to budynki z centralnym patio i wspólnymi zewnętrzny mi galeriami, które biegły w poprzek fasad okalających patio i to z nich wchodziło się do mieszkań.

Te długie, często drewniane balkony pełniły funkcję zewnętrznego korytarza, na który wystarczyło wyjść, żeby za mienić z kimś słowo i zobaczyć, co dzieje się na dole. A na dziedzińcu działo się wiele. Bawiły się tam dzieci, a sąsiedzi schodzili się, by zażyć świeżego powietrza, poplotkować albo zrobić pranie. To tam biesiadowali w czasie miejskich fiest, kiedy corralas przyozdabiane były kolorowymi lampionami i otwierane dla przechodniów.

Żyło się w nich „nędznie, ale szczęśliwie”, jak pisał Benito Pérez Galdós. Zaczęto je budować w XVII i XVIII wieku, ale szczyt ich popularności przypada na XIX wiek, kiedy do Madrytu zaczyna napływać ludność z regionów wiejskich i trzeba ulokować jak największą liczbę ludzi na jak najmniejszej przestrzeni.

Architektonicznie corralas wywodzą się od zorganizowanych wokół dziedzińca domów szlacheckich typowych dla Kastylii oraz wiejskich domów z podwórzem. Co ciekawe, w swoim układzie i z nazwy są łudząco podobne do popularnych w okresie hiszpańskiego złotego wieku corrales de comedias, czyli teatrów komediowych ze sceną na dziedzińcu.

Kiedy więc przeglądam katalog wystawy Aquel Madrid [Tamten Madryt] i natrafiam na zrobione w latach trzydziestych XX wieku zdjęcie En la corrala, zdaje mi się, że fotografia przedstawia nie dom galeriowy, ale właśnie teatr ze zgromadzoną na balkonach publicznością.

Obecnie w Madrycie wciąż istnieje około pięciuset tradycyjnych domów galeriowych. Wiele z nich zostało wy remontowanych i wyposażonych w łazienki – wcześniej mieszkańcy dysponowali zwykle jedną wspólną na piętro. Tysiące innych corralas przepadły. Między 1939 a 1970 rokiem, kiedy populacja Madrytu się potroiła, stare corralas burzono w szalonym tempie.

Jednak choć tak niewiele z nich przetrwało, to ich duch wciąż jest obecny. Czuję go, kiedy na balkonach skromnego, ceglanego bloku przy Plaza de Augustín Lara roi się od ludzi wychylających się przez barierki i rozmawiających ze sobą, choć nie dzielą tej samej zewnętrznej galerii.

Akcja „Vecinas a la fresca” może wydawać się naiwna – chodzi w niej przecież tylko o sąsiedzkie spotkanie na placu w porze kolacji – ale przy całej swojej prostocie, a może dzięki niej, ma w sobie coś rewolucyjnego. Nie było tu żadnego wielkiego obmyślania ani planowania. Po prostu bez zbędnych ceregieli parę sąsiadek wprowadziło swój pomysł w życie, a inni się przyłączyli.

W ostatnim czasie dzielnica, która boryka się z wieloma problemami społecznymi, została obstawiona policją. Ale niczego to nie poprawiło. Nadzór nie zrekompensuje instytucjonalnego zaniedbania, po którym lukę usiłują wypełnić stowarzyszenia. Bezpieczeństwo dzielnicy zapewni zaś nie policja na każdym rogu, tylko poznanie swoich sąsiadów. Ale nie jest to łatwe w momencie, kiedy ci są coraz częściej wypychani przez turystów.

„Chcą nas mieć uprażone i rozproszone. Będziemy więc przewietrzone i zjednoczone” – oznajmiają sąsiadki.

Może tertulia zanika w swojej tradycyjnej formie, ponieważ dzisiaj rozmowa zwyczajnie nie powinna się toczyć w kawiarniach. Może w ogóle nie powinna się toczyć jako coś odrębnego, oderwanego od działania czy doświadczania. Albo od roboty. A co, jeśli się okaże, że aby doszło do prawdziwej rozmowy, trzeba najpierw zakasać rękawy?

Prawdę mówiąc, zawsze najbardziej lubiłam ten tryb spędzania czasu z innymi: kiedy się wspólnie coś robi. W dzieciństwie złościłam się na babcię, gdy wynajdywała mi w wakacje kolejne zajęcia: zrywanie porzeczek i agrestu, obieranie fasolki szparagowej, ko panie ziemniaków, drylowanie wiśni. „Zaproś koleżanki, to szybciej skończysz” – radziła.

Ponieważ nie miałam innego wyjścia, tak właśnie robiłam. I dziwnym trafem podczas tej wspólnej roboty przydarzały się najdziksze rozmowy i pomysły. Między krzakami malin, w ich monotonnym zrywaniu z wiaderkiem na szyi, otwierała się często jakaś inna przestrzeń. Uruchamiała się wyobraźnia, wyostrzały zmysły. To tam, pośród ukłuć, słodkiego zapachu i pozornej nudy, miała dla mnie swój początek rozmowa, która trwa dalej.


Tekst jest fragmentem książki Wysokie niebo nad Madrytem i powstał we współpracy z Wydawnictwem Czarne.

Comments are closed.