Paulina Szymalak-Bugajska, Malczewski. Zbliżenia
Malczewski. Zbliżenia to album, który od pierwszych stron bardzo jasno komunikuje, że nie chodzi w nim o „ładne reprodukcje”, tylko o naukę patrzenia. Paulina Szymalak-Bugajska traktuje obrazy Malczewskiego tak, jak one same traktują widza: wymagają skupienia, wolnego tempa, gotowości na to, że pierwszy odruch będzie mylący. Stąd tytuł – zbliżenia. Chodzi o dosłowne zbliżenie oka do płótna, ale też o zbliżenie do samego artysty i jego czasów.
Konstrukcja książki jest prosta i bardzo czytelna: chronologia + bloki tematyczne. Spis treści układa się w opowieść od „Początków”, przez „Kraków, Paryż, Radom”, „Poezję i Sybir”, „Motywy ludowe”, „Symbolizm”, „Małżeństwo”, „Obrazy śmierci. Thanatos”, „Maria Balowa. Miłość”, „Mali modele”, „Pejzaże”, „Portrety”, „Autoportrety”, „Lata wojny” aż po „Niepodległość. Nowe czasy”. To nie jest suchy katalog – cała droga artysty zostaje podzielona na wątki, które da się czytać jak osobne rozdziały biografii.
Na otwarcie dostajemy sceny bardzo dalekie od „poważnego symbolisty”: chłopięcą kopię „Stańczyka” Matejki, szkice, wczesne portrety. Autorka przypomina, że dwunastoletni Jacek zaczyna od kopiowania mistrzów i że nie wszystko od razu jest idealne – proporcje się rozjeżdżają, kręgosłup modelki ma za dużo kręgów, światłocień raz wygrywa, raz przegrywa. To od razu ustawia ton książki: Malczewski nie jest tu pomnikiem z brązu, tylko człowiekiem, który mozolnie dochodzi do własnego języka.
Później album wciąga nas w kolejne fazy: pobyt w Paryżu, formowanie się stylu, zakopiańskie przyjaźnie z Witkiewiczem, relacje z mecenasami – przede wszystkim Edwardem Raczyńskim – i wreszcie czas wojen, Sybiru, niepodległości. Każdy rozdział otwiera krótki wstęp, a dalej idą konkretne obrazy z obszernymi opisami.
Widać, że Szymalak-Bugajska naprawdę miała do dyspozycji całą polską Malczewszczyznę: dzieła z największych muzeów, ale też prace z prywatnych kolekcji, w tym te, które dopiero co robiły rekordy na aukcjach. Duży format i świetny druk robią swoje – można wreszcie zobaczyć to, co zwykle ginie na małych reprodukcjach: fakturę, drganie koloru, drobne przesunięcia pędzla.
Autorka – historyk sztuki, który tłumaczy, zamiast recytować
Paulina Szymalak-Bugajska jest historykiem sztuki, ale nie ciąży jej na piórze seminarium doktorskie. Pisze w sposób, który w recenzjach słusznie nazwano „modelowym szablonem opisu dzieła”: najpierw bardzo konkretny opis tego, co widać, potem analiza, na końcu tło biograficzne i historyczne.
W portrecie Edwarda Aleksandra Raczyńskiego najpierw widzimy więc jego czarny surdut, książkę, pincenez, lekko zmarszczone czoło i dłonie, dopiero potem wjeżdża w tle rozpasany korowód bachantek i faunów. Autorka rozdziela te dwa plany, pokazuje, że bez mitologicznego tła mielibyśmy po prostu eleganckiego arystokratę zaczytanego w lekturze, a z nim – napięcie między sterylnym światem intelektualnej lektury a pulsującą, zmysłową naturą. Taki sposób prowadzenia opisu wraca w całej książce.
W tekstach o portretach – od Witkiewicza po Kossaka – Szymalak-Bugajska krok po kroku demontuje obraz na elementy: gest rąk, kierunek spojrzenia, układ tła, fragment pejzażu, obecność bądź brak mitologicznego „sztafażu”. Ale nie zatrzymuje się na poziomie katalogowego „widzimy tu kobietę, która…”. Zawsze stara się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego właśnie tak? Co ta poza, ten rekwizyt, ten kawałek górskiego krajobrazu robią w kontekście życiorysu portretowanego i samego Malczewskiego?
Jej styl ma jeszcze dwie ważne cechy. Po pierwsze, jest przystępny. Zakłada, że czytelnik może mieć „ignorancję i zaledwie intuicyjność w zakresie sztuki”, więc nie wstydzi się tłumaczyć oczywistości: co oznacza oset, dlaczego Bellona a nie „jakaś naga z mieczem”, skąd wzięła się moda na portret z mitologicznym anturażem. Po drugie, nie jest bezkrytyczny. Autorka potrafi wprost napisać, że tułów modelki jest za długi, że artysta „może wyjść zwycięsko, ale może również polec” w starciu ze światłocieniem. W albumowej literaturze, która często liże artystę po rękach, to naprawdę odświeżające.
Portret jako teatr, autoportret jako manifest, symbolizm jako język realności
Choć książka nie jest rozprawą naukową z rozpisanymi punktami, dość wyraźnie wyłania się z niej kilka tez.
Pierwsza dotyczy portretu. Szymalak-Bugajska konsekwentnie pokazuje, że u Malczewskiego portret nie jest „podobizną”, tylko sceną teatralną. W przytoczonym we fragmencie omówieniu portretów podkreśla, że obok twarzy zawsze działają sztafaż, rekwizyty, pejzaż czy wnętrze – i to one dopowiadają sens: zawód modela, jego wybory, konflikty wewnętrzne. P
ortrety Raczyńskiego, Witkiewicza czy Kossaka nie istnieją bez bachantek, Bellony, chochołów, górskiego tła czy odjeżdżającego pociągu. Malczewski wciąga więc swoich bohaterów w mitologiczno-symboliczny teatr, a autorka pokazuje, jak ten teatr czytać.
Druga teza dotyczy autoportretów. W rozdziale „Autoportrety” i w analizie „Autoportretu z kwiatem ostu” artysta nie jest już tylko „wielkim symbolem narodu”, ale człowiekiem, który obsesyjnie sprawdza siebie w kolejnych rolach. Autoportret z ostem Szymalak-Bugajska czyta jako manifest: dumny, wyprostowany malarz w czerwonym kaftanie, oświetlony jak reflektorem, z monoklem na piersi, na tle pracowni, z drabiną schowaną w mroku.
Oset w dłoni i na głowie muzy to połączenie triumfu z męczeństwem – sukces okupiony bólem. Autorka nie boi się nazwać tego wprost: Malczewski wie, że jest mistrzem, ale jednocześnie pamięta cenę, jaką zapłacił. To bardzo współczesne odczytanie, bliższe psychologii niż pomnikowej hagiografii.
Trzecia teza: symbolizm Malczewskiego nie jest ucieczką od rzeczywistości, tylko jego własnym sposobem mówienia o Polsce i o sobie. W rozdziałach poświęconych motywom ludowym, Sybirowi, wojnie, niepodległości autorka prowadzi czytelnika od „Żniwiarki” po „Melancholię”, „Błędne koło” czy „Niedzielę w kopalni”, pokazując, jak gęsto te obrazy są naszpikowane odniesieniami do realnych lęków i doświadczeń epoki: nastrojów społecznych, traumy zaborów, wygnania, biedy, choroby. Motywy śmierci, Thanatosa, chochołów, rusałek nie są estetycznym gadżetem – przekładają na język malarstwa to, czym żyło pokolenie artysty.
W tle przewija się jeszcze jedna, mniej deklaratywna teza: Malczewski zapisuje całe swoje życie na płótnach – od wypalającego małżeństwa i ciężaru utrzymania rodziny, przez odżycie u boku Marii Balowej, aż po choroby i „złe myśli”. Album pokazuje to, o czym współczesne badania nad artystą mówią od lat: że prywatne doświadczenie, erotyka, kryzysy psychiczne są w jego obrazach równie ważne jak patriotyczna misja. Szymalak-Bugajska nie idzie w modny skandal czy psychoanalizę na siłę, ale wyraźnie przesuwa akcent: z „narodowego wieszcza” na człowieka wplątanego w historię.
Na tle wcześniejszych narracji i badań
W literaturze o Malczewskim dominowały dotąd dwie linie: poważne opracowania naukowe, operujące aparatem historii sztuki, oraz katalogi wystaw, których główną zaletą były reprodukcje. „Malczewski. Zbliżenia” stoi między tymi światami. Z jednej strony respektuje ustalenia badaczy: Malczewski jako czołowy symbolista, malarz niepodległości, artysta zakorzeniony w romantycznej poezji i ludowości, mocno związany z krakowskim środowiskiem. Z drugiej – dokłada perspektywę „czytelnika, który chce wiedzieć więcej”, ale nie będzie przebijał się przez przypisy.
W porównaniu z wcześniejszymi narracjami album mocniej akcentuje kilka rzeczy. Po pierwsze, relacje z mecenasami i przyjaciółmi. Portrety Raczyńskiego, Witkiewicza, Kossaka czy całego towarzystwa artystycznego przestają być ilustracją do biografii, a stają się kluczem do zrozumienia, jak działał rynek sztuki, mecenat, środowiskowe napięcia.
Po drugie, duży nacisk pada na rolę kobiet – sióstr, żony, muz, przede wszystkim Marii Balowej – w życiu i twórczości artysty. To dobrze koresponduje z dzisiejszymi trendami w historii sztuki, które wyciągają z cienia „kobiece figury” wokół wielkich twórców. Po trzecie, album wpisuje Malczewskiego w szerszą opowieść o polskiej pamięci: Sybir, powstania, wojny, emigracja, nostalgia za pejzażem, ludowość jako magazyn symboli – to wszystko jest opowiedziane jasno i bez martyrologicznego zadęcia.
Jednocześnie Szymalak-Bugajska nie robi z książki pola bitwy z innymi interpretacjami. Nie prowadzi ostrego sporu z wcześniejszymi badaniami, raczej wykorzystuje je jako zaplecze, z którego bierze to, co potrzebne do opowiedzenia historii dla szerokiego odbiorcy. Dla zawodowego historyka sztuki może to być wada – brak rozwiniętej dyskusji, niewiele przypisów, ograniczona bibliografia na końcu – ale dla czytelnika spoza branży to raczej zaleta.
Malczewski. Zbliżenia – ocena
Największą siłą „Malczewskiego. Zbliżeń” jest konsekwencja koncepcji. Seria z założenia ma „przybliżać” twórców, a tu to „przybliżenie” jest dosłowne: duży format, świetne reprodukcje, setka obrazów wybranych tak, by pokazać pełny wachlarz – od szkiców i małych portretów po wielkie kompozycje. Autorka nie gubi się w tej obfitości, trzyma się chronologii, a jednocześnie tematycznych węzłów, dzięki czemu można album czytać od początku do końca albo otwierać w dowolnym miejscu i traktować każdy rozdział jak osobną mikro-opowieść.
Drugi plus to styl pisania: konkretny, bez patosu, z próbą „przetłumaczenia” symbolicznego języka Malczewskiego na normalny ludzki język. Widać, że Szymalak-Bugajska lubi tę sztukę, ale nie robi z niej religii. Potrafi zachwycić się „hipnotyzującym spojrzeniem” Witkiewicza czy monumentalnością autoportretu z ostem, a za chwilę spokojnie pokazać, gdzie młody Malczewski jeszcze sobie nie radzi. To buduje zaufanie.
Trzeci atut to połączenie warstwy biograficznej z analizą dzieł. Album nie rozbija się na dwa światy – życia prywatnego i obrazów – tylko cały czas pokazuje, jak jedno przenika drugie: małżeństwo, romans, choroby, przyjaźnie, decyzje polityczne, Sybir, wojna, niepodległość – wszystko wraca w ikonografii.
Sto prac Malczewskiego przy jego dorobku to zawsze za mało. Rozdział o autoportretach prosi się o osobną książkę; wątki erotyczne i religijne tylko muśnięte, choć to pola, na których współczesne badania są bardzo żywe. Aparat naukowy jest skromny – jeśli ktoś szuka bibliografii do doktoratu, dostanie raczej punkt wyjścia niż gotową mapę. Momentami powtarza się też schemat opisu: opis – analiza – tło, który przy lekturze „ciągiem” może zacząć brzmieć jak dobrze naoliwiona maszyna.
„Malczewski. Zbliżenia” to album, który robi dwie rzeczy naraz: spełnia wszystkie oczekiwania miłośnika pięknych książek o sztuce i jednocześnie realnie podnosi poziom kompetencji odbiorcy. Po lekturze trudno już patrzeć na obrazy Malczewskiego „po łebkach” – widzi się więcej, rozumie się więcej, ma się ochotę wrócić do muzeum i sprawdzić, co jeszcze umknęło. I o to w takim albumie chodzi.
Wydawnictwo Arkady
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Arkady. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.