W obozie liczyła się każda garść mąki, każdy gest i każdy człowiek, który potrafił zaryzykować więcej, niż nakazywał rozsądek. W tle zbrodni katyńskiej pojawia się scena cicha, niemal domowa: wypiek komunikantów, konspiracja, dziecko przemykające między barakami. Opowieść o Janinie Lewandowskiej i Władziu odsłania mikroświat solidarności, w którym wiara i odwaga miały bardzo konkretny, materialny kształt.
W relacjach obozowych często powracają obrazy głodu, chłodu i bezradności. Rzadziej pojawiają się opisy improwizowanych działań, które wymagały logistyki, zaufania i współpracy wielu osób.
Konspiracja i mąka – historia komunikantów z Kozielska
W tym też czasie Janina – po rozmowach z księdzem Janem – zajmowała się wypiekaniem obozowych komunikantów. Zobaczyła przygotowywanie wigilijnych opłatków, przyniesionych przez podchorążego Peszkowskiego, i już wiedziała, że to możliwe, choć niezbyt proste.
Tekst jest fragmentem książki LOTNICZKA. Opowieść o Janinie Lewandowskiej, która czeka na Ciebie tutaj:
Wymagało dobrej organizacji, odwagi, ale też po prostu szczęścia, bo wszystko musiało dziać się w tajemnicy przed strażnikami. Albo też odbywać w czasie dyżuru najmniej „sierioznego” strażnika, czyli patrzącego przez palce na poczynania młodej „awiatrisy” – jak mawiali o niej między sobą Rosjanie.
Okazało się, że w obozowej kuchni pracują w miarę przyjaźni ludzie. Przynajmniej można od nich, w tajemnicy przed władzami obozowymi, otrzymać pszenną mąkę. Po pewnym czasie Janina doskonale już się orientowała, kiedy ma szansę w miarę bezpiecznie przedostać się do kuchni. Obeznana z realiami obozowymi, wiedziała też, komu może zaufać i kto jest w stanie odrobinę mąki przynieść bliżej Bristolu. Zwykle byli to zaufani koledzy – dorośli jeńcy. Ale nie tylko…
Dziecko wśród jeńców – historia Władzia
Do tego przedsięwzięcia doskonale nadawał się mały Władzio, o którym opowiadał ksiądz Jan. Nieduży chłopiec, bystry, z jasnymi włosami okalającymi niegdyś pyzatą, a teraz chudą buzię, był oczkiem w głowie nie tylko swojego ojca, ale i jeńców, szczególnie ze swojego bloku. Ojciec, nauczyciel gimnazjum, a jednocześnie oficer rezerwy, od kilku lat był już wdowcem.
Małego Władzia wychowywał sam. Gdy rozpoczęła się wojna, poszedł walczyć. Jednak syn tęsknił i bał się o ojca. Uciekł więc od opiekującej się nim ciotki i szukał taty tak długo, aż znalazł. Dołączył do niego chwilę przed radziecką napaścią. Dzień później oddział ojca został otoczony. Tak więc wspólnie, ojciec i syn, szczęśliwi, że są razem, i nieszczęśliwi, że w niewoli, dostali się do Kozielska…
– Pani lotniczko, to ja dziś pójdę do kuchni, jak się trochę ściemni, po południu.
Rozmawiali na zewnątrz Bristolu, tuż przy głównej obozowej drodze. Mały był rezolutny i dawał się lubić. Nawet i sowieccy strażnicy mieli do niego jakąś słabość i wiele spraw uchodziło mu na sucho.
– Mówiłam ci, że mam na imię Janina. – Uśmiechnęła się. – Władziu, uważaj tylko na siebie… – Patrzyła na chłopca ciepło, z czułością, o którą wcześniej nigdy by siebie nie podejrzewała.
Jak Sowieci mogli pastwić się nad takim dzieckiem? Jak mogli go tu więzić, głodzić i pozwalać, by mały cierpiał katusze z dorosłymi? Janinie takie bestialstwo nie mieściło się w głowie. Dlatego gdy tylko mogła, bo sama akurat otrzymała przydział, dzieliła się z Władziem cukrem i chlebem.
Jak długo ten biedny chłopiec będzie musiał się żywić podłą grochówką czy wstrętną słoną rybą? Patrzyła też z trwogą na jego ubranie: dziecko było okutane we wszystko, co ojcu udało się zdobyć i przerobić.
Przecież gdy obaj zostali aresztowani, mały miał na sobie jedynie szkolny mundurek z krótkimi spodenkami i jasne skarpety. Ten mundurek zresztą cały czas nosił, okryty jednak czymś w rodzaju długiej kurtki, zręcznie i z wyczuciem uszytej z koca. Ojciec pożyczoną igłą i zakupioną za ostatnie ruble nicią uszył mu też prymitywną czapę, proste rękawice i coś w rodzaju ochraniaczy na chude jak szczapy nogi. Dobrze, że choć tego starego, wełnianego koca starczyło.
Okiem dokumentalisty. Dzieci – ofiary zbrodni katyńskiej
Czy Władzio istniał naprawdę? Czy w Kozielsku przebywali nieletni jeńcy? Niestety tak. Lecz o tej dramatycznej prawdzie do niedawna nie mówiło się i nie pisało. Nawet obecnie w licznych tekstach omawiających rozmaite aspekty zbrodni katyńskiej rzadko się wspomina, że jej ofiarami byli także małoletni: głównie kilkunastoletni chłopcy, ale i młodsze dzieci. Chłopcy – gimnazjaliści, wielu oddanych krajowi harcerzy, chcieli na miarę swoich sił i umiejętności pomóc ojcom w zmaganiach z wrogiem. Jednym udało się potem wrócić do domów, innym nie. Wielu zostało więc aresztowanych przez Sowietów wraz z ojcami.
—
Zgodnie z wytycznymi władz sowieckich z obozów rozdzielczych niektórzy z nich trafiali potem do obozów specjalnych NKWD. Ilu ich było dokładnie? Tego nie wiadomo i zapewne nigdy się nie poznamy konkretnej liczby, bowiem nie wszyscy byli wpisywani na sowieckie listy i ewidencjonowani.
Z ustalonej dotąd grupy sześćdziesięciorga pięciorga uwięzionych dzieci w wieku od ośmiu do siedemnastu lat większość została zwolniona. I większość, niestety, po zwolnieniu albo zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, albo została potem wywieziona z rodzinami, na przykład na Syberię.
Dotąd też nie został ustalony los wszystkich takich osób. Jednym z młodszych dzieci jeńców był na przykład ośmioletni Feliks Mastalerz, który przebywał w Ostaszkowie, a następnie trafił do domu dziecka i jego późniejsze losy są nieznane.
Natomiast Staś Ozimek trafił wraz z ojcem z obozu NKWD w Kozielsku do Ostaszkowa. Być może to o jego ostatnich chwilach przed rozstrzelaniem mówi wstrząsający zapis wspomnień szefa NKWD w Kalininie Dmitrija Tokariewa: „[…] był bez nakrycia głowy. Wszedł i uśmiechnął się, tak, chłopiec, zupełny chłopiec”.
Mocnym dowodem i pamiątką cierpienia dzieci w obozach specjalnych jest praca, która powstała w Kozielsku, autorstwa więźnia – podporucznika Stanisława Westwalewicza (1906–1997). Ten absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych cudem uniknął rozstrzelania w Lesie Katyńskim.
Do końca sierpnia 1941 przebywał w obozie w Griazowcu. Potem dołączył do II Korpusu i przeszedł szlak bojowy. W Kozielsku tworzył. Jedna z jego prac, która przetrwała do dziś, znalazła się w zbiorach Muzeum Katyńskiego: wśród dorosłych jeńców wyraźnie widać i małego chłopca, który trzyma za rękę najprawdopodobniej ojca…
A Władzio? Chłopiec o tym imieniu rzeczywiście przebywał w Kozielsku, prawdopodobnie dostał się tam wraz ze swoim ojcem. Niewykluczone, że syn i ojciec nazywali się Pączyńscy i nosili to samo imię. Ojciec był nauczycielem w gimnazjum w Białymstoku. W mundurze podporucznika dostał się do niewoli sowieckiej. Był wdowcem.
Gdy poszedł w 1939 walczyć, syn mógł do niego dołączyć, a wtedy obaj trafili do niewoli sowieckiej i po rozmaitych perypetiach znaleźli się w obozie kozielskim. Władysław ojciec został wywieziony z obozu w dniach 15–17 kwietnia 1940 roku i rozstrzelany między 17 a 19 kwietnia 1940.
Pozostaje jednak pytanie, czy występujący na liście małoletnich więźniów obozu w Kozielsku Władysław Pączyński był synem starszego Władysława czy to tylko zbieżność nazwisk. Wiadomo, że dorosłego jeńca o tym imieniu i nazwisku zamordowano w Katyniu. Nie wiadomo natomiast, co się stało z chłopcem. Być może to właśnie jego ciało zostało znalezione wraz ze szczątkami Janiny.
Papierośnica i ogień. Historia obozowej matrycy
Gdy Janina miała już mąkę, potrzeba było jeszcze wody i menażki. Metodą prób i błędów nauczyła się łączyć składniki w idealnych proporcjach, by po upieczeniu komunikant był cienki i kruchy.
Ale jak upiec lejące się ciasto bez pieca i w warunkach obozowych?
Uczyła się tego jakiś czas, cierpliwie. Najpierw próbowała robić to bezpośrednio na rozgrzanej do czerwoności kozie – ale cienkie placki szybko się paliły. Grubsze natomiast przypominały rzeczoną już macę. Próbowała więc wylewać cienką warstwę ciasta na dno menażki, naczynie ustawiać na piecyku, ale efekt końcowy też nie był zadowalający.
W końcu któryś z oficerów, obserwując jej zmagania i chcąc pomóc, przyniósł starą metalową papierośnicę. Inny jeniec, który posiadał jakieś prymitywne, ale działające narzędzia, wyklepał papierośnicę niemal na płasko. Osobno spłaszczył dno i osobno wieczko. W ten sposób powstała obozowa matryca do komunikantów.
Okazało się, że gdy wlało się do jej środka warstwę ciasta i delikatnie je wyrównało, a następnie papierośnicę zamknęło i postawiło na piecyku, po kilku chwilach ciasto się ładnie ścinało. Jeszcze chwilę łagodnie się piekło, ale nie paliło.
Powstawał w końcu cieniutki jasny placek, który po wystudzeniu i podzieleniu na niewielkie części nadawał się do spożycia. Ksiądz Jan cieszył się, że oto może konsekrować komunikanty w zgodzie przepisami liturgicznymi, czyli z mąki niekwaszonej. Jeśli natomiast komunikantów brakło, bo chętnych do modlitwy i tajnych Eucharystii przybywało, nadal konsekrował zwykłe cząstki obozowego chleba.
Tekst jest fragmentem książki LOTNICZKA. Opowieść o Janinie Lewandowskiej i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
Fot. Janina Dowbor Muśnicka w młodości, Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie
