Wojna się skończyła, ale poczucie bezpieczeństwa nie wróciło. Powojenna Polska przypominała kraj zawieszony między nadzieją a strachem, a polityczna niepewność po 1945 roku przenikała codzienne decyzje, rozmowy i życiowe wybory milionów ludzi. Nikt nie potrafił przewidzieć, czy nowa rzeczywistość okaże się chwilowym etapem, czy początkiem całkowitej przebudowy państwa i społeczeństwa.
Czasem największy lęk rodzi się wtedy, gdy człowiek przestaje rozumieć zasady świata wokół siebie. W pierwszych latach po II wojnie światowej Polacy funkcjonowali właśnie w takim stanie zbiorowego zawieszenia. Zniszczony kraj próbował wracać do życia, miasta podnosiły się z ruin, uruchamiano szkoły, urzędy i kolej, ale równocześnie coraz mocniej narastało pytanie o prawdziwy charakter nowej władzy. Granica między odbudową a podporządkowaniem stawała się coraz mniej czytelna. Marcin Zaremba w książce Wielka Trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys pokazuje społeczeństwo zmęczone wojną, pełne plotek, sprzecznych sygnałów i politycznych domysłów, które próbowało odnaleźć się w świecie bez jasnych odpowiedzi.
To może ta niepewność jest najgorsza, jak zmora dławi cały świat. Co się wyłoni, jakie nowe formy? Czy lepsze? Czy długi chaos? Czy potem słońce dla ludzkości, spokój, praca radosna, poczucie pewności egzystencji swojej i bliskich? Tego tak bardzo brak. Wiem, na pewno wiem, że zło nie może trwać wiecznie, bo wtedy świat by zaginął, ale jak długo trwać będzie epoka niepewności, kształtowania się? Taka najczarniejsza epoka przejściowa, a my wszak w niej żyjemy, i w dodatku indywidualnie i zbiorowo rozszczepieni, pełni wahań, niepewności. (…) ciężar nie pewności gniecie wszystko.
Powyższy fragment z listu Jadwigi Wróblewskiej, warszawskiej nauczyciel ki, wysłanego w marcu 1948 r. do syna mieszkającego w Anglii, jak żaden inny pasuje na rozpoczęcie tych rozważań. „Epoka niepewności” trwała już dziewięć lat.
Tekst jest fragmentem książki Wielka trwoga, która czeka na Ciebie tutaj:
Jej nowy etap wyznaczyło wyzwolenie kraju przez Armię Czerwoną i w konsekwencji zainstalowanie się w nim komunistycznej władzy. Związana z tym niepewność co do przyszłości „gniotła” bez mała wszystkich. Ktoś zamieszkały w województwie poznańskim pisał zaraz po wyzwoleniu:
Chociaż wyczekiwaliśmy tego, to znaczy się wolności i wyglądaliśmy tego dnia i doczekaliśmy się, ale każdy jest jeszcze bardziej przygnębiony jak przed tym, wszyscy się czegoś boją i również różnie gadają.
Ludzie „gadali” i pytali. Bez przesady można powiedzieć, że nigdy w naj nowszej historii Polski nie zdarzyło się, by na tak wiele ważkich pytań nie znano odpowiedzi. Począwszy od ustrojowych: czy czeka nas rewolucja komunistyczna i zmiana ustroju? Czy Polsce zostanie narzucona radziecka kultura polityczna z nachalną indoktrynacją i rządami monopartii? Czy wprowadzą kolektywizację? Czy polska granica będzie na Bugu i Sanie, czy też zostanie po stare mu?9 Po usiłujące odgadnąć bieżące intencje głównych graczy: do czego zmierza Stalin? Jakie plany mają Anglosasi? Jak daleko posuną się rodzimi komuniści?
W ówczesnych rachubach wydawało się również kluczowe rozstrzygnięcie, czy z Zachodu wróci polskie wojsko, z Andersem na czele. Były również kwestie czysto praktyczne. Jeśli traktujemy rządzących jako nowych okupantów, to czy powinniśmy włączyć się w inicjowany przez nich ruch odbudowy? Gdzie koń czy się działanie dla dobra wspólnego, a zaczyna kolaboracja? Krystyna Kersten zwracała uwagę, że w kręgu tych problemów tworzyła się powojenna świadomość Polaków.
Problem polegał na tym, że na te pytania elity państwa pod ziemnego i rządu w Londynie nie podsuwały jasnej odpowiedzi. Zasadniczo, z jednej strony, zgadzano się, że odbudowa kraju, wprawienie w ruch gospodarki, rozpoczęcie działalności instytucji oświatowych i kulturalnych stanowi nakaz chwili. Z drugiej strony, akces polityczny na rzecz nowego reżimu oraz praca w jego instytucjach strachu miały stanowić dowód na przejście na stronę wroga.
Ale jak to w życiu bywa, nie wszystko dawało się rozstrzygnąć za pomocą prostych recept. Co mieli bowiem zrobić sędziowie, dziennikarze, urzędnicy miejscy? Albo żołnierze regularnej armii, którzy nie zdezerterowali, albo czy milicjanci, którzy nie opuścili swoich posterunków, mieli niejako automatycznie zostać narodowymi zdrajcami? Autorzy raportu Delegatury Rządu przyznawali w styczniu 1945 r.: „W społeczeństwie patriotycznie i niepodległościowo nastawionym panuje ogólne przygnębienie z powodu braku wyraźnych wskazówek i wiadomości z zagranicy”.
Upraszczając rzecz, można powiedzieć, że wytworzyły się dwie opinie: jedna fatalistyczna, wieszcząca sowietyzację Polski, druga optymistyczna, oparta na wierze zwiększającej poczucie tymczasowości, że to po prostu nie może tak się skończyć, że musi dojść do jakiegoś niekorzystnego dla komunistów rozstrzygnięcia. Głosy, że Polskę czeka jakaś nowa forma okupacji, bynajmniej nie były rzadkie. Mieszkaniec Bydgoszczy tak oceniał sytuację w początkach marca 1945 r.:
Jeden ciężki okres jest poza nami, jesteśmy pod okupacją sowiecką przykrytą figowym listkiem lubelskim. Czeka nas ciężki okres odchodu Sowietów, z[e] związaną z tem wojną domową (…). Międzynarodowe położenie Polski zwycięskiej jest gorsze niż zwyciężonych Niemiec lub Japonii. Terror, ograbienie, (…) wykrwawienie, ogołocenie z ludności, szczególnie z inteligencji, wyławianie [niejasne – M.Z.] walu ty różnej przez rabunkowe przeliczenia, wstrzymanie komunikacji kolejowej i pocztowej, to są drogi do chaosu i początki komunizmu, jako prowadzące do osłabienia Polski na pokolenia.
Po okresie „pierwszego chaosu” świat przedstawiony nie jawił się jednak jednoznacznie negatywnie, nie przypominał Związku Radzieckiego z lat wielkiej czystki. Ideologiczne więzy nie krępowały jeszcze życia kulturalnego, które tuż po wojnie dynamicznie się rozwijało. W rocznicę bitwy pod Monte Cassino czy śmierci gen. Władysława Sikorskiego w prasie ukazywały się okolicznościowe artykuły.
Związki z Zachodem ciągle wydawały się bardzo silne. Po Warszawie jeździły dwupoziomowe autobusy, dar Londynu. W niewielkim odstępie czasowym kraj odwiedziło kilku amerykańskich polityków: we wrześniu 1945 r. gen. Dwight Eisenhower, w marcu 1946 r. były prezydent Stanów Zjednoczonych Herbert Hoover, w sierpniu 1946 r. szef UNRRA i były burmistrz Nowego Jorku Fiorello La Guardia.
Także rządząca PPR nie zachowywała się na podobieństwo bolszewickiej tłuszczy z czasów wojny 1920 roku. Narodowy kamuflaż polskich komunistów, ich deklaracje i zapewnienia, że u nas będzie inaczej, że pójdziemy „polską drogą”, zaciemniały obraz, utrudniały odpowiedź na pytania o los kraju.
Manifest PKWN – jak wiadomo, ogłoszony w lipcu 1944 r. – zapowiadał pięcioprzymiotnikowe wybory, deklarował „uroczyście” przywrócenie wszystkich swobód demokratycznych, wolność zrzeszania się w partiach politycznych, związkach zawodowych, wolność prasy.
Później, do połowy 1947 r. i ogłoszenia „bitwy o handel”, rządząca PPR nie konkretyzowała, jak ma wyglądać Polska za dziesięć lat, poza gomułkowskim stwierdzeniem: „chcemy rządu silnej ręki”, i deklaracja mi, że „reakcja” musi zostać zniszczona.
Pamiętajmy, że na powojennym placu boju pozostała Polska B, konserwatywna i tradycyjna, gorzej wykształcona, przy wiązana do Kościoła, wiejska. Część przeżywała wewnętrzne napięcie. Było to rozdarcie pomiędzy akceptacją populistycznych obietnic nowej władzy o Polsce Ludowej a przywiązaniem do tradycyjnych wartości. Dlatego najwyraźniej zda jąc sobie sprawę ze społecznych rozterek i obaw, usiłowano je rozwiać.
Gomułka zaprzeczał konieczności rewolucji i podkreślał: „W warunkach demokracji ludowej (…) jest całkowicie możliwa droga ewolucyjnych przemian społecznych i ewolucyjnego przechodzenia do ustroju socjalistycznego”.
„Otóż w 1945 roku – zanotował Czesław Miłosz po latach – nie było żadnych danych, które by mogły uzasadnić emigrację jako akt polityczny, chyba że ktoś nie chciał rozumować trzeźwo”. Mylił się. Realizowana od samego początku polityka terroru oraz wiedza o realiach życia w ZSRR nakazywały czujność, której Miłoszowi zabrakło.
Atmosferę tymczasowości pogłębiały portrety Stalina i jego marszałków, czerwone flagi, którymi dekorowano radzieckie komendantury wojskowe, czasami również miejskie place i skwery. Czytelnik ówczesnej prasy pepeerowskiej bez trudu znajdował w niej wzmianki o konieczności pro wadzenia „walki klasowej aż do pełnego zwycięstwa”.
Nikt do końca nie wie dział, czy ta rzekomo „łagodna rewolucja” – jak chciał Jerzy Borejsza – nie za mieni się w brutalniejszą, czy – jak głosiła przed wojną KKP – Polska nie stanie się XVII republiką ZSRR, czy nie dojdzie do ogólnonarodowej krwawej zemsty na komunistach, o czym śniło wielu niezłomnych z AK i NSZ. W konsekwencji Polacy żyli w stanie zbiorowego zawieszenia, tymczasowości pomiędzy wojną i okupacją a czym…? Polska – ale jaka?!
Te rozterki i niepokoje dobrze wyraził mieszkaniec Wesołej koło Warszawy w liście wysłanym 13 września 1945 r.:
Polskę mamy niepodległą, ale dużo u nas jest obcego elementu, pod którego batutą musimy grać. A przecież obiecywano nam nie wtrącać się do naszego ustroju wewnętrznego. Ale teraz nastąpiły dziwne lata i dziwne obyczaje, że co innego się mówi, a co innego się robi i koniec końców nie wiemy, czy jesteśmy krajem nie podległym, czy też nie.
W sytuacji, która wydaje się mało czytelna, instynkt nakazuje ostrożność. Lepiej przyczaić się, przeczekać, zobaczyć, jak zachowają się inni, zebrać informacje, by na ich podstawie wyrobić sobie pogląd na sprawę. Podobnie zachowali się Polacy w nowej, powojennej rzeczywistości. Zwłaszcza w pierwszym roku po wyzwoleniu dominowała wśród nich postawa wyczekiwania.
Zbierali informacje, omawiali je w kręgu najbliższych, często przy samogonie, które go – jak pamiętamy – pili ciągle bardzo dużo. Patrzyli też, jak zachowają się „przywódcy stada” – elity kulturalne i naukowe, polityczni liderzy. Ze szczególną uwagą śledzili sygnały wysyłane z obozu komunistycznego.
Na ich podstawie kształtowała się zbiorowa opinia, czy mamy do czynienia z „bolszewicką zarazą” czy tylko ze swojego rodzaju – jak byśmy dziś powiedzieli – „wrogim prze jęciem”, a może realizacją przedwojennych marzeń o państwie sprawiedliwości społecznej. Niektórzy nie potrafili tych sygnałów odczytać i czuli się zagubieni, wahali się „kupić, nie kupić”. Istniała obiektywna przyczyna tych rozterek, brak leninowskiego wskazania „co robić?” ze stron przetrzebionych i ciągle z premedytacją niszczonych krajowych środowisk opiniotwórczych.
Natomiast siła głosu „londyńczyków” malała nie tylko z powodu ich niemożności wpływania na losy kraju, ale także zwyczajnej fizycznej nieobecności. Dlatego większość Polaków najzupełniej spontanicznie uznała, że najlepszą strategią jest przeczekać i w nic się nie angażować. Takie mniej więcej było przesłanie listu napisanego w początkach kwietnia 1945 r. przez matkę do syna będącego w wojsku:
Boże, za co tam biedować, za co krew przelewać, ojcowie i synowie a sieroty się zostają i tu i tam, bo my nie w domu i nie ma naszej ojczyzny tylko Polska komunistyczna. Ale cóż zrobimy, musimy cierpieć i czekać.
W podobnym duchu pisał ktoś z przedwojennej elity, być może osoba wywodząca się z ziemiaństwa. Wiara, że karta jeszcze się odwróci, nakazywała czekać.
Wydana została przez Tymczasowy Rząd Narodowy parcelacja majątków i chłop ma teraz zostać paniczem. Mam jednak nadzieję, że po ukończeniu wojny, dużo się jeszcze w tej sprawie zmieni, więc musimy jeszcze „odczekać”. Gazetki kupuję, by być w ciągłości tych zarządzeń poinformowanym.
Czekali inteligenci. Leon Chajn, wówczas zastępca kierownika resortu sprawiedliwości, odbył wiele rozmów z lubelskimi prawnikami, żaden jednak nie chciał pracować dla PKWN. „Sytuacja wyglądała niemal beznadziejnie” – wspominał Chajn.
Zatrudnieni w końcu dwaj prawnicy powiedzieli mu, że „od czasu, gdy zaczęli pracować w PKWN, wszyscy się od nich odwrócili, nikt z nimi nie chce rozmawiać, nikt nie chce się witać, koledzy i znajomi bojkotują ich towarzysko. Jeden nawet wyznał mi, że jego żona bez przerwy płacze, bo znajome i przyjaciółki nie chcą jej znać, a rodzina nie wpuszcza jej do mieszkania”. Powołanie w grudniu 1944 r. Rządu Tymczasowego w miejsce PKWN usankcjonowało stan tymczasowości.
Czekali także chłopi, choć w ich wypadku zadziałała również tradycyjna chłopska nieufność. Wielu odmawiało przyjęcia ziemi w ramach reformy rolnej, bojąc się konsekwencji ewentualnej zmiany politycznej. W jednym z raportów podziemia z Pomorza przytoczona została następująca opinia: „Rząd obecny jest rządem tymczasowym, a więc wszystkie jego zarządzenia są tymczasowe. Gdy przyjdzie właściwy rząd – odbierze nam tę ziemię, a nasza chłopska praca pójdzie na marne”.
W świetle badań Łukasza Kamińskiego w niektórych regionach kraju ruch zwracania przyznanej już ziemi stał się masowy. W Wielkopolsce do 1 października 1945 r. zwrócono (lub odmówiono przyjęcia) 47,2 proc. aktów nadania ziemi, na Pomorzu w niektórych powiatach odsetek ten sięgnął 80 proc. Czy możemy zatem te dane traktować jako wskaźnik poczucia tym czasowości?
Nie do końca, ponieważ w grę mogło również wchodzić poczucie lojalności wobec dawnych właścicieli. A w innych regionach, gdzie chłopi chętniej brali ziemię, jej głód okazywał się silniejszy od lęku. Nikt nie przeprowadził wówczas sondażu preferencji politycznych, nie zapytał o społeczne nastroje i obawy. Gdyby się jednak ktoś odważył na takie badanie, zapewne większość pytanych podpisałaby się pod zdaniem, które konfident UB usłyszał w lutym 1945 r. od „kobiety z ludu”: „Mogą się odbywać różne zjazdy i konferencje [chodziło o konferencję w Jałcie – M.Z.], ale z tym rządem nikt się nie zgodzi”.
Tekst jest fragmentem książki Wielka Trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont.
