Ludzie tańczą, reflektory samochodów świecą na mokrą szosę, a nad plażą w Strandhill zapada wieczór wolnej Irlandii. Tylko Eneas McNulty płacze, bo noc, po której musi uciekać z domu nie przynosi mu żadnego zwycięstwa. Wie, że nie może zostać w Sligo, choć właśnie tam zostawia rodzinne strony, ojca, matkę i własne miejsce w świecie.
Stoi ubrany we frak i płacze. Stoi na plaży w Strandhill, gdzie ojciec zrealizował swoje wielkie marzenie i postawił skromną blaszaną tancbudę nad rozhuśtanym morzem. Słynne są tamtejsze kapryśne fale, nieraz tak spienione i wysokie, że rodzice trzymają dzieci pod kluczem, jakby po okolicy grasowały wygłodniałe lwy. Popołudniem zerwał się potężny wicher znad niegdyś tak dobrze mu znanego Atlantyku, a teraz morskie oblicze rozprostowało się, naznaczone pojedynczymi zmarszczkami minionego afektu.
Słońce wyciąga długie ramiona niczym hinduski bożek, promienie kładą się na drzemiących falach złotą ścieżką, roztaczając bogactwo, jakiego Eneas nigdy wcześniej nie widział. Stoi w swoim fraku i płacze. Spełniła się przepowiednia Jonna. Wolność. Światło sączące się z okien sali do tańca muska wilgotną szosę, przy której zaparkowały zwaliste Fordy i mikre Austiny. Reflektory aut pozostawiono włączone, aby ułatwić odnalezienie drogi przybywającym pieszo.
W półmroku łagodna bryza podwiewa kobietom spódnice i delikatnie mierzwi ich fryzury; mężczyźni krótkie włosy nasmarowali brylantyną, jakby mieli się za Jankesów. Słońce tymczasem robi kilka ostatnich, chwiejnych kroków i osuwa się pod widnokrąg, a niebo zachodzi czerwienią, inną jednak niż czerwień wschodu, rozlaną gładko, sięgającą aż po ołowiane brzuchy chmur, odbitą w krągłych błotnikach Fordów.
Eneasa dobiega śmiech ludzi stojących przy automobilach, on jednak w dalszym ciągu wypatruje słońca, pojął o nim jakąś prawdę, tak mu się zdaje, i chociaż z każdą chwilą robi się coraz ciemniej, on nie może zostać w Sligo, jeśli mu życie miłe. Nie dlatego, że we własnym mniemaniu uczynił coś godnego pożałowania, lecz dlatego, że tamci nigdy by mu grzechów nie odpuścili, ci mężczyźni tańczący ze swoimi dziewczynami, gdyby wiedzieli o jego rzekomych występkach, a wnet pewnie się dowiedzą. O’Dowd rozpowie o tym wszystkim, on może teraz robić co zechce i być kim zechce.
Tekst jest fragmentem książki Przypadki Eneasa McNulty’ego, która czeka na Ciebie tutaj:
Albowiem oto nadszedł wiekopomny dzień wolności – niepodległej Irlandii. Niewiele czasu pozostało Eneasowi, człowiekowi winnemu, acz bez winy. Tańce tak się na dechach wąskiej tancbudy rozhulały, że stukot obcasów niesie się echem po plaży jak uderzenia bębna. Chciałby dać się porwać temu szaleństwu, wbrew wszystkiemu. Pamięta, jak Młody Tom wykłócał się z matką, która nie chciała go puszczać na tańce.
A Młody Tom rwie się między dziewczyny i do ojca, jego melodie na estradzie grać. Lecz matczyne słowo prawem, zatrzymuje go w domu, na John Street. Eneas pragnąłby mieć kłopoty równie błahe jak surowość rodzicielskich przykazań. Gdyby tylko wszystko było tak proste. Inne są jednak życzenia młodych mężczyzn stłoczonych na sali do tańca, osłoniętej od słonej bryzy fałdami blachy.
Tamtych młodych mężczyzn i ich wybranek, podekscytowanych zapewne wieściami z Londynu, zebranych tłumnie w noc pozornego zwycięstwa, przejętych owym nietykalnym, niestabilnym, nieodgadnionym wręcz poczuciem swobody, bo oto Collins, dziarsko wkroczywszy na scenę historii, wydarł Brytyjczykom coś, czego ci strzegli zazdrośnie od niepamiętnych czasów.
Od przeszło siedmiuset lat, twierdzą niektórzy, i nawet jeśli gdzieniegdzie podnoszą się niemrawe głosy niezadowolenia z zawartego traktatu, w serca wniknął tej nocy eliksir wolności, złączywszy je w nagłym przypływie swobody. A przecież nic się nie zmieniło, tylko słowa, ani ziarnko piasku, ani księżyc, który wnet usadowi się na zgliszczach zmierzchu. Wolność to cudowny trunek dla młodego ducha.
Z zasnutych ciemnością ulic miasta, może stamtąd, na pewno stamtąd, słychać skargi donośniejsze, bardziej stanowcze, rozgoryczone pomruki i krzyki wzburzenia wywołane nadejściem czegoś dalece mocniej natarczywego niż wolność: poczuciem zranienia i zdradzenia.
Natomiast tu, w skromnym królestwie młodości, Eneas dobrze rozumie te rozbuchane celebracje. Powszechne podniecenie znać w gestach, jakimi pozdrawiają się nowi goście, stając w rozświetlonych wrotach ojcowego przybytku. Sam czuje się jak szpicel ukryty pod osłoną nocy. On jeden płacze. Na wieść o wolnej Irlandii nie znajduje w sobie ni szczęścia, ni żalu. Nie dla niego ta wieść, nie jemu ruszyć w stronę świateł z pieśnią wolności na ustach, nie jemu uśmiechem raczyć rodaków i rodaczki. Nie jest mu to pisane, wie o tym.
Zostały mu łzy. Podejrzewa, że w całym kraju więcej jest takich jak on, ludzi zlęknionych, chłopców z tej czy innej czarnej listy. Ujrzawszy popełniane okropieństwa, doświadczywszy ich, na własne oczy zobaczywszy mordowanie człowieka i straciwszy przyjaciela, jak ma pozostać w miejscu, które może nazwać domem? Zapyta Viv, czy nie zechciałaby mu towarzyszyć.
Jemu przeznaczona jest dola wiecznego tułacza, który w rodzinne strony nigdy nie wróci, jedynie obcym będzie o nich rzewnie opowiadał. Nie ujrzy więcej Sligo, nie weźmie w objęcia małej ojczyzny, nie nacieszy oczu widokiem jej słońc złocistych i krwistych, nie usłyszy śmiechu tych tancerzy i tancerek, dla jego ojca wartych po trzy szylingi za parę – partner płaci, partnerka wchodzi za darmo. Eneas płacze, a na wilgotnych od łez policzkach zbiera mu się sól, nawiewana, jak sądzi, z morskich bałwanów.
Pójdzie jednak tej nocy na tańce, zatraci się wśród rozhulanych ciał, a potem spakuje manatki i wyjedzie, by odtąd wieść żywot wędrowca. Matka musi zrozumieć, że on innego wyjścia nie ma. Ojcu przez pewien czas może być trudno się pozbierać, lecz tak melodyjnego człowieka żadna zgryzota nie trzyma się długo. Nie, to nieprawda, zaraz do niego dociera, kolejna myśl zadaje kłam poprzedniej: ojciec zatopi się w głębokim, głębokim smutku.
Natomiast ci ludzie, jego rówieśnicy i rówieśniczki w dziejach, dopuszczą go do siebie, bo tej nocy wolność wzięła ich z zaskoczenia, nie wiedzą jeszcze, czym ona pachnie. Eneas postradał miłość własnego narodu, może zatem winien nazywać się wyrzutkiem, powsinogą, a nie wędrowcem. Wędrowiec to postać romantyczna, jak z westernu puszczanego w Gaiety albo Savoyu.
Po takim seansie może człowieka najść ochota, by zostać wędrowcem, kiedy wraca się Wine Street albo obchodzi opactwo, zależnie od kinoteatru, a w głowie wciąż wirują obrazy rewolwerów dymiących tajemniczo. Jezusie, ale pójść do Gaiety w piątkowy wieczór, chodnikiem w szpalerze równo przyciętych żywopłotów, to jednak przednia rozrywka. Jeszcze tylko jakaś uczciwa robota dla wypełnienia czasu i czegóż więcej chcieć?
Domyśla się, że garstka pokrewnych mu dusz, zbłąkanych i drżących, ukrywa się po domach, nie mając odwagi przywdziać fraka i przyjść na tańce, w odróżnieniu od niego. Ale to przecież sala jego ojca, przywiózł go tu samochód Jacka, jego własnego brata, Eneas dostał więc glejt do tego piaszczystego przedsionka nieba. Taka nocna przejażdżka automobilem Forda to podróż zaiste magiczna, gdy snopy świateł omiatają szosę, a woń metalu i perfum unosi się pod brezentem dachu.
Jego siostra Teasy spędziła ostatnie dwa tygodnie na klęczkach w swojej sypialni, modląc się za Collinsa, pertraktując w jego imieniu, i to w wieku ilu lat? Dwunastu? Naprawdę ma już tyle? Doprowadzała go tym do szewskiej pasji, ale też na swój sposób fascynowała, tą swoją osobliwą pobożnością wymieszaną z uwielbieniem dla człowieka, którego nigdy nie spotkała ani nie widziała.
A Chrystusem to ten Collins bynajmniej nie był, tysiące morderstw miał na sumieniu. Eneas znał dokładne liczby, boć jeszcze za łapsa obserwował, jak rosną z dnia na dzień, tygodnia na tydzień w policyjnych raportach. Na służbie zwoził kolejne trupy i próbował ustalać przyczyny zgonów, przyszło mu też ściągnąć na posterunek ciała kilku kompanów, przeważnie wioskowych i małomiasteczkowych chłopaków jemu podobnych. W głowie Teasy wszystko to splątało się z butwiejącymi obrazami w katedrze, złotem na ołtarzu i haftami na ornatach księży.
Eneas obstaje przy swoim: miał prawo pracować, pobierać pensję, przykładać się do wykonywanych obowiązków, choćby i policyjnych. W tajni swego serca uważa, że wykazał się odwagą, wybierając taki właśnie fach. Tli się w nim jeszcze nadzieja, że był dobrym policjantem. Ale wie też, jak głupie są to myśli. I po cóż było to wszystko, jakiż z tego pożytek teraz, gdy rzecz się dokonała? Dla niego żaden. A tym bardziej dla zabitych. Może nie dało się temu zaradzić. Może jego łzy płyną z powodu, którego on sam nazwać nie potrafi. Może skrywają dumę, przekorę, miłość. Setki razy to sobie powtarzał, przywoływał te słowa z zapamiętałością, z jaką księżyc rozbija fale o brzeg.
Viv idzie w jego stronę ubrana w niebieską sukienkę, tę samą, którą tego popołudnia pokazała mu w Café Cairo. Z Damaszku – tak mu chyba powiedziała, odwijając cieniutki papier i pokazując delikatny wzór. Miał w sobie coś ze skrzydeł błękitnika, tak mu się kojarzył, więc radośnie oznajmił, oświadczył niejako, że to wspaniała sukienka, i nie było w tym przesady. Dostała ją u Finana za dwadzieścia trzy szylingi, jeśli go pamięć nie myli, okazyjną ceną nazwać tego nie można.
Jego matka zawsze psioczy na Finanów, bo to żydowska rodzina, i gdyby kto ją o zdanie pytał, to ona nie zawaha się powiedzieć, choćby mieli ją od chrześcijanek zwymyślać, że to Żydzi ukrzyżowali Jezusa Chrystusa w dawnych, rzymskich czasach, każdy jeden przyłożył do tego rękę. Eneas żeglował z Żydami angielskimi i portugalskimi, spotykał ich w portach i chyba ich romantyzował przez tę ich inność, odróżniali się bowiem od reszty ludzi, jak Amerykanie. Żyd w towarzystwie tych sakramenckich gojów nie może tracić czujności, rzecz wiadoma, bo tego pożałuje, o ile prędzej nie padnie z nożem wbitym w plecy. Finan prowadzi najlepszy sklep w mieście, ceny u niego nie na matczyną kieszeń, atmosfera skądinąd też dla niej nieodpowiednia i stąd bierze się ta jej stara śpiewka.
Próżno szukać u Finana okazji, jest za to jakość. Kupują u niego Midletoni i pozostali protestanci ulokowani po rezydencjach noszących pyszne miana. Thronhille, Rathedmondzi, Merville’e, Ardmore’owie, Forthille… Matka nie znosi ich wszystkich, jak i ich obyczajów. W jej oczach protestanci to czarty rogate. Ale jeśli istotnie wyrosły im rogi, to zwykli przykrywać je wspaniałymi kapeluszami. Dla równowagi zdarzają się oczywiście upadli protestanci bez ziemi, bez pieniędzy, bez wyszukanych słów. Trudno o dziwniejszy widok, jak świat długi i szeroki.
Tekst jest fragmentem książki Przypadki Eneasa McNulty’ego, Sebastian Barry, tłum. Dawid Czech, Wydawnictwo ArtRage.
Fot. poglądowa, Strandhill Beach, hrabstwo Sligo
