Zbrodnia katyńska wciąż nie jest zamknięta. Dlaczego prawda o Katyniu nadal uderza w Rosję

Zbrodnia katyńska wciąż nie jest zamknięta. Dlaczego prawda o Katyniu nadal uderza w Rosję?

Katyń od lat wraca w polskiej debacie, bo sprawa nigdy nie została naprawdę zamknięta. Zbrodnia katyńska oznacza mord na polskich jeńcach, ale także kłamstwo państwowe, grę Moskwy z Warszawą i odmowę pełnego wskazania odpowiedzialnych. W rozmowie z Andrzejem Brzezieckim prof. Grzegorz Motyka wyjaśnia, dlaczego prawda o Katyniu nadal uderza w politykę.

Andrzej Brzeziecki: Z wszystkich problemów historycznych między Polską a Rosją zbrodnia katyńska wciąż chyba jest tym najważniejszym, z którym polityka jest związana od początku III RP. Zarówno jeśli idzie o relację z Rosją, jak i wewnętrzną debatę. Rozmawiając jesienią 1989 roku w Moskwie z Michaiłem Gorbaczowem, pierwszy niekomunistyczny premier Polski Tadeusz Mazowiecki poświęcił sprawie Katynia wiele czasu. Zresztą podczas pobytu w Związku Radzieckim udał się do Katynia. Mija już czwarta dekada od upadku komunizmu, a sprawa ta wciąż nie jest zamknięta. Dlaczego tak się dzieje? Nie była to największa zbrodnia komunistów.

Grzegorz Motyka: A jednak jej znaczenie wykracza poza Polskę. Przypomnijmy: na początku 1940 roku, na podstawie uchwały Biura Politycznego WKP(b), w ZSRS wymordowano ponad dwadzieścia tysięcy Polaków, głównie wziętych do niewoli oficerów Wojska Polskiego. To była jedna z największych zbrodni dokonanych na jeńcach wojennych w czasie II wojny światowej. W decyzji o mordzie zapisano, że „wszyscy oni są zatwardziałymi, nierokującymi poprawy wrogami władzy sowieckiej”.

Dzisiejsi spadkobiercy Związku Sowieckiego nie chcą potępiać zbrodni komunizmu, także tych dokonanych w dużej mierze na obywatelach radzieckiego imperium. Gdyby udało się ich skłonić do uszanowania polskich postulatów w sprawie zbrodni katyńskiej i potępienia jej sprawców, byłby to argument w dyskusji o rozliczeniu się z ofiar komunizmu w samym ZSRS. Wyjaśnienie zbrodni katyńskiej byłoby też ważne dla innych narodów ZSRS, zachęcałoby je bowiem do odważniejszego mówienia o tym, co wycierpiały w czasach sowieckich. Myślę, że nie doceniliśmy tego potencjalnie międzynarodowego znaczenia zbrodni katyńskiej.

Co można było zrobić lepiej?

Możliwe, że w dyskusji z Rosjanami byliśmy zbyt polskocentryczni. Prezentowaliśmy Katyń jako problem polsko -rosyjski, a mogliśmy go przedstawiać jako zderzenie totalitarnej władzy z prawami człowieka – taki przekaz łatwiej dotarłby do Rosjan. Trudno jednak nie być polonocentrycznym przy zbrodni takiej jak katyńska.

O tym, że Katyń trzeba wyjaśnić, zaczęli myśleć jeszcze komuniści. U schyłku PRL powołano partyjną komisję pod przewodnictwem profesora Jaremy Maciszewskiego, która miała zająć się komunistycznymi zbrodniami. Maciszewski mówił wówczas w „Polityce”, że „zbliżamy się do prawdy”, a praca komisji ma służyć przyszłości i przyjaźni polsko-radzieckiej. Z tym że komisja miała do dyspozycji jedynie polskie i zachodnie materiały, bo Moskwa swoimi się nie dzieliła.

Tekst jest fragmentem książki Gry pamięcią, która czeka na Ciebie tutaj:

Polscy komuniści mieli świadomość, że sprawa Katynia jest dla nich obciążeniem, bo wiedza, że to zbrodnia sowiecka, była dość powszechna. Trzeba było być bardzo naiwnym członkiem PZPR, aby wierzyć, że to Niemcy mordowali polskich oficerów, a takie było oficjalne stanowisko partii w tej sprawie. Kłamstwo katyńskie stanowiło kamień węgielny PRL i trudno było z niego zrezygnować. Bohdan Czeszko w powieści Pokolenie, pokazującej wojenne losy rodzącej się Polskiej Partii Robotniczej, wkłada w usta starego komunisty frazę, która formalnie obowiązywała jeszcze w czasach Jaruzelskiego: jak ktoś mówi, że w Katyniu nie zabijali Niemcy, tylko Sowieci, to od razu wiesz, że to twój wróg.

Komuniści zabrali się do białych plam, bo tracili monopol na władzę. Potem o historii zaczęła mówić legalna opozycja, mająca już swych posłów i senatorów. Gdy jesienią 1989 roku do Moskwy pojechał premier Tadeusz Mazowiecki i zaczął przekonywać Gorbaczowa, że bez wyjaśnienia sprawy Katynia nie ma mowy o wy prostowaniu stosunków na linii Warszawa–Moskwa, ten kluczył, twierdząc, że w Lesie Katyńskim mogą być też ciała Rosjan i że to nie jest tylko problem Polski, ale ogólnego ujawnienia prawdy o zbrodniach.

Mazowiecki nabrał potem przekonania, że Gorbaczow chciał kwestię Katynia załatwiać z Jaruzelskim, aby go wzmocnić w oczach Polaków. I rzeczywiście, gdy w 1990 roku generał prezydent pojawił się w Moskwie, Gorbaczow przekazał mu pewne dokumenty wskazujące na winę Stalina i spółki.

Ale jesienią 1989 roku Mazowieckiemu udało się wywalczyć tylko emisję filmu o Katyniu w rosyjskiej telewizji, w której po raz pierwszy wspomniano, że mogła to być zbrodnia stalinowska i że obok obowiązującej wersji jest jeszcze druga.

Rzeczywiście, Gorbaczow nie chciał, moim zdaniem, ujawniać skali zbrodni komunistycznych. To Jelcyn wymusił większe rozliczenia z komunizmem, kierując się zresztą prostą kalkulacją zniszczenia KPZR.

W kwestii Katynia zaś chyba najwięcej – zważywszy na oko liczności – zrobiło stowarzyszenie Memoriał z Aleksandrem Gurianowem na czele. Ci historycy faktycznie chcieli ujawnić zbrodnie Stalina, dlatego wzięli sprawę Katynia na sztandar. Memoriał prowadził badania i publikował ich wyniki, które pokazywały całą architekturę tej zbrodni. To naprawdę były przełomowe działania. Dziś wydaje nam się, że prawda o Katyniu zawsze była znana, jedynie zabroniona, tymczasem przed 1989 rokiem, a także wiele lat później, Polacy poza samym hasłem „Katyń” niewiele wiedzieli. Choć pamiętali o zbrodni i czcili jej ofiary, fakty znali tylko w ogólnym zarysie. Stąd wielką wagę miały badania Jędrzeja Tucholskiego, Wojciecha Materskiego i wielu innych badaczy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Pozwoliły one Polakom lepiej poznać to, co się wydarzyło. Z kolei odkrycie miejsc straceń i pochówków oraz skompletowanie listy ofiar miały duże znaczenie dla rodzin za mordowanych oficerów. Warto tutaj zaznaczyć, że pod słowem „Katyń” kryją się także inne miejsca kaźni, takie jak Bykownia pod Kijowem czy Kuropaty po Mińskiem.

Co jest wciąż problemem dla Rosji w przypadku Katynia?

Chodzi przede wszystkim o nazwiska sprawców, znamy tylko niektóre z nich. Ukrywanie prawdy o wykonujących po słusznie zbrodnicze rozkazy służy zaś temu, by inni otrzymujący kontrowersyjne polecenia dziś się nie zawahali.

Rosjanie, ale również niektórzy Polacy, w tym profesor Andrzej Romanowski, podnoszą, że polska strona niepotrzebnie upiera się przy nazywaniu Katynia ludobójstwem, bo to była zbrodnia wojen na.

Cóż, Romanowski napisał też, że Polacy w odróżnieniu od Rosjan nie potrafią krytycznie patrzeć na swoją historię… Bardziej przemawia do mnie stanowisko prawnika profesora Witolda Kuleszy. Zacznijmy od definicji. W polskiej debacie publicznej często używa się terminu „ludobójstwo” (fachowo należałoby powiedzieć genocyd) w znaczeniu potocznym, określając w ten sposób prawie każde zabijanie niewinnych ludzi. Tymczasem termin ten, wymyślony przez prawnika Rafała Lemkina, oznacza intencjonalną i zamierzoną fizyczną eksterminację całych grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, które uważa się za wrogie. Witold Kulesza zwrócił zaś uwagę, że zbrodnia katyńska nie dotyczy samych rozstrzelanych oficerów. Objęła ona bowiem również całe rodziny rozstrzelanych, które w trakcie trzeciej fali deportacji, w czerwcu 1940 roku, wywieziono w głąb ZSRS. Kulesza wykazał zatem co najmniej prawdopodobną chęć zniszczenia części polskiej grupy narodowej.

Ponadto w polskim prawie definicja ludobójstwa obejmuje też zbrodnie mające charakter likwidacji grup społecznych. Chodzi o artykuł 3 ustawy o IPN. Prokuratorzy, szczególnie zobowiązani do przestrzegania litery prawa, ewidentnie mają tu związane ręce i nie mogą zaklasyfikować tej zbrodni inaczej.

Ale czy inne państwa muszą się przejmować polskim prawem?

W 2012 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, na wniosek Polski, zajął się sprawą mordu katyńskiego i w wydanym orzeczeniu uznał go za „popełnioną przez władze ZSRR zbrodnię wojenną”.

Z tego wynika, że nie muszą… Może w tym wszystkim chodzi o polityczną grę z Warszawą, bo póki kwestia Katynia nie będzie rozwiązana, Polacy ciągle będą petentami wobec Moskwy i zakładnikami przeszłości.

Z pewnością Rosjanie przyjęli zasadę „nic za darmo”. Gorbaczow, jak mówiłeś, rozgrywał sprawę Katynia między Jaruzelskim a Mazowieckim, ale zdecydował się na pokazanie dokumentalnego filmu w telewizji. Po katastrofie samolotu pod Smoleńskiem w 2010 roku pokazano Katyń Andrzeja Wajdy, co było gestem wobec polskiej strony w momencie narodowej tragedii. Nie zmienia to faktu, że jednocześnie pozwalano radykalnym publicystom zaprzeczać odpowiedzialności Stali na i NKWD, można tu przywołać postać Jurija Muchina, autora pamfletu Antyrosyjska podłość.

Starania o wyjaśnienie sprawy Katynia, jak wspomniałem, zaczęły jeszcze władze PRL. Generalnie pod koniec lat osiemdziesiątych władze ożywiły się w polityce historycznej. Zajęły się na przykład powstaniem warszawskim, po Katyniu chyba najbardziej kontro wersyjnym wydarzeniem w polsko-rosyjskich relacjach. Andrzej Werblan mówił w rozmowie z Karolem Modzelewskim i Robertem Walenciakiem, że „wszystko, co dla powstania było istotne – krzyż powstańczy, pomnik powstania, wszystkie wydawnictwa, te wszystkie kwatery uroczyste, to wszystko zostało zrobione w Polsce Ludowej”. Oczywiście miał na myśli okres po 1956 roku, ale i tak podejrzewam, że nie zgodzisz się z tym twierdzeniem…

Upierałbym się, że mimo tych gestów powszechne – i jednak uzasadnione – było poczucie, że władza przez cały okres PRL chciała zepchnąć powstanie warszawskie w niepamięć jako coś negatywnego. Zgadzano się co najwyżej, a i to dopiero od 1956 roku, na oddanie szacunku szeregowym bohaterom. To zresztą tłumaczy, dlaczego uroczysta inauguracja w 2004 roku Muzeum Powstania Warszawskiego wywołała tak wielki entuzjazm. Placówkę otworzył ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński i przypuszczam, że właśnie dlatego rok później wygrał wybory prezydenckie. Mógł się tym pochwalić przed opinią publiczną.

Co się tyczy samego Pomnika Powstania Warszawskiego, to początkowo miał się on nazywać inaczej. Zaczęto go budować w 1984 roku, a odsłonięto 1 sierpnia 1989 roku w zupełnie innych okolicznościach. Bo odsłonięcia dokonywał generał Wojciech Jaruzelski, ale już jako prezydent Polski. Wtedy, gdy upadał komunizm, pomnik budził kontrowersje ze względu na nazwę.

Dlaczego?

Pierwotnie monument miał nosić nazwę Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego, co wpisywało się w komunistyczną narrację. Wedle głoszonej już po 1956 roku wersji dzielni szeregowi powstańcy byli dobrymi patriotami. Na potępienie zasługiwali tylko ci, którzy zdecydowali o tym „bezsensownym”, jak stale podkreślano, zrywie. W ostatniej chwili jednak przyjęto nazwę, jakiej chciało społeczeństwo.

Pamiętam, jak w grupie oazowej oglądaliśmy uroczystość odsłonięcia pomnika w telewizji. W uroczystości brał udział prymas Józef Glemp. Gdy pojawił się na ekranie, jeden z księży pokazał go palcem i powiedział na głos: „Patrz, kolaborant”. Co zresztą było niesprawiedliwe, bo kardynałowi Glempowi takiego zarzutu postawić nie można.


Tekst jest fragmentem książki Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji.

Comments are closed.