Kompas polityczny jako mem. Skąd wzięła się internetowa moda na mierzenie własnej ideologii

Kompas polityczny jako mem. Skąd wzięła się internetowa moda na mierzenie własnej ideologii

Kompas polityczny jako mem nie zaczął się od internetowych żartów, choć dziś wygląda jak zabawka dla ludzi, którzy chcą zamienić poglądy w wynik quizu. Za prostą matrycą kryje się historia narzędzia, które z debat politycznych trafiło do świata memów, testów osobowości ideowej i coraz dziwniejszych etykiet.

W ciągu ostatniej dekady w mediach społecznościowych furorę zrobił szablon mema przedstawiający tak zwany kompas polityczny. Chodzi o czteroczęściową matrycę, na której wszystkie pola zorientowane są wobec dwóch osi X i Y, gdzie oś pozioma wyznacza spektrum poglądów ekonomicznych (od komunitaryzmu do leseferyzmu), a oś pionowa spektrum poglądów społecznych (od autorytaryzmu do libertarianizmu).

Tekst jest fragmentem książki W myśl praw geometrii, która czeka na Ciebie tutaj:

Ogromna liczba współczesnych młodych dorosłych kształtowała swoje poglądy polityczne, przyjmując – bardziej lub mniej świadomie – ową matrycę i tkwiący w niej humorystyczny potencjał za konieczny punkt odniesienia. Matryca ta nie powstała jednak w XXI wieku.

Jak wykazał Joshua Citarella, artysta wizualny i twórca podcastu Doomscroll, po raz pierwszy szablon ten opublikowany został w periodyku naukowym „Rampart Journal of Individualist Thought” w roku 1968.

Citarella znalazł egzemplarz magazynu w archiwum Mises Institute, think tanku promującego libertariańską filozofię i nazwanego na cześć Ludwiga von Misesa, jednego z najważniejszych przedstawicieli austriackiej szkoły ekonomii. To, co dziś kojarzy się z nastoletnimi shitposterami, dawniej było narzędziem analitycznym wykorzystywanym w istotnych debatach politycznych XX wieku – narzędziem zaproponowanym przez fanatyków wolności osobistej i gospodarczej.

Z inspiracji kompasem zaczęły powstawać internetowe quizy, które na podstawie zestawu pytań tworzą polityczny profil użytkownika. Popularnym testem tego rodzaju jest 8values, w którym wprowadzone przez użytkownika odpowiedzi umożliwiają wygenerowanie ideowego rysu złożonego z konkretnych pozycji na czterech osiach: równość–wolny rynek, świat–naród, wolność–kontrola, postęp–tradycja.

Szczególnie wart uwagi jest test PolitiScales, w którym osi jest już osiem, a więc kluczowych wartości – szesnaście. Efektem rozwiązania takiego testu nie są już znane z XX wieku tożsamości ideowe w rodzaju „demokratycznego socjalisty” czy „autorytarnego monarchisty”. Te kategorie okazały się niewystarczająco precyzyjne dla współczesnych nastolatków, którzy teraz mogą odkryć w sobie „lewicowego egotycz nego posthumanistę”, „libertariańskoqueerowego hoppeanistę” czy „anarchoprymitywistycznego kalifatystę”.

Proliferacja etykiet ideowych doprowadziła do sytuacji – twierdzi Citarella – w której polityka stała się cosplayem, grą w stylu live action role-playing. Nastolatkowie zaangażowani w polityczne debaty internetowe tworzą niszowe subkultury inaczej niż ludzie urodzeni jeszcze w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, bo młodzieńcza tożsamość, dawniej kształtowana przez gusta muzyczne, które odpowiedzialne były również za antagonizmy między grupami, w erze postpolitycznej kształtują sekciarskie wydmuszki ideowe.

 Gwarantowana przez polską konstytucję wolność głoszenia poglądów, gdy zostaje usytuowana w takim kontekście, zda je się całkowicie zmieniać swoją wymowę. Wolność do zrzeszania się w organizacjach oparta na wspólnym światopoglądzie niepostrzeżenie zmienia się w wolność do dzielenia owych organizacji na nieskończenie mniejsze podgrupy, których jedynym celem jest wyznaczenie ideowych parametrów do stworzenia skrajnie indywidualistycznych tożsamości.

Polityka stała się domeną ekspresji jednostkowej niepowtarzalności, wyjątkowości i nonkonformizmu doprowadzonego do granic absurdu. Aby zrozumieć, jak znaleźliśmy się w tym miejscu, musimy cofnąć się o ponad pół wieku, do czasów, w których rodziła się kontrkultura.

Powojenny konsensus między pracą i kapitałem objął swoim zasięgiem cały świat zachodni. Zarówno w krajach kapitalistycznych, jak i w gospodarkach centralnie planowanych państwo opiekuńcze pozwoliło pracownikom zasmakować owoców wzrostu.

Amerykański robotnik był w stanie z jednej pensji utrzymać kilkuosobową rodzinę, zapewniając jej komfortowe życie, a przy tym co kilka lat zmieniać samochód. Wysłanie dzieci na prywatny uniwersytet było w zasięgu jego możliwości. W tym samym czasie polski robotnik bez wykształcenia, który dopiero co przeprowadził się do miasta ze wsi, mógł liczyć na mieszkanie zakładowe, darmową opiekę zdrowotną i godną pensję.

W PRLu zlikwidowano analfabetyzm, a bezdomność i bezrobocie były zjawiskami marginalnymi. Polacy przeżyli awans społeczny na niespotykaną dotąd skalę. Jak pisał Michał Kalecki, „robotnicy wydają tyle, ile zarabiają, a pracodawcy zarabiają tyle, ile wydają” – zwiększenie wydatków na płace w naturalny sposób stymuluje popyt na towary, a wysoki popyt oznacza duże zyski. Neokeynesowscy ekonomiści wciąż uważają, że to jeden z najlepszych sposobów na zażegnanie kryzysu w kapitalizmie.

Podczas gdy w erze poprzedzającej prosperity zmagano się z biedą, w gospodarkach fordowskich problemem stała się monotonia. Rytm życia wyznaczało miarowe tempo taśmy fabrycznej, przy której wyalienowany robotnik tracił swoje najlepsze lata. Skoro już o Henrym Fordzie mowa, jego słowa dotyczące konsumenckiej wolności można potraktować jako synekdochę czasów rozwijających się gospodarek: „Możesz kupić samochód w każdym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny”.

Ceną, jaką trzeba było zapłacić za bezpieczeństwo materialne, była rutyna, nudna egzystencja z frustrującym przekonaniem, że życie musi przecież być czymś więcej.

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z roszczeniem do owego „więcej” wystąpili młodzi robotnicy i studenci, którzy odrzucili mieszczański styl życia, jaki wiedli ich rodzice, godzący się na nieustanne odgrywanie przypisanych im ról społecznych w zamian za materialne bezpieczeństwo.

W środowiskach tych popularnością cieszyło się dzieło Karola Marksa – nie był to jednak Kapitał, który na początku XX wieku stał się strategicznym fundamentem rosnącego w siłę ruchu robotniczego, lecz jego wczesne Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne. Tutaj właśnie młody trewirczyk najmocniej skupił się na alienacji w gospodarce kapitalistycznej, w której człowiek nie może w pełni realizować swojego potencjału, a więc nie jest prawdziwie wolny – nie bez powodu mówi się o „humanistycznym” okresie w twórczości Marksa.

Tak rozumianej wolności żądali hippisi, gdy pisali na paryskich murach Sousles pavés, la plage! („Pod brukiem leży plaża!”). Mieliśmy wtedy do czynienia z wybuchowymi aliansami na szeroko rozumianej lewicy, bo wspólny interes w walkach dostrzegły ruchy feministyczne, ruch antywojenny, ruch na rzecz praw obywatelskich oraz robotnicy, teraz domagający się nie tylko wyższych płac, lecz także jakościowej zmiany w zakresie wykonywanej przez nich pracy i całego modelu życia, jaki na rzucił im kapitał2.

Kiedy George McGovern, demokratyczny kandydat na prezy denta USA w wyborach z 1972 roku, prowadził kampanię wyborczą, kilka razy odwiedził pracowników General Motors w Lordstown. Za każdym razem witany był przez tłum długowłosych mężczyzn, którzy wznosili okrzyki na jego cześć i wykonywali gest zaciśniętej pięści.

McGovern deklarował: „nie chcemy, by pracownicy byli traktowani jak roboty, jak maszyny”. Senator spotykał się z entuzjazmem, gdy mówił, że to wojnę w Wietnamie należy zatrzymać, a nie wzrost płac. Klimat panujący w Lordstown był dla tamtych czasów symptomatyczny. Podobno funkcjonowała tam najszybsza linia montażowa na świecie – zbuntowani, zróżnicowani rasowo robotnicy bez porozumienia ze związkową biurokracją rozpoczęli dziki strajk, który trwał trzy tygodnie. Wkrótce całe Stany Zjednoczone mówiły o syndromie Lordstown, a „Newsweek” pisał, że taśma w fabryce zaczyna wyglądać jak „przemysłowy Woodstock”.

Po wielkiej hali przechadzali się ekstrawagancko ubrani faceci z afro, brodami, włosami do ramion, a na zapleczach unosił się zapach trawki. Narrator filmu dokumentalnego NBC Blue Collar Trap (1972) komentował sytuację młodych pracowników Forda: „Ich ojcowie pracowali, by uczynić życie lepszym dla swoich synów.

To oni są tymi synami i wcale nie uważają swojego życia za lepsze”4. Kontrkultura, przez dynamiczne strategie oporu, wskazywała związkom nową drogę. Usztywnione związki postrzegały jednak ówczesne „wstrząsy jako zagrożenie dla swojej władzy” i czynnik „paraliżujący zdolność pracowników do dostarczania towarów”.

Gdy kontestatorzy w USA stawiali opór kapitałowi i związkom, podobne walki trwały w Europie. Heterodoksyjni marksiści we Włoszech, pozostający w konflikcie z Włoską Partią Komunistyczną, inspirowali się nowymi ruchami społecznymi i robotniczym buntem w tak zwanym trójkącie przemysłowym (Mediolan – Turyn – Genua). W ten sposób powstała teoria rekompozycji składu klasowego.

Mówiąc najkrócej, zakłada ona, że każda postać wyzysku („skład techniczny”) tworzy specyficzne uwarunkowania, w których rodzą się nowe postaci sprzeciwu wobec wyzysku („skład polityczny”). Czasy fordowskie nie stanowiły wyjątku, przyniosły ze sobą skład techniczny, który doczekał się odpowiedzi w postaci nowego składu politycznego. Represjonowanie kobiet, mniejszości etnicznych i seksualnych ułatwiało ówczesnej go spodarce wzrost, bo do sprawnego funkcjonowania potrzebo wała ona bardzo konkretnego modelu robotnika.

Robotnik miał utrzymywać rodzinę z jednej pensji, podporządkować sobie dar mową pracę reprodukcyjną i funkcjonować w rasowej hierarchii w zakresie rynku pracy i miejskiej geografii (biedne śródmieście/ bogate suburbia). W reakcji na ten model doszło do rekompozycji składu klasowego, która zrodziła nowy podmiot walk. To, co nazywa się dziś „sporami obyczajowymi”, w latach siedemdziesiątych nie było zwykłym domaganiem się uznania – walki te uderzały bowiem w sedno przemysłowego kapitalizmu.

Moment, w którym ruch robotniczy głęboko odetchnął ideami wolnościowymi, był tylko krótkim epizodem w historii zachodnich społeczeństw. Projekt robotnika nowego typu upadł, jeszcze zanim się narodził.

Wkrótce młodzieńczy bunt został wchłonięty przez gospodarki postprzemysłowe i „nowego ducha kapitalizmu”, o co zwykle oskarża się samą kontrkulturę, jako że fundamentalny dla niej antyautorytaryzm uniemożliwiał realne ukonstytuowanie się skutecznych form walki na szeroką skalę. Takie ujęcie, choć bez wątpienia tkwi w nim ziarno prawdy, jest zbyt upraszczające.

Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że kontrkulturowa podmiotowość, która narodziła się w okresie prosperity, mogła zostać sformalizowana i zaprzęgnięta do pracy przez projekt neoliberalny, ale nie mogła ulec sformalizowaniu i być wykorzystana przez centrale związkowe, bo te ostatnie były zbiurokratyzowane i zbyt głęboko wczepione w strukturę burżuazyjnego państwa.


Tekst jest fragmentem książki W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Filtry.

Fot. Protestujący przeciwko wojnie w Wietnamie podczas Marszu na Pentagon (Lyndon B. Johnson Library)

Comments are closed.