Pieśń komórek

Pieśń komórek |Recenzja

Siddhartha Mukherjee, Pieśń komórek. Nowa epoka medycyny

Nauka potrafi być piękna jak poezja – zwłaszcza gdy opowiada o tym Siddhartha Mukherjee. W książce Pieśń komórek kreśli fascynującą historię medycyny na poziomie najmniejszych cegiełek życia, pokazując, jak daleko sięga dziś ludzka ingerencja w biologię. To opowieść o odkryciach, które zmieniają wszystko – od sposobu leczenia raka po granice etyki naukowej.

Moja wiedza medyczna jest mniej niż uboga. Wiem czym są witaminy, rozumiem działanie niektórych leków. W porywach wiatru mógłbym się pokusić nawet o wniosek, że rozumiem „cięższe” pojęcia medyczne, co jest zasługą oglądania licznych seriali medycznych, zwłaszcza anglosaskich (Dr. House, The God Doctor, Greys Anatomy, itd.).

A teraz wyobraźcie sobie, że mamy coś podobnego, tylko wkomponowanego w tekst książki. O ile serial można tylko oglądać, to dzięki „Pieśni komórki” mamy tę niemal namacalną możliwość dotknięcia, podpatrzenia okiem badacza, problemów, z którymi moglibyśmy zetknąć się tylko na Sali operacyjnej lub w laboratorium.

„Gra o komórki”

Lektura „Pieśni komórek” jest ogromnie zajmująca. Jednak nie jest to prosta literatura, do której nie trzeba się przyłożyć. Wręcz przeciwnie – Autor wymaga od nas pełnego skupienia. Chwila nieuwagi i… tracimy się w gąszczu informacji. Bowiem styl narracji jest dosyć wartki niczym powieść.

Co warte podkreślenia, jego styl pisarski jest… dosyć lekki. Jego gawędy o zdobyczach nauki, zarówno tych odległych w czasie, jak i tych współczesnych, wciągają. Bardzo podobały mi się również wtręty z własnego medycznego (naukowego) doświadczenia. Może nie wszystko jest tak porywające jak w jego poprzedniej publikacji, ale nadal czyta się świetnie. Gdyby tak uczono nas biologii – byłbym geniuszem.

Mukherjee w prosty, łopatologiczny sposób oprowadza nas po zakamarkach wiedzy z zakresu świata komórek. Musicie przygotować się na naprawdę ogromną dawkę informacji o niezwykle zawikłanych – dla laików – procesach zachodzących między innymi w naszych ciałach. Ale spokojnie – ani nie uśniecie, ani się nie znudzicie. Każda z przytaczanych historii jest pisana ze swadą, krótko i prosto.

Autor trafił w dziesiątkę – i doskonale potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika. Zakres wiedzy, który udało mi się zdobyć podczas czytania, jest wprost ogromny. Nawet w szkole, gdy trzeba było zakuwać na sprawdziany, nie miałem takiej wiedzy. Nie mówiąc już o zrozumieniu skomplikowanych procesów zachodzących na poziomie komórkowym.

Dzięki tej książce zacząłem inaczej spoglądać na własne ciało. O ile, dotychczas, było ono użyteczną „rzeczą”, tak teraz, widzę w nim cud biologicznej inżynierii. Ogrom tego wszystkiego to jak podróż do innego uniwersum (niezwykle adekwatny zwrot, który często znajdziecie w publikacji).

Bardzo interesująco opisuje on zmiany, jakie nastąpiły w medycynie w ostatnich dziesięcioleciach. Można śmiało pokusić się o stworzenie nowych terminów. Ale oddajmy głos samemu Autorowi:

„Tego rodzaju „nowi ludzie”, a także technologie, z których korzystają, są moim zdaniem znacznie bardziej fascynujące od wymyślonych postaci ze świata science fiction. Modyfikujemy ich organizmy, aby ulżyć im w cierpieniu. Wykorzystujemy w tym celu technologie opracowywane i udoskonalane dzięki nieprawdopodobnie ciężkiej rzemieślniczej pracy laboratoryjnej, która wymaga wielkiej miłości i pasji. Trudno uwierzyć, jak genialne bywają rozwiązania stosowane przez naukowców. Można na przykład połączyć komórkę odpornościową i nowotworową, aby uzyskać komórkę zupełnie nowego rodzaju, nieśmiertelną i, co więcej, zdolną atakować raka. Można pozyskiwać limfocyty T z organizmu małej dziewczynki i zrobić z nich broń przeciwko białaczce podawaną w postaci kroplówki” (s. 26).

Pieśń komórek i przyszłość medycyny?

Bardzo ciekawie Autor pisze również o potencjalnych kierunkach rozwoju medycyny, cytologii i pokrewnych im dziedzin. Odniosłem również wrażenie, jakby postulował o to, by nauki o komórkach czy mikrobiologii nie traktować jako odrębnej dziedziny nauki, oderwanej od szerszego ujęcia biologii człowieka. Stara się o takie holistyczne podejście, które obejmuje całość – nie można leczyć czy badać ludzi, nie zaglądając w to, co „piszczy” w środku, czyli komórkach. Skoro są one naszym podstawowym budulcem, warto byłoby od nich zacząć leczenie, szukać problemów zdrowotnych ludzi. Czyżby było to powrócenie do korzeni zachodniej medycyny, lub ukłon w kierunku medycyny chińskiej?

Fajnym zabiegiem jest również nakłonienie czytelnika do poszerzenia swojego zakresu wiedzy. Bo – jak sam zauważa już we wstępie – nie pisze o wszystkim, nie wyłuszcza wszystkich informacji. Wybiera dla nas tylko to, co powinniśmy wiedzieć. Jednocześnie nasuwa nam źródła, z których możemy, choć nie musimy, skorzystać, aby zrozumieć więcej.

Szkice, które zostały zamieszczone w książce nie są doskonałe. Pewne kwestie są albo pominięte, albo niewyraźne… Wiem, bo specjalnie sprawdzałem w podręcznikach. Nawet przypisy są świetną zabawą. Gdyby w ten sposób IPN pisał, przeczytałbym ich wszystkie publikacje ;D

Jednak tym, co zdecydowanie budzi największe zainteresowanie są stawiane przez Autora pytania. Jakie? Na przykład – Skąd komórki wiedzą, w co mają się przekształcić? Co powoduje, że zwyczajne komórki zmieniają się w prawdziwe bestie – nowotwory? Czy prowadzenie badań (czy jak mówią inni – eksperymentów) na innych organizmach, na przykład myszach, jest etyczne, i czy wartość życia, cierpienia tych organizmów, jest porównywalna do ludzkiego dobra/zdrowia? Gdzie kończą się możliwości medycyny, i czy w ogóle są jakieś granice? Jak łączyć zainteresowania medyczne lekarza z empatią wobec pacjenta?

Tego typu pytań znajdziemy zdecydowanie więcej, choć nie na wszystkie znajdziemy odpowiedź. I tak zastanawiam się, czy wynika to z obaw natury etycznej albo prawnej, czy też Autor wystraszył się, że czytelnik uzna ten świat za „czary”?

W tekście opisano również ciekawe przypadki medycznych osiągnięć, których twarzami stały się konkretne, z imienia i nazwiska, postacie. Mówimy tutaj nie tylko o znanych odkrywcach czy naukowcach. Są też ludzie mniejszego kalibru, bohaterowie walk o własne życie, jak choćby mała dziewczynka, która w ostatniej chwili została wyleczona z ciężkiej postaci raka. Albo lekarz chiński, który rozpoczął genetyczne modyfikacje ludzkich komórek, za co spotkał go ostracyzm i… A co tam, nie napiszę więcej.

Mały błąd

Znalazłem jednak jeden błąd, który znalazł się w książce: „[Virchow] Urodził się 13 października 1821 roku na Pomorzu w Prusach, a więc w rejonie należącym obecnie do Polski i Niemiec.” (str. 41). Wypowiedź ta nie jest zupełnie zrozumiała. Albo tłumacz popełnił błąd, albo Autor się pomylił. Rudolf Virchow, o którym mowa, urodził się w Schivelbein, obecnie Świdwin.

Kiedyś faktycznie było to miasto niemieckie, ale obecnie – od kilkudziesięciu już lat, należy do Polski (województwo zachodniopomorskie). Nie da się przyznać, że miasto przynależy do dwóch państw. Lepiej brzmiałoby, że ma wspólną niemiecko-polską historię.

Koniec

Książka liczy sobie 528 stron, i zdecydowanie jest warta polecenia wszystkim, którzy kochają medycynę i historię. To nie tylko wprowadzenie do dziejów i osiągnięć medycyny pod koniec XX i na początku XXI stulecia. Ale o tym musicie przekonać się sami. Polecam z czystym sumieniem.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas

Comments are closed.