Michał Tabaczyński, Kieszonkowa metropolia. W rok dookoła Bydgoszczy
Książka Michała Tabaczyńskiego pod tytułem „Kieszonkowa metropolia. W rok dookoła Bydgoszczy” to pozycja dosyć niezwykła. Nie koniecznie opowiada o samej Bydgoszczy – raczej samo miasto stanowi podstawę do wywodów samego Autora. A te są doprawdy niebagatelne. Nie wszystkie mi się podobały, bo nie zachowano umiaru, w wielu przypadkach Autor poszedł na uproszczenia.
Nie znam wcześniejszych publikacji tego Autora, więc ciężko jest mi ustosunkować się, czy cała ta projekcja „negatywnego” obrazu miasta jest zamierzona, czy jest metaforą, czy też wynika ze szczerej animozji do tego miejsca. Dotychczas nie spotkałem się z takim zabiegiem.
Szczerze – to czuję się nieco zagubiony. Są takie momenty, że wydaje mi się, że wiem, jaki jest zamiar Autora, by po chwili poczuć puszczone oko w moim kierunku. Nie rozumiem skąd wynika również to zniechęcenie do Bydgoszczy, wszak sam Autor jest mieszkańcem tej kieszonkowej metropolii. Czy jest to wynik rozczarowania, że miasto nie ma tak ciekawych dziejów do zaprezentowania jak Kraków, Poznań czy Warszawa? Ale przecież to nic złego.
To, co sam opisał Tabaczyński jest naprawdę interesujące. Więc skąd te kompleksy? Nie znam Bydgoszczy, nigdy tam nie byłem, nie oglądałem zdjęć, ani nie czytałem na ten temat ani słowa. Jeśli wziąć pod uwagę tylko to, o czym pisze w „kieszonkowej metropolii” ciekawych historii jest tu naprawdę sporo. I to trudnej, czekającej na obszerne badania. Może warto wziąć się do roboty drodzy czytelnicy? Ciekawe tematy czekają…
Z przymrużeniem oka?
Na plus jest na pewno język, piękny, choć nie zawsze subtelny. Jednak tym co najbardziej mnie zraziło do czytania, było ciągłe narzekanie. Podkreślanie, jaki to Bydgoszcz jest pokiereszowany, przez własnych mieszkańców, przez historię, przez świat. A przecież wcale tak nie jest. Miasto ma wiele ciekawych rzeczy do zaoferowania. Zresztą, nie każdemu wszystko musi się podobać, wszak ludzie mają odmienne gusta. Więc po co tyle narzekać?
Początkowo sądziłem, że Tabaczyński próbuje wziąć mnie pod włos. Zdawało mi się, że to narzekanie to tylko taka koncepcja, zgodnie z naszą narodową wadą, że to co brzydkie trzeba – komuś na przekór – zobaczyć, pochwalić, obronić.
Jednak im dalej brnąłem z lekturą, tym bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że to raczej swobodne wycieczki intelektualne samego Autora, który z nieznanych mi powodów, ma pretensje do świata, który ogniskuje się właśnie w tym mieście. A szkoda, bo w książce poruszył wiele ciekawych tematów, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Niemniej nie wszystkie poruszane tutaj wątki są interesujące. Niektóre są mocno naciągane do z góry ustalonej tezy samego pisarza.
Fajnie jest chodzić z Tabaczyńskim po różnych nieoczywistych zakątkach Bydgoszczy, zaglądać w zakamarki jego dziejów, nie zawsze prostych i ugładzonych. Bo przecież w tym mieście działy się rzeczy niezwykłe, i trudne do zrozumienia. Na przykład w powojennej Polsce w Bydgoszczy mieściły się obozy dla Niemców (tych prawdziwych i wyimaginowanych), których męczono, torturowano i zabijano, w ten czy inny sposób. Warto zauważyć, że dziś nie sposób odpowiedzieć na pytanie, gdzie dokładnie te obozy się znajdowały.
Autor opowiada nam również o ciekawych mieszkańcach tej metropolii. Znaleźć tutaj można dzieje Oscara Robinsona (1895-1937), który stworzył imperium wędliniarskie – jego firma zwała się Bacon Export Gniezno SA i eksportowała mięso między innymi do Stanów Zjednoczonych czy do Wielkiej Brytanii. Zwano go królem bekonu i uważano za jednego z najbogatszych ludzi w II Rzeczypospolitej.
Poznamy też Oscara Pichta (1871-1945), który zajmował się kształceniem osób niewidomych. Wynalazł on pierwszą maszynę do pisania w brajlu, która w znacznym stopniu przyczyniła się do polepszenia zdolności edukacyjnych i pracowniczych osób niewidomych. Poznać można również Władysława Paciorkiewicza (1876-1925), przemysłowca i wynalazcy, który stworzył maszynę do pisania. A przecież to nie wszyscy znani Bydgoszczanie…
Nie jestem pewien czy zrozumiałem wszystkie metafory, od których niewątpliwie „kipi” w publikacji. Jako historyk jestem zwolennikiem rozprawiania się z mitami, poruszania nawet niewygodnych kwestii. O ile lubię prawdę, nawet trudną dla mojego światopoglądu, to jednak miałem wrażenie, że Autor jest silnie uprzedzony do Kościoła i niejednokrotnie atakuje go. Krytykę rozumiem, ale czy wszystko musi wiązać się ze światopoglądem politycznym?
Podsumowanie
Książka dzieli się mniej więcej na czternaście rozdziałów, różnej długości i wartości literacko-historycznej. Całość zamyka się na 281 stronach. To pozycja dla ludzi lubiących wyzwania, którzy nie boją się czytać o trudnych sprawach, opisanych z przymrużeniem oka. Mimo całego tego negatywnego anturażu, warto po nią sięgnąć, by przekonać się, jak skomplikowane i skryte są losy naszych małych ojczyzn.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 4/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.