Dzieci pytają wprost. Dorośli często zaczynają kluczyć, zwłaszcza gdy rozmowa dotyka wojny, granic, przesiedleń i pamięci po dawnych mieszkańcach. Michał Kuźmiński w rozmowie o „Złodzieju czasu” pokazuje, że trudna historia dzieciom może być opowiedziana bez straszenia i bez dorosłej bezradności przebranej za ostrożność. Wystarczy potraktować młodego czytelnika poważnie.
Najnowsza książka Michała Kuźmińskiego „Złodziej czasu” wyrasta z kilku konkretnych tropów: fascynacji Dolnym Śląskiem, historią regionu po wojnie, starym domem w Maciejowcu i pomysłem na dziecięcą opowieść detektywistyczną. Kuźmiński mówi wprost, że Dolny Śląsk zobaczył jako miejsce z „nieopowiedzianą do końca historią”, gwałtownie zerwaną tożsamością i doświadczeniem tymczasowości nowych mieszkańców.
W rozmowie wracają najważniejsze pytania: jak pisać dla dzieci o wojnie, przesiedleniach, granicach, niemieckiej przeszłości Dolnego Śląska i pamięci ukrytej w rzeczach. Autor „Złodzieja czasu” mówi również o dziecięcej ciekawości, która potrafi rozbroić dorosłe tabu.
Michał Kuźmiński jest dziennikarzem, redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, gdzie zajmuje się problematyką społeczną, wpływem technologii na ludzi oraz prowadzi wywiady. Jest także pisarzem i podkasterem. W rozmowie podkreśla, że zawodowe doświadczenie dziennikarza pomogło mu przy pisaniu dla dzieci, bo ciekawość i zadawanie pytań należą do podstaw tego zawodu.
Jest entuzjastą Krakowa, który połączył go z Małgorzatą Fugiel-Kuźmińską, a szczególnie Kazimierza, dawnego Miasta Żydowskiego. Ten trop doprowadził ich do pierwszej wspólnej książki, „Sekret Kroke”. W swoich powieściach kryminalnych nawiązują do skomplikowanej i kontrowersyjnej historii, jak góralska kolaboracja w „Ślebodzie” czy udział Polaków w nazistowskiej zbrodni, tzw. 3. fazie Zagłady – „Marze”. Michał Kuźmiński jest także autorem reportażu historycznego „Z domu Israela” i popularnonaukowej książki „Nauka w kuchni”. Najnowsza książka, „Złodziej czasu”, czeka na Ciebie tutaj:
Agnieszka Cybulska: Porozmawiajmy najpierw o Pańskiej najnowszej książce. Skąd pomysł, żeby dziecięcą przygodę osadzić właśnie na Dolnym Śląsku, w starym poniemieckim domu?
Michał Kuźmiński: W „Złodzieju czasu” spotkało się kilka pomysłów. Z pomysłem na książkę o odkrywaniu pewnego wyjątkowego skarbu w starym domu nosiłem się już od dawna, podobnie jak od dawna fascynuje mnie Dolny Śląsk i jego najnowsza historia.
Na dobre zakochaliśmy się w tym regionie wraz z moją żoną Małgorzatą, przygotowując się do pisania naszej poprzedniej powieści kryminalnej – „Ruiny”. Odkryliśmy go jako region o nieopowiedzianej do końca historii, zmagający się z zerwaną gwałtownie tożsamością, którego nowi mieszkańcy przez wiele lat żyli w poczuciu chwilowości i niepewności.
Podczas jednego z wyjazdów zatrzymaliśmy się właśnie w Maciejowcu, w starym poniemieckim domiszczu. Takich domów, noszących w sobie własne opowieści, pełnych napięcia i niedopowiedzianych historii, jest tam bez liku. Niedługo później pojawiła się propozycja wydawnictwa Znak, żebym zmierzył się z napisaniem książki dla dzieci – i tak wszystko spotkało się w idealnym miejscu.
Wszystkie elementy pojawiły się w odpowiednich momentach – a trzeba też do nich dodać rozmowę z siostrzenicą Gosi o tym, że skoro piszę książki, mógłbym też napisać coś dla niej. Ona i jej brat dostarczyli mi wiele inspiracji w konstruowaniu postaci głównych bohaterów.
W książce mamy włamanie, śledztwo Doroty i tajemnicę sprzed lat. Dlaczego wybrał Pan formę detektywistyczną do opowieści, która prowadzi też w stronę historii regionu?
Powieści kryminalne silnie osadzone w lokalności, historii i etniczności, piszę wraz z moją żoną i współautorką, Małgorzatą Fugiel-Kuźmińską, od kilkunastu lat. Wierzę w ten gatunek, traktując go jako formę powieści realistycznej, zawsze dziejącej się w kontekście swoich czasów, danej społeczności, jej historii.
Kryminał jako gatunek doskonale nadaje się do opowiadania nawet o najtrudniejszych tematach – mam nadzieję, że nasze książki o tym świadczą – bo przecież w swojej istocie zajmuje się zmaganiami dobra ze złem, być może najważniejszym problemem świata, i dostarcza nam nadziei, że to właśnie dobro zwycięży.
A z drugiej strony, powieść detektywistyczna opiera się o rozwiązywanie zagadki, w które wciągają się Czytelniczki i Czytelnicy, dostarcza więc emocji, angażuje, sama jej lektura potrafi być przygodą. Utożsamiamy się z postacią detektywki czy detektywa, razem z tą postacią wchodzimy w świat, który bada, zaczynamy go lepiej rozumieć.
Dorota szybko orientuje się, że dorośli nie zawsze odpowiadają wprost. Czy dziecięcy bohater daje autorowi większą swobodę w zadawaniu niewygodnych pytań?
To bardzo ciekawe spostrzeżenie – tak, przekonałem się o tym, pisząc. Dzieci pytają, bo poznają świat i nie są, jak dorośli, skrępowane wszelkimi naszymi blokadami, oporami, sekretami, tajemnicami Poliszynela i społecznymi tabu.
Dorota, gdy nie rozumie, co wujek próbuje powiedzieć – albo co próbuje przemilczeć – nie ma oporów i pyta wprost. To chyba najfajniejsza okazja, żeby samemu zmierzyć się z własnymi oporami i odpowiadając dziecku, odpowiedzieć samemu sobie. Wszyscy chyba pamiętamy z dzieciństwa, że najgorsze, co można było usłyszeć, gdy nurtowało nas jakieś trudne pytanie, to „nie interesuj się”, „nie twoja sprawa”, albo „jesteś za mała/y, żeby to zrozumieć”.
W książce telefon traci moc, bo nie ma zasięgu ani wi-fi. Czy odcięcie Doroty od ekranu było sposobem na uruchomienie jej uważności?
Ha, to nie takie proste. Telefon jest dla Doroty zarówno potężnym dystraktorem, z czego wynikną poważne kłopoty, jak i bardzo ważnym narzędziem. Telefon kradnie jej uwagę, ale też umożliwia rozwiązywanie zagadek, o łączności z rodzicami nie wspominając.
Stworzyliśmy sobie potężną, fantastyczną technologię komunikacyjną, która następnie została przechwycona przez tych, którzy kradną naszą uwagę, żeby na tym zarabiać ogromne pieniądze. Technologia, która potrafi tak niesamowicie wspierać nasze poznawanie świata, służy rozmaitym złodziejom czasu do czynienia potężnych szkód, o których znakomicie pisze choćby psycholog Jonathan Haidt.
Pytanie chyba więc brzmi, czy to my kontrolujemy tę technologię, czy ona nas. Oraz – czy możemy mieć pretensje do dzieci, skoro my, dorośli, dajemy się okradać z uwagi na znacznie większą skalę niż one? I jeszcze jedno: problemom z uważnością nie zawsze winna jest na pierwszym miejscu technologia. Wujek Franek prawie w ogóle nie korzysta ze smartfona, a z jego uważnością na Dorotę i Daniela też nie jest najlepiej, prawda?
Zegar, cukiernica, pamiętnik, portret, stary dom: przedmioty w tej historii mówią bardzo dużo. Czy Pana zdaniem łatwiej opowiadać dzieciom o przeszłości przez rzeczy niż przez daty?
Słowo „historia” jest w języku polskim pięknie dwuznaczne: oznacza dyscyplinę wiedzy, ale też przecież „opowieść”. Nie wiem, jak Państwa, ale mnie w szkole skrzywdzono wkuwaniem kalendarium wydarzeń, bez powiązania ich w – właśnie – historię. Tymczasem historia to przecież opowieść, która działa się i dzieje – bo „historia” to przecież „dzieje”! – w konkretnych miejscach, poprzez konkretnych ludzi, wiąże się z konkretnymi przedmiotami.
Wierzę w moc mikrohistorii – dzieje jednego przedmiotu, na przykład takiego, który zawsze w domu był, ale o który dopiero zaczynamy pytać, potrafią czasem przybliżyć nas do historii bardziej niż biegła znajomość kalendarium konferencji pokojowych.
W książce pojawia się rozmowa o tym, że „państwa czasem się przesuwają”. Jak opowiadać dzieciom o granicach, wojnie i przesiedleniach, żeby nie zgubić prawdy, ale też nie przygnieść małego czytelnika?
Mogę mówić o tym, jak ja to chciałem zrobić: bez wymigiwania się od odpowiedzi na dziecięce pytania, traktując młodych Czytelniczki i Czytelników poważnie, bez udziecinniania. Pisząc o trudnych doświadczeniach, starałem się skupiać na zrozumiałych, chociaż trudnych emocjach, czasem szukałem pomocnej analogii.
Nie epatowałem grozą. Zamiast tego wybierałem język łagodny, ale bez kluczenia. Chciałem się odwołać do naturalnej empatii. Trudną historię da się przecież opisać przez żal, tęsknotę, stratę, smutek, ale też nadzieję, ufność, miłość, przyjaźń. Uczucia doskonale zrozumiałe dla dziecka. Ale żeby to się udało, musiałem tej empatii najpierw poszukać w sobie
Dorota słyszy o Niemcach jako wojennych wrogach, ale pamięta też przyjaznych ludzi z Monachium. Czy dzieci szybciej wyczuwają, że historia nie mieści się w prostym podziale na „nasi” i „obcy”?
Pokładam w tym ogromną nadzieję. Badania pokazują, że dzieci wcześnie i w naturalny sposób postrzegają różnice między ludźmi. Ale już stereotypów i fałszywych przekonań na bazie tych różnic uczą się później, od innych.
Jak mówić młodym czytelnikom o niemieckiej przeszłości Dolnego Śląska, żeby nie wymazać polskiego doświadczenia wojny ani losu dawnych mieszkańców tych miejsc?
Uczciwie. Pokazując wiele odcieni i perspektyw. Nie pomijając przyczyny – nazizmu, poparcia, jakie znalazł w niemieckim społeczeństwie, i II wojny – za sprawą których do tego wszystkiego doszło. Ale też nie pomijając krzywdy, która przecież nigdy nie jest „słuszna”. Myślę, że poczucie słuszności generalnie prowadzi na manowce w rozmowach o historii. Historia jest taka i taka.
Czy Pana zdaniem literatura dziecięca może otwierać rozmowy, z którymi dorośli sami mają kłopot?
Przekonajmy się!
Czy młody czytelnik potrzebuje pełnego wyjaśnienia trudnej historii, czy raczej dobrego pierwszego pytania?
Chyba przede wszystkim przestrzeni i szansy na zadanie tego pierwszego pytania. Potem jakoś pójdzie.
Wychodzę z założenia (i pokazuje to też moje doświadczenie), że dzieci potrafią zrozumieć z historii więcej, gdy traktuje się je poważnie. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem? Czy problemem w rozmowie z dziećmi bywa historia sama w sobie, czy dorosły język, który nagle robi się sztywny i bezradny?
Całkowicie się zgodzę – dokładnie o tym mówiłem powyżej. Dorosły język często sztywnieje pod wpływem nawet nie naukowego dyskursu, co właśnie uprzedzeń i tabu. Dodam też, że nie tylko dzieciom, ale dorosłym też, łatwiej przyjdzie zrozumienie historii jako opowieści o ludziach niż o procesach.
W książce pojawia się pytanie, dlaczego mało pamięta się o Niemcach, którzy mieszkali tam przed wojną. Czy taka dziecięca ciekawość bywa uczciwsza niż dorosła ostrożność?
Oddajmy też sprawiedliwość tym wszystkim, którym trudno było na te tematy przez całe lata rozmawiać. Przyczyną przecież zwykle nie była zła wola, tylko złe doświadczenia – czy wręcz doświadczenie zła.
Ostrożność jest też strategią obronną, a nieostrożność może prowadzić do poranienia się. Więc chyba to czasem nawet dobrze, jeśli dziecięcej ciekawości towarzyszy dorosła ostrożność – ale towarzyszy, a nie powstrzymuje czy odstrasza. Wtedy dziecięce i dorosłe podejście mogą się nawzajem wspierać.
Jest Pan dziennikarzem, redaktorem, pisarzem i podkasterem, przez lata związanym z „Tygodnikiem Powszechnym”. Co z tego zawodowego zaplecza najbardziej przydało się przy pisaniu powieści dla dzieci?
Ha, dziękuję za to świetne pytanie! Ciśnie mi się na usta właśnie słowo „ciekawość”. Bo ciekawość jest zawodowym obowiązkiem dziennikarza. Jesteśmy od tego, żeby zadawać pytania. Zawód dziennikarza to chyba właśnie dobry przykład połączenia tego, o czym powiedziałem przed chwilką: ciekawości z ostrożnością, czy lepiej – odpowiedzialnością.
Ma Pan za sobą reportaż historyczny „Z domu Israela. Śladami zapomnianej żydowskiej rodziny”. Czy praca nad pamięcią domu i dawnych mieszkańców wróciła w „Złodzieju czasu” w dziecięcej, przygodowej formie?
Ależ tak! W jakimś sensie to podobna opowieść, chociaż na zupełnie różnych rejestrach – poszukiwanie odpowiedzi na pytanie „co się z nimi stało?”. Dorota miała może trochę łatwiej, bo Isacsohnowie, bohaterowie mojej reportażowej książki, pozostawili po sobie skromniejsze i znacznie bardziej rozproszone ślady niż kompletny pamiętnik. Ale znakomicie Pani to ujęła: „praca nad pamięcią”. Rekonstruowanie jej ze strzępków informacji, skąpych dokumentalnych zapisów, śladów obecności. Po to, żeby nie zostali zapomniani oni sami i to, co ich spotkało.
Pisał Pan także o nauce, kuchni, technologii, kulturze i sprawach społecznych. Czy łączenie różnych porządków wiedzy pomaga przy pisaniu dla młodych czytelników?
Uwielbiam spotkania różnych dziedzin – wynikają z tego najciekawsze rzeczy. Jeśli można opowiedzieć o naszej skomplikowanej tożsamości śledząc historię i losy sałatki jarzynowej, jeśli można przez jedno zdjęcie spróbować przyjrzeć się dziejom mieszkańców niegdysiejszego zaboru pruskiego, to dlaczego nie spróbować przez detektywistyczną historię opowiedzieć dzieciakom o powojennych przesiedleniach?
Co było trudniejsze: skonstruowanie zagadki czy znalezienie języka dla historycznego tła?
Chyba nie da się tego tak postopniować – jedno i drugie było wyzwaniem. Ale jedno i drugie przyszło naturalnie, gdy wstroiłem się w tę opowieść.
Jak pilnował Pan proporcji między przygodą, humorem, napięciem i pamięcią?
Wydaje mi się, że wszystkie te elementy muszą się po prostu łączyć, wynikać z siebie, jedne muszą być częścią drugich. To nie jest akcja przerywana prelekcjami, przeciwnie – każde związane z historią odkrycie bohaterów jest po prostu ścisłym elementem przygodowej akcji. Mam w takim prowadzeniu opowieści trochę doświadczenia – w ten sposób napisaliśmy z Gosią nasz cykl etnokryminalny, tak piszemy kolejne książki z detektywką Sylwią Nowak.
Jak wyglądał research do książki: bardziej dokumentacyjnie, terenowo, rodzinnie, czy intuicyjnie?
Na każdy z tych sposobów – pisanie realistycznej fikcji to składanie jej z kawałków rzeczywistości. Trzeba więc było z jednej strony posprawdzać wiele dat i faktów, z drugiej wyostrzyć słuch.
Co odpowiedziałby Pan komuś, kto mówi: „po co dzieciom wojna, przesiedlenia i dawne krzywdy, mają jeszcze czas”?
Bo to ważne. Bo te tematy kształtują do dziś rzeczywistość, w której żyjemy, i w takiej czy innej formie dotrą do nich szybciej, niż by się nam wydawało. Być może wiele złego w naszej debacie publicznej dałoby się uniknąć, gdyby politycy i wyborcy w dzieciństwie nie bawili się w Czterech Pancernych i nie wyzywali się od „Niemców”, strzelając do siebie z patyków. Ale może nawet bardziej istotne od tego społecznego poziomu jest to, że te tematy ukształtowały też nasze rodziny i nasze relacje.
Jakiej rozmowy po lekturze życzyłby Pan sobie najbardziej: między dzieckiem a rodzicem, dziadkiem, nauczycielem, lokalnym przewodnikiem?
Każdej dobrej! Jeśli książka staje się okazją do uczciwej, szczerej, dobrej rozmowy, do otwarcia i zrozumienia się, nie ma dla autora lepszej nagrody.
