Ewa Łętowska, pierwsza RPO w Polsce. „Dyktowałam 160 listów dziennie”, czyli jak obywatele szukali sprawiedliwości u schyłku PRL

Ewa Łętowska, pierwsza RPO w Polsce. „Dyktowałam 160 listów dziennie”, czyli jak obywatele szukali sprawiedliwości u schyłku PRL

Rzecznik Praw Obywatelskich w PRL zaczynał w miejscu, w którym państwo nie bardzo wiedziało, co z tym urzędem zrobić. Ewa Łętowska weszła w tę funkcję bez politycznej obstawy, bez gotowego biura i bez złudzeń, że ktokolwiek poda jej elegancką instrukcję obsługi. Pierwsza RPO w Polsce szybko zamieniła niedookreślony urząd w jego największą siłę: czytała skargi, reagowała tam, gdzie brakowało prostych narzędzi, i pokazywała, że prawo obywatela nie kończy się na urzędowej fasadzie.

Wywiad z Ewą Łętowską pokazuje schyłek PRL od strony mniej efektownej niż wielka polityka, a przez to wyjątkowo ciekawej. Zamiast gabinetowych deklaracji mamy listy obywateli, konfiskaty, skargi sąsiedzkie, bezradność urzędów i codzienną próbę nadania sensu instytucji, której znaczenia władza początkowo nie doceniła.

Ewa Łętowska,
pierwsza rzecznik praw obywatelskich (1987 – 1992)

Dyktowałam 160 listów dziennie

Paweł Dybicz: Jak do tego doszło, że została pani RPO?

Ewa Łetowska: Normalnie, jak w tamtych czasach, po znajomości (śmiech). Zresztą dziś też tak bywa. Byłam pracownikiem Instytutu Nauk Prawnych PAN, w którym pracowałam całe życie, zaczynałam od asystentury, na profesurze kończąc. Moim dyrektorem był Adam Łopatka. Muszę powiedzieć, że on, przy całym swoim niewątpliwie mocnym partyjnym umocowaniu, był bardzo sprawnym i dobrym dyrektorem Instytutu.

Tekst jest fragmentem książki Pożegnanie z Polską Ludową, która czeka na Ciebie tutaj:

Zgromadził w nim różne „sieroty” z różnych miejsc, ludzi związanych z opozycją. Od Krzysztofa Skubiszewskiego poprzez Jerzego Ciemniewskiego, Józefa Piątowskiego na Janinie Zakrzewskiej kończąc. Łopatka przyjmował ludzi w potrzebie, a tak, nawiasem mówiąc, niektórzy bardzo źle mu za to odpłacili. Na jakimś konwentyklu wypłynął problem, że trzeba powołać rzecznika, bo ustawa stanowiła o dacie jego powołania do grudnia 1987 r. Jeszcze w listopadzie ’87 rządzący nie mieli zielonego pojęcia, kogo w tego rzecznika wpakować. W tym czasie towarzysko zebrało się kilku ludzi z szeroko rozumianej władzy, wśród których był Łopatka i o ile wiem, Mariusz Gulczyński z mojego instytutu, i padło: może Łętowską wziąć? To swoiste wyciągnięcie mnie z politycznego niebytu było potem przed- miotem anegdotycznych sytuacji przy samych wyborach w parlamencie, ponieważ ja byłam przyniesiona w teczce. Sejm, który miał głosować, nie miał zielonego pojęcia, o kogo chodzi. Dla mnie cała ta sytuacja była dosyć zaskakująca, ale i zabawna, bo akurat w tym czasie byłam na stypendium w Niemczech. Ściągnięto mnie do kraju w trybie nagłym.

Ktoś z panią rozmawiał?

Wcześniej tylko krótko rozmawiałam z mężem. Powiedział, weź tę funkcję. Przyjechałam na drugi dzień do Warszawy, umówiłam się do fryzjera. W domu mąż mi powiedział: „Słuchaj, idziesz do Sejmu, spotykasz się tam z szefem kancelarii”. Ja na to: „No dobra, ale czy ktoś będzie ze mną rozmawiał?”. Znaczący uśmiech męża wiele mi powiedział. Wcześniej nikt, powtarzam: nikt z władzy lub około niej ze mną się nie kontaktował. Albo musieli być już mocno zdesperowani, bo terminy leciały, albo mieli zaufanie do Łopatki, który miał za mnie ręczyć. Mówiłam już, że wśród rządzących nie przywiązywano do tego całego urzędu rzecznika specjalnie dużej wagi. Dlatego, jak już mnie wybrano w Sejmie, to odbyłam jedynie ceremonialne rozmowy z marszałkiem Sejmu Romanem Malinowskim i wicemarszałkiem Mieczysławem Rakowskim. Za to na pogaduszki umówił się ze mną w KC Andrzej Gdula, ojciec Macieja. Jak go pamiętam, sprawił na mnie wrażenie dosyć trzeźwo oceniającego sytuację. On się ze mną umówił po to, żeby obejrzeć, kogo właściwie biorą. I to było wszystko, nikogo nie obchodziło, co to za postać, która ma być tym rzecznikiem, i jak ma funkcjonować jego urząd. Zaczynałam od zera, nie miałam personelu, musiałam sama zorganizować biuro. I zaczęłam organizować je po swojemu oraz zajmować się sprawami, które uważałam za istotne.

Godzono się z tym, bo rządzących to niespecjalnie interesowało?

Co do tego, to nie miałam żadnych złudzeń. Rozumiałam, że RPO to nie jest instytucja, która ma określony zakres kompetencji w tym sensie, że o czymś samodzielnie decyduje. Ta w znacznym stopniu nieokreśloność urzędu paradoksalnie stała się moją siłą. Trudno sobie w tej chwili wyobrazić, ale mówimy o czasach, w których wiara i pewna wpływowość mediów, nawet tych partyjno-rządowych, były bardzo potężną bronią. W tej chwili to zupełnie nie do pomyślenia.(…)

Czym pani chciała dowodzić swej apolityczności?

W tamtych czasach miałam duże kłopoty związane z tym, że koniecznie chciano mnie przyporządkować do którejś z sił politycznych, wtedy obecnych na rynku. I to wychodziło zarówno ze strony establishmentu, jak i ze strony opozycji. Po pierwszym roku mojej działalności zaistniał Okrągły Stół. Sytuacja była mniej więcej taka: jedni chcieli, żebym jako rzecznik umiejscowiła się po stronie rządowej (to był Kiszczak, który w tym zakresie czynił pewne zabiegi), a z kolei inni doradzali – żebym się loko­wała po stronie opozycyjnej.

Co pani odpowiadała, gdy składano propozycje zaangażowania się politycznie?

Pamiętam, że Kiszczakowi palnęłam coś takiego: „Może ja bym usiadła w dziurze, która jest w tym okrągłym stole, bo to by mi najbardziej pasowało”. Z Kiszczakiem czasami miałam dziwne rozmowy, raz musiałam wysłuchać jego długiego wywodu na temat… uprawiania ziemniaków.

W tym miejscu muszę powiedzieć, że ta postawa niezaangażowania spowodowała niezadowolenie zarówno rządzących, jak i opozycji. Ale z mojej strony to było przezorne, gdyż w ten sposób nie można było jednoznacznie przypisać mnie do określonej strony politycznej. To dzięki tej postawie w czasie zmiany ustrojowej uniknęłam kompletnej dyskredytacji i mnie, i urzędu. Byłam w pełni świadoma tego, że muszę w jakiś sposób zaistnieć, nie jako relikt przeszłości, ale jako czynnik napędzający politycznie zmiany. Dążyłam do nich, nie będąc człowiekiem opozycji. Może to było teraz, jak na to patrzę, trochę naiwne? Chciałam być elementem państwa prawa, postrzegana jako ważny element struktury pań­stwowej, a nie partyjnej.

I nadal traktowano pani poczynania z przymrużeniem oka?

Gdyby sądzić po znikomym zainteresowaniu, reakcji, choćby posłów, na moje pierwsze sprawozdanie z działalności za 1988 r. w Sejmie, to tak można powiedzieć. Opowiem jednak o jednej sprawie, bo ona dosyć dobrze obrazuje sposób działania mój i władz. W latach 80., chcąc przykrócić opozycję, dokuczyć protestującym opozycjonistom, w kręgach władzy wymyślono, że jeżeli złapią kogoś przewożącego druki bezdebitowe, ulotki czy inne opozycyjne materiały, to zaczną konfiskować pojazdy, w których te materiały przewożono. Procesowo rzecz biorąc, nie miałam żadnego środka reagowania na takie konfiskaty. Z punktu widzenia mojej wiedzy na temat konstytucji z 1952 r. (nawet przy jej mizerii regulacji praw jednostki) był to horror, żeby orzekać konfiskatę, to było rażąco nieproporcjonalne działanie w stosunku do wykroczenia, jakim formalnie była dystrybucja ulotek. Moje zainteresowanie pewną konkretną, dla mnie przełomową sprawą wzięło się z lektury „Biuletynu Specjalnego”, rodzaju gazety, który dystrybuowany był tylko w wąskich kręgach wtajemniczonych. Zaliczono mnie do tych godnych wtajemniczenia, więc go otrzymywałam.

„Biuletyn Specjalny” był publikowany przez PAP. Redaktor na-czelny „Sztandaru Młodych” też go otrzymywał, stąd i ja go czytałem.

No proszę, okazuje się, że krąg wtajemniczonych był dość szeroki, pewnie wbrew wydającym ten biuletyn. Ukazała się tam informacja – dokładnie pamiętam – że w Policach koło Szczecina jakiś opozycjonista urządził sobie powielacz ulotkowy w piwnicy domku jednorodzinnego i drukował te ulotki. W resorcie spraw wewnętrznych doszli do wniosku, że skoro istnieje praktyka orzekania konfiskaty samochodu, którym przewożono ulotki, to dlaczego nie konfiskować domku, gdzie odbywał się druk. Ten zamiar konfiskaty ujawniono właśnie w „Biuletynie Specjalnym”. Czytając o tym, pomyślałam, że tego to już trochę jest za dużo. Wzięłam biuletyn i poszłam do gen. Kiszczaka. Podparłam się opiniami mężów i żon uczonych w piśmie, mówiąc mu, że takie konfiskowanie jest pozaprawne. Ten nieszczęśnik w Policach pewnie nigdy się nie dowiedział, bo skąd miałby, że to, że mu tego domku jednak nie capnięto, to była moja robota.

Kiszczak od razu dał do zrozumienia, że to rzeczywiście o jeden most za daleko, że to jest niezgodne z prawem?

Jaki był dokładnie dalszy bieg wydarzeń – tego dokładnie nie pa-miętam, ale wynik mojej rozmowy z nim był jednoznaczny. Zrezygnowano z konfiskaty domu. Choć w pewnym sensie, co jest zabawne, to ja w końcu poniosłam stratę, bo zaprzestano wysyłania mi owego biuletynu!

Sprawa z konfiskatami za druk materiałów bezdebitowych pokazuje, jak można oś zrobić, nie mając bezpośredniego środka procesowego.

Miała pani przekonanie, że jest destruktorem Polski Ludowej?

Starałam się uczytelnić rolę rzecznika i stosownie do niej działać. Nie tylko deklarować, ale poprzez działalność wpływać na zmiany. Czy dlatego można powiedzieć, że byłam świadomym destruktorem? W tym sensie byłam destruktorem, co nie oznacza, że wymachując biało-czerwoną flagą, wołałam: na barykady!

Czy w czasie rozmów przy Okrągłym Stole, w którym pani nie uczestniczyła, którakolwiek ze stron: partyjno-rządowa, „Solidarności” czy może związkowa, zwracała się do pani w jakiejkolwiek sprawie, prosząc o opinię lub ocenę czegoś?

Nie.

Odbierała to pani jako pomniejszanie urzędu, traktowanie jako atrapy?

Ani jedno, ani drugie. To, co było w czasie Okrągłego Stołu, to było działanie czysto polityczne. Pan robi ten sam błąd, który u nas się robi powszechnie, utożsamiając życie społeczne z polityką. Wszystkim się wydaje, że prawdziwe życie to jest polityka. Prawdziwe życie społeczeństwa to jest, owszem, polityka, ale nie tylko, a raczej nie przede wszystkim. (…)

Czy to, co się działo w kraju, w jakiś sposób wpłynęło na to, o czym informowali, co wnosili ludzie do Rzecznika Praw Obywatelskich?

Przez cały czas mojej kadencji byłam osobą, która siedziała nad tymi listami, na pierwszej linii sygnałów od społeczeństwa. Jak mówiłam o tym jakimś ministrom czy dygnitarzom, to oni się w głowę pukali. U mnie praca nad listami była tak zorganizowana, że je otwierano (chodziło o to, żebym nie traciła czasu na tę czynność) i to lądowało na moim biurku każdego dnia. Czytając, od razu robiłam dekretację, co z danym pismem zrobić. Te dekretacje były później gdzieś przedmiotem jakiejś analizy. Ta obróbka listów to była strasznie nudna i zarazem wymagająca robota. Mnie chodziło o to, żeby mój własny personel, pracując – za szybko się nie wypalił. Więc te moje dekretacje bywały czasami zabawne, bardzo kolokwialne, to znaczy takie: a poszukajcie czy tutaj czegoś nie ma, czy tu może jest problem na rewizję nadzwyczajną. W tych listach była egzemplifikacja jakiegoś problemu społecznego. Nabrałam dużego doświadczenia i po pewnym czasie dosyć szyb­ko szło mi to dekretowanie. Wie pan, co było największym kłopotem? Nie te listy i sygnały, z których później wynikały tak zwane duże sprawy, bo to robili już referenci wyspecjalizowani, ale listy, które były nierzecznikowskie.

Nie mieściły się w zakresie działania RPO?

Tak, ludzie się skarżyli na różne przypadłości. Takie, które były naruszeniem prawa, i takie, które nie były naruszeniem prawa, ale były źródłem frustracji. Skarżyli się np. na złych sąsiadów, na różne rzeczy. Czasami skarga na złego sąsiada jest skargą również na państwo, które z kolei doprowadza do tego, że sąsiad grasuje bezkarnie, a policja nie reaguje we właściwy sposób. Miałam wysoko kwalifikowany personel dlatego m.in., że wtedy nie było jeszcze stanu spoczynku dla sędziów, więc angażowałam emery­towanych sędziów Sądu Najwyższego. To byli bardzo dobrzy spe­cjaliści, którzy w biurze RPO pracowali, bo emerytura nie była za sowita. Mieli doświadczenie i znajomość prawa, w tych kwestiach byli bardzo kompetentni, ale gdy dawało im się sprawę taką nierzecznikowską, byli bezradni, mówili: co takiemu odpowiedzieć? W tej sytuacji standard odpowiedzi w gruncie rzeczy wypracowy­wałam sama. Polegało to na tym, że te nierzecznikowskie listy- -sprawy brałam do domu i na dyktafonie nagrywałam odpowiedzi. To nagranie wyglądało tak: „Szanowny panie, przecinek, w liście z dnia tego i tego informuje pan o tym, przecinek, że…”. To było ważne, żeby adresatowi napisać, jak my rozumiemy to, z czym on się do nas zwraca, żeby później nie kombinował, że on co innego napisał, a myśmy na co innego mu odpowiedzieli. Nagrywana odpowiedź z zaznaczeniem, gdzie postawić kropkę, przecinek itp., później szła na halę maszyn (mówimy o epoce przedkomputerowej) i maszynistki to pisały. Wychodziło mi mniej więcej ok. 160 listów osobiście dyktowanych.

W tydzień?

W tydzień?! Dziennie!

Aż tak bardzo naród poszukiwał sprawiedliwości u RPO?

Tak! Można sprawdzić w statystykach, ile było tych spraw. Listy były numerowane, jak ja odchodziłam, to chyba było ich około 60 tys. Po czterech latach mego urzędowania!


Tekst jest fragmentem książki Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Iskry.

Comments are closed.