Zamknięte domy, brak śladów pośpiechu, ciężarówki stojące w gotowości. Krajobraz po wysiedleniach nie zdradza chaosu ani gwałtowności, raczej chłodną normalność działań wykonywanych zgodnie z procedurą.
Fragment Bękartów Polski Marka Łuszczyny nie buduje tezy ani nie porządkuje rzeczywistości po wojnie w szeroką opowieść o systemie. Skupia się na jednej sytuacji, jednym miejscu, jednym spotkaniu ludzi uwikłanych w zależności służbowe i osobiste. Przejmowanie mienia, rozmowy o lojalności i milczeniu, napięcie między śledztwem a prywatnymi interesami funkcjonują tu obok siebie bez komentarza.
Szofer majora Forsta
Podobno teren rozminowano jeszcze przed akcją wysiedleńczą, więc poszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Drzwi domów w maleńkiej osadzie Neu Dennewitz były zamknięte, nie znaleźliśmy na podwórzach rozrzuconych ubrań, zniszczonych mebli ani żadnych innych śladów gorączkowej akcji.
Wyglądało to tak, jak gdyby właściciele wyprowadzili się dobrowolnie, zasłonili okiennice, pogasili światła, schowali klucze pod słomiane wycieraczki i bez zbędnej zwłoki wsiedli do podstawionych przez nas ciężarówek. O tym, że dzień wcześniej coś się we wsi działo, świadczyły tylko świeże ślady kół na błotnistej drodze.
Tekst jest fragmentem książki Bękarty Polski, która czeka na Ciebie tutaj:
Dwa szwędające się psy nie szczekały, patrzyły na nas z zaciekawieniem. Od strony morza czuć było wilgotną, sztormową bryzę, co było miłą odmianą po godzinie wdychania smrodu kapitana Nagornego. Za jednym z niemieckich domów natknąłem się na czterech mężczyzn pracujących w całkowitej ciszy. Usiłowali wypchnąć ze stodoły dużą bronę. Kultywator i pług stały już na środku podwórza i czekały na załadunek.
To nie był drobny szaber, to była akcja, która zapewne od bywała się za zgodą i aprobatą milicji, a może także naszego urzędu. Jeden z nich spojrzał na mnie z niezdecydowaniem, a potem wrócił do pracy. Nie miał na sobie koszuli, przy jego pasku widać było pistolet w kaburze. Paka ciężarówki, na którą mieli to wszystko załadować, wydawała się zbyt mała. Kierowca zobaczył w lusterku, że wciąż stoję. Wysiadł z szoferki, wsadził ręce do kieszeni i patrzył na mnie z uwagą, dopóki się nie odwróciłem i nie zniknąłem za poniemieckim budynkiem.
Potem poszliśmy w kierunku starej gorzelni, obok której stał późnobarokowy pałac.
Już z daleka rozpoznałem ciężarówkę Edwarda Forsta. Jego szofer drzemał za kierownicą. Rauch, Skarżyński i Czarny zdjęli z ramion karabiny, przeładowali i rozeszli się po majątku. W głębi posiadłości były jeszcze stajnia i tartak.
W cieniu pałacu
Minąłem dziedziniec, na którym rosły trzy duże platany, i wszedłem do pałacu przez wielkie oszklone drzwi. Szef naszej sekcji chodził po antresoli i przyglądał się wiszącym na ścianach jelenim rogom. Mimo sztormowej pogody było gorąco, w środku panował jednak przyjemny chłód. Forst zobaczył mnie na dole i podszedł do ozdobnej balustrady.
„Nic po sobie fabrykanci, wyzyskiwacze niemieccy, cennego nie zostawili. Ale jakieś meble są”, powiedział z uśmiechem. „Sądzi pan, panie majorze, że my w potulickim obozie to się czegoś w sprawie tego morderstwa dowiemy?”, odpowiedziałem, jak gdybym jego obecność w Neu Dennewitz uważał za coś całkowicie naturalnego. „Za leży, jak to rozegracie z komendantem Tadeuszem Wyczechowskim. On kieruje wszystkimi obozami na Pomorzu. Jestem dobrej myśli”.
Uśmiechnął się, a po krótkiej chwili dodał: „Powiedzcie mi, jak tam u was jest z kwaterunkiem, Jasiński. Macie gdzie spać, jeść, siedzieć? Stół jaki u was w kuchni stoi na tym Wrzeszczu?” „Nie narzekam, panie majorze, cały czas się urządzam”.
„To przejdźcie się po tym dworku i znieście na dół wszystko, co byście chcieli. Później przyjedzie po to ciężarówka albo nawet zabierzemy moją”. „Dziękuję, panie majorze, ale nie wiem, jak by to widział pułkownik Korczyński, gdyby do niego słuchy doszły”.
Forst się żachnął i spojrzał na mnie uważnie przez zmrużone oczy. Po chwili zszedł po schodach, stanął przede mną i zapalił papierosa. „A wiesz, Tadek, że szef to się Stefan Jan Kilanowicz nazywa tak na naprawdę? Tak mu dali na chrzcie katoliccy rodzice z Warszawy. A nasza dzisiejsza akcja dołączenia do śledztwa odbywa się w pełnym porozumieniu z kapitanem Jerzym Kilanowiczem, szefem zachodnio pomorskiego UB, okręg trzeci, rodzonym bratem naszego pułkownika. Rodzonym bratem, wiedziałeś, Tadek?”.
„Nie za bardzo rozumiem, o co wam chodzi. To teraz jest Polska, więc rządzą się Polacy, towarzyszu. Pułkownika nie interesowało, co mam w spodniach, więc mnie jego katolickie pochodzenie oraz nepotyczne skłonności ani ziębią, ani grzeją”. „Nie interesowało go? To po co cię do siebie wezwał i wytykał antypolskie elementy w podaniu o przyjęcie do służby? Przecież to wszystko prawda jest, co napisałeś. Polacy wprowadzają się do żydowskich mieszkań i traktują je jak rekompensatę za wojenne udręki”.
Rozmowy, które zabijają
Patrzyłem na niego i próbowałem zrozumieć, dlaczego chce zohydzić mi Korczyńskiego. „Złoto powinno trafić do tych, którzy najbardziej za hitleryzmu ucierpieli, Tuwia. Nie do Warszawy”, powiedział w końcu. Spojrzałem mu w oczy. „Nadal nie rozumiem, o co panu chodzi, majorze. Jakie złoto?”.
„A wiesz, że Korczyński, którego tak się obawiasz i którego tak szanu jesz, to jesienią dwa lata temu zajął wieś Ludmiłówkę w województwie lubelskim? Tam się ukrywało przed Niemcami kil kadziesiąt żydowskich kobiet i dzieci. Oddział pułkownika zebrał ich wszystkich pod lasem i wystrzelał do nogi”.
„Wy też tych Żydów mordowaliście, towarzyszu majorze, przecież byliście wtedy w oddziale Korczyńskiego, już zrzuciliście hitlerowski ryngraf. Mordowaliście czy staliście z boku?”.
Zadałem to pytanie głośno, patrząc mu prosto w oczy, ale nie uzyskałem odpowiedzi, bo siła eksplozji wdmuchnęła do środka całą oszkloną werandę pałacu. Czarny, Rauch i Skarżyński zaczęli się po krótkiej chwili odkrzykiwać, że są cali, ale cały nie był szofer kapitana Forsta. Chwilę wcześniej obudził się z drzemki, otworzył szeroko wrota starej gorzelni i wjechał załadowaną meblami ciężarówką na minę przeciwpancerną zakopaną zaraz przed progiem.
Tekst jest fragmentem książki Bękarty Polski i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
Fot. poglądowa, Bieczyno, zrujnowany budynek gospodarczy (domena publiczna: KarinCox)
