To nie kule armatnie, nie fale o wysokości domów i nie morskie potwory siały największe spustoszenie na pokładach żaglowców. Najwięcej istnień pochłaniał wróg bez twarzy – cichy, podstępny, długo lekceważony. Szkorbut zamieniał dzielnych marynarzy w cienie ludzi, odbierając im siły, zmysły i nadzieję. Jego historia to opowieść o cierpieniu, niewiedzy… i powolnym dochodzeniu do prawdy.
Był odpowiedzialny za większą liczbę zgonów niż sztormy, zatonięcia okrętów, rany zadane w bitwach i podczas ciężkiej służby, a nawet wszystkie inne choroby razem wzięte. W latach 1500–1800 zabił, według jednych – milion, a według drugich – nawet dwa miliony ludzi. Szkorbut był najgorszą plagą mórz.
Najstarszy znany opis szkorbutu zawiera egipski papirus Ebersa sprzed 3500 lat. Objawy tej choroby opisał potem grecki lekarz Hipokrates (460–370 r. p.n.e.), a po nim Pliniusz Starszy (23–79 n.e.). Sami jednak chorych dotkniętych tą przypadłością nie widzieli – odnosili się do choroby wyjątkowej, rzadko spotykanej. W starożytności ze szkorbutem zetknął się natomiast Pyteasz. W 310 r. p.n.e. wyruszył z Marsylii i skierował się na wody północnej Europy. Wyprawa była długa i trudna. Żeglarze po dwóch latach wędrówki byli nie do poznania – schorowani, w większości bez zębów, ze spuchniętymi, gnijącymi dziąsłami.
Tak naprawdę plaga ta zaczęła nękać załogi żaglowców dopiero pod koniec XV wieku, stając się straszliwym skutkiem ubocznym wielkich odkryć geograficznych. Dlaczego? Po prostu wcześniej europejski handel morski odbywał się po przyległych morzach (Śródziemnym, Adriatyku, Bałtyku) – kabotażowo, od portu do portu. Czas spędzany na morzu nie był zbyt długi. Przykładowo, podróż morska z Lubeki do Gdańska trwała średnio od czterech do pięciu dni.
Bywało, że przebycie trasy z Lubeki do Bergen mogło trwać dziewięć dni, a przy niesprzyjającym wietrze – dwa do trzech tygodni. Doświadczeni hanzeatyccy marynarze, żeglując po Bałtyku, starali się nigdy nie tracić z oczu lądu. Robili to jedynie w przypadku podróży do Anglii czy Norwegii, gdy wypływali na pełne morze. W takiej sytuacji szkorbut nie był w stanie rozwinąć się u żeglarzy. Dziś wiemy, że szkorbut rozwija się w pełni po około siedemdziesięciu dniach bez dostarczania organizmowi odpowiedniej ilości witaminy C.
Okręty bez załóg
Sytuacja zmieniła się diametralnie wraz z poszukiwaniem drogi do Indii i odkryciami nowych lądów. Czas spędzany na morzu, bez uzupełniania zapasów, zaczęto mierzyć w miesiącach – wielu miesiącach.
Dziś wiemy, że dieta ówczesnych żeglarzy wprost prowadziła do rozwoju szkorbutu wśród załóg. Kolumb na cały rok podróży zaprowiantował wyprawę tak, by racja żywnościowa na jednego żeglarza wynosiła dziennie: 1 kubek wina, 500 gramów sucharów, 300 gramów peklowanego mięsa lub suszonej ryby. Do tego dodatkowo zabrano cebulę, suszone jarzyny, sery i przyprawy.
Magellan na dwuletnią podróż w pięć okrętów zabrał: 21 383 funty sucharów, 480 funtów oleju, 570 funtów peklowanego mięsa, 1 120 funtów sera, 200 baryłek sardynek, 238 tuzinów pęków ryb suszonych i 1 170 funtów ryby suszonej w beczkach. Zabrano też duże ilości fasoli, grochu, soczewicy, mąki, ryżu, cukru, czosnku, cebuli, rodzynków, fig, miodu itp.¹
Pomimo tak olbrzymich zapasów, po pewnym czasie załogi – oprócz szkorbutu – cierpiały po prostu na niedożywienie. Złe warunki przechowywania żywności i wszechobecna wilgoć powodowały, że zapasy ulegały zepsuciu, a część z nich musiała być zwyczajnie wyrzucana za burtę.
Ze szkorbutem zetknął się już Vasco da Gama podczas pionierskiego rejsu wokół Afryki do Indii (1497–1498):
– Ich dziąsła puchną, deformują się, ciało gnije, wydzielając przeraźliwy fetor – relacjonował żeglarz. – Nie mamy wprawy chirurgicznej ani lekarskiej, ale (…) trzeba mimo wszystko odkrawać i obcinać zgniłe ciało, bez czego chory rychło umiera.
(W pierwszym roku wyprawy 100 ze 160 ludzi załogi zapadło na szkorbut).
Na początku 1498 roku wszyscy na statku stracili na wadze, byli trupio bladzi, dziąsła im spuchły, były owrzodzone, czarne jak węgiel, a zęby się chwiały. Początkowo liczy się te, które wypadły, potem – te, które pozostały.
Jak opisuje w książce Historia kuchni polowej Andrzej Fiedoruk:
Już po minięciu Przylądka Dobrej Nadziei marynarze zaczęli narzekać na zmęczenie i osłabienie. Potem wystąpiły obrzęk dziąseł i wiotczenie mięśni (…). Opuchnięte dziąsła i wypadające zęby nie sprzyjały też żuciu sucharów i łykowatego mięsa, co dodatkowo potęgowało niedożywienie. Osłabieniu fizycznemu towarzyszyła apatia, która w efekcie doprowadzała też do demoralizacji załogi. […] Sytuacja pogarszała się i wkrótce na ciałach marynarzy zaczęły się pojawiać puchlina wodna i niebieskawe wrzody. Marynarze zaczęli cuchnąć i krwawić z nosa i ust.
Śmiertelność wśród marynarzy spowodowała, że Vasco da Gama zdecydował się spalić statek zaopatrzeniowy i jeden okręt, aby resztkami ich załóg uzupełnić braki marynarzy na pozostałych okrętach.²
Antonio Pigafetta, naoczny świadek wyprawy Magellana przez Pacyfik, tak opisał jej trudy:
Spędziliśmy następnie trzy miesiące i dwadzieścia dni, nie zaopatrując się w żywność ani inne świeże produkty. Żywiliśmy się wyłącznie starymi sucharami (…). Woda, którą piliśmy, miała kolor żółty i obrzydliwie cuchnęła. Jedliśmy wołowe skóry (…). Dlatego stało się mianowicie tak, że większości naszych ludzi popuchły górne i dolne dziąsła (…) – rozrosły się tak bardzo, że ludzie wcale nie mogli jeść.
Gnilec, jak też czasem nazywano szkorbut, pojawił się w 12. tygodniu podróży Vasco da Gamy i w ciągu jedenastu miesięcy wyprawy spowodował łącznie śmierć 120 marynarzy na 170. U Magellana pojawił się w 15. miesiącu podróży i doprowadził w ciągu trzech lat do straty 247 marynarzy z 265 zaokrętowanych.
Sytuacja wcale nie poprawiała się wraz z upływem lat. Dobitnym przykładem jest tu późniejsza o prawie 2,5 wieku wyprawa angielskiego lorda George’a Ansona.³ Z trwającej trzy lata i dziewięć miesięcy podróży dookoła świata, podczas której zdobyto na Hiszpanach ogromne skarby, wróciło jedynie 188 mężczyzn spośród 1 854, którzy wyruszyli ze Spithead 18 września 1740 roku. Aż 997 zmarło na szkorbut.
Lord Anson pozostawił nam też jeden z najbardziej ponurych opisów spustoszeń powodowanych przez szkorbut. Znaleźć go możemy w książce A Voyage Round the World in the Years 1740–1744:
Gdy sztormy wokół szalały, a okręty znajdowały się w niebezpieczeństwie, kiedy ludzie najbardziej potrzebowali sił, stawali się przygnębieni, kończyny im sztywniały, ich umysły przestawały pracować jasno. Jedna trzecia marynarzy leżała, jęcząc w swoich hamakach, zbyt osłabiona, by móc wyjść na pokład i próbować się ocalić. Zaczęły się im otwierać stare rany wojenne, na nowo krwawiąc. Dawne złamania znów pękały, dziąsła stawały się opuchnięte i brązowe, bolały i krwawiły, podczas gdy zęby zaczynały się chwiać i wypadały. Niektórzy odchodzili od zmysłów, niektórzy mieli mięśnie tak napięte, że kończyny trzymali blisko tułowia, inni po prostu gnili.
Większość z nich zmarła – głównie z powodu szkorbutu.
Ta sama choroba spowodowała, że Jean-François Galaup, książę de La Pérouse, w 1782 roku, podczas wyprawy do Zatoki Hudson, zdobył co prawda dwa forty angielskie, ale spośród jego 536 marynarzy na szkorbut zachorowało 400, zmarło zaś 70. W połowie XVIII wieku za zupełnie „normalne” uważano, że przy długotrwałym przebywaniu na morzu straty w ludziach spowodowane szkorbutem wynoszą 50 procent!
Szkorbut i lekceważenie wiedzy praktycznej
Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział dokładnie, co wywołuje tę przerażającą chorobę. Jeden z poruczników Ansona, Philip Saumarez, napisał, iż szkorbut
(…) wyraża się w objawach trudnych do rozpoznania (…). Żadni lekarze, korzystając ze swej wiedzy medycznej, nie potrafią też znaleźć na niego lekarstwa. Wyraźnie jednak widać, że jest w ludzkim ciele jakieś je ne sais quoi, którego nie da się utrzymać (…) bez pomocy określonych pierwiastków ziemskich.
Było za to wiele koncepcji leczenia szkorbutu. Napisano o nim tuziny traktatów, w których jako przyczynę identyfikowano ohydne wapory, wilgoć, nadmiar czarnej żółci, lenistwo, zatrucie miedzią, dziedziczenie lub zatamowaną perspirację. Zakładano m.in. zaburzenie równowagi między czterema płynami ciała (humorami) – krwią, żółcią, śluzem (flegmą) i czarną żółcią. Zalecano więc oczyszczanie słoną wodą, upuszczanie krwi, dodawanie kwasu chlorowodorowego do wody pitnej, smarowanie otwartych ran roztworem rtęci, picie piwa bezalkoholowego i inne bezskuteczne metody.
Jednocześnie pojawiało się wiele wskazówek, co skutecznie leczy szkorbut.
W 1586 r. Thomas Candish, podczas swojej misji żeglarskiej, zauważył, że objawy szkorbutu ustępują po spożyciu ziela zwanego scurvygrass (Cochlearia officinalis), o którym dzisiaj wiemy, że zawiera tyle samo kwasu askorbinowego, co sok z pomarańczy.
Już w 1593 roku Anglik sir Richard Hawkins zaobserwował, że cytryny mogą być skutecznym lekarstwem, i potwierdził to w 1601 roku podczas transoceanicznego rejsu z Anglii do Indii – podobnie jak szwedzki admirał Henrik Claesson Fleming w roku 1628.
Można śmiało powiedzieć, że już na początku XVII wieku istniały dość mocne, praktyczne dowody pozytywnego działania świeżych warzyw i owoców, a zwłaszcza soku z cytrusów. James Lancaster, który dowodził pierwszą podróżą Kompanii Wschodnioindyjskiej, podczas licznych podróży do Brazylii i Wschodnich Indii stosował wśród swojej załogi sok z cytryny, osiągając w walce ze szkorbutem umiarkowane sukcesy – m.in. podczas wyprawy w latach 1601–1603 oraz w 1604 i 1607 r.
Tacy chirurdzy, jak William Clowes czy John Woodall, również zalecali w swoich naukowych opracowaniach z początku XVII wieku stosowanie soku pozyskiwanego m.in. z cytryny, limonki i tamaryndy w celu leczenia szkorbutu.
Również uczestnicy wypraw zauważali i pisali w swoich relacjach, że stan pacjentów szybko się poprawia podczas postojów, gdy dostępne są świeże produkty, w szczególności owoce z rodzaju cytrusów (cytryna, pomarańcza, grejpfrut…).
W 1604 r. odkrywca François Martin w swoim Opisie pierwszej podróży do Indii Wschodnich wspominał:
Nie ma nic lepszego, aby uchronić się przed tą chorobą, niż częste spożywanie soku z cytryny lub pomarańczy albo częste spożywanie owoców. Inaczej będziesz musiał zaopatrzyć się w syropy z limonki, szczawiu, berberysu, zioła zwanego coclearia, które wydaje się nieść w sobie prawdziwe antidotum i należy często go używać.
William Cockburn, który był doradcą medycznym floty w 1695 r., z powodzeniem zastosował świeże warzywa (kapustę, marchew i rzepę) w grupie 100 marynarzy ze szkorbutem, odnosząc sukces. Wyniki jego obserwacji przyczyniły się do sformułowania w 1701 r. zaleceń dla marynarki wojennej, które obejmowały wzbogacanie diety marynarzy o świeże warzywa i owoce. Nie stosowano jednak tych zaleceń konsekwentnie.
Dlatego w XVIII wieku choroba dalej zbierała swoje żniwo. O tym, jak wielkie one były, mówi raport z 1763 roku, opracowany przez Wielką Brytanię. Według statystyk, w ciągu zaledwie jednego roku trwania wojny siedmioletniej, którą Brytyjczycy prowadzili z Francuzami, na 184 999 brytyjskich żołnierzy, którzy zginęli, aż 133 708 umarło na skutek chorób, natomiast 1 512 straciło życie w czasie bitew.
Praktycy mają głos
Żeglarze domyślali się jednak, że choroba może być związana z pożywieniem. Śmiało można powiedzieć, że już w XVII wieku wiedza o tym, że świeża żywność – w tym obecność w diecie warzyw i owoców – pomaga zapobiegać skutkom szkorbutu, była wśród doświadczonych żeglarzy dosyć powszechna. Nie wiedziano niestety, które pokarmy są najlepsze – co gorsze, nie znano też sposobów ich skutecznego przechowywania. Doświadczenie wskazywało im jednak na wyjątkową skuteczność cytrusów.
Dlatego Holendrzy już w tym wieku zaczęli zakładać sady cytrusowe wzdłuż szlaku oceanicznego dookoła Afryki. Początkowo robili to po prostu holenderscy kapitanowie pływający na tej trasie. W ich ślady poszli Anglicy na Wyspie Świętej Heleny i Francuzi na Isle de France.
W 1747 r. szkocki lekarz James Lind, służący w brytyjskiej marynarce wojennej, przeprowadził pierwsze w miarę naukowe testy dotyczące szkorbutu. Podzielił tuzin chorych marynarzy na sześć par. Każdej z nich aplikował coś innego: sok z jabłek, roztwór witriolu (kwasu siarkowego), ocet, napar z ziół, wodę morską oraz cytrusy. Wyraźnie lepiej poczuli się tylko otrzymujący cytrusy; pewien pozytywny efekt zaobserwowano też w grupie otrzymującej cydr. James Lind opublikował wyniki doświadczenia pięć lat później, ale rewolucji w diecie brytyjskich żeglarzy to nie wywołało.
Z kolei na walory kapusty zwrócił uwagę niejaki John Pringle – podczas wojny siedmioletniej (1756–1763) zauważył, że panujący wśród jeńców szkorbut ustępował, gdy podawano im świeże jarzyny. Potwierdzenie swoich przypuszczeń, że podobnie dobroczynne działanie ma kiszona kapusta, znalazł w pismach Katona i Pliniusza. Inni lekarze sugestię Pringle’a jednak wyśmiali, ale admiralicja postanowiła zaryzykować.
Kiedy w roku 1768 James Cook na statku „Endeavour” rozpoczął pierwszą ze swoich słynnych wypraw na Pacyfik, jednym z jej – pobocznych – celów było właśnie przetestowanie najnowszych metod walki ze szkorbutem. Brytyjska Admiralicja nakazała kapitanowi zastosowanie podczas podróży doświadczalnych środków przeciw chorobie: brzeczki słodowej, właśnie kiszonej kapusty, kostek warzywno-mięsnych dodawanych do owsianki lub gotowanego grochu.
Na szkorbut nie zmarł ani jeden z członków jego załogi.
Dopiero dziś wiemy, że Cook uratował załogę nie tylko dzięki tym zaleceniom, ale również dlatego, że systematycznie uzupełniał w miejscach postoju marynarską dietę o świeże warzywa i owoce.
Przełomem angielski grog
Mówi się, że kropla drąży skałę. Wszystkie doświadczenia marynarzy zaowocowały wreszcie w 1795 roku, kiedy to marynarka brytyjska (pod naporem argumentów, ale i uporu lekarza sir Gilberta Blane’a) zdecydowała o wprowadzeniu powszechnego stosowania soku z cytryny jako uzupełnienia podstawowej diety brytyjskich marynarzy.
Ciekawy był też sam sposób podawania soku marynarzom. W marynarce brytyjskiej członkom załóg na wodach tropikalnych, w celu zabezpieczenia przed chorobami, wydawano brandy lub wódkę, które w 1688 roku (po opanowaniu Jamajki) zastąpiono rumem.
W 1740 roku wiceadmirał Edward Vernon, aby zapobiec zbieraniu mocnego alkoholu przez marynarzy, a następnie spożywaniu go aż do upicia, wprowadził przymusowe rozcieńczanie rumu w proporcji pół pinty do jednej kwarty wody (1:4), wydawane dwa razy dziennie – tak powstał grog.
Pod koniec XVIII wieku dodano jeszcze 21 gramów soku z cytryny i odrobinę cukru. W takiej postaci grog wydawano załogom angielskich okrętów aż do 31 lipca 1970 roku.
Zwolennicy przydziałowego rumu ochrzcili ten dzień mianem „Black Tot Day”, a wielu założyło tego dnia czarne opaski na ramionach i wylewało swoją rację do morza jako symboliczny „pochówek” ukochanej tradycji.
W marynarce australijskiej z porcji rumu zrezygnowano w 1921 roku, kanadyjska Royal Canadian Navy zrobiła to dopiero w 1972, a tradycja najdłużej przetrwała w marynarce Nowej Zelandii – aż do 1990 roku.
Spożywanie soku cytrynowego zdecydowanie poprawiło stan zdrowia brytyjskich żeglarzy. Przyczynił się do tego również słynny angielski admirał Nelson, który zamówił u dostawców floty 50 tys. galonów cytrynowego soku. Wiedział, co robi – a angielska marynarka wojenna niepodzielnie panowała wtedy na morzach. W jakiejś części – dzięki pokonaniu zmory szkorbutu.
Prawdziwy przełom
Później bywało różnie, często gorzej. Niestety, decyzja marynarki brytyjskiej – a za nią wielu innych flot – nie zakończyła plagi szkorbutu. Różne błędy, brak konsekwencji w stosowaniu sprawdzonych metod, oszustwa kontrahentów (zamiana limonek w miejsce cytryn) powodowały nawroty szkorbutu. To podważało wiarę w skuteczność cytrynowej terapii.
Prawdziwy przełom nastąpił dopiero na początku XX wieku. Wtedy to Kazimierz Funk, polski biochemik żydowskiego pochodzenia, wysunął koncepcję istnienia witamin – związków biochemicznych, które miały przeciwdziałać takim chorobom, jak beri-beri, pelagra czy właśnie szkorbut.
Ostatecznie witaminę C wyizolował w 1928 roku Albert Szent-Györgyi, uhonorowany za to Nagrodą Nobla w 1937 roku.
Od tego czasu nie ma większych problemów ze szkorbutem, choć sporadycznie pojawia się tam, gdzie generalnie brakuje żywności i odpowiedniej opieki medycznej.
Bibliografia:
- Boxer C.R., Morskie imperium Holandii 1600-1800, Gdańsk 1980.
- Bown Stephen R., Wyspa niebieskich lisów. Legendarna wyprawa Beringa, Poznań 2020.
- Długosz Zbigniew, Historia odkryć geograficznych i poznania Ziemi, PWN 2021.
- Fiedoruk Andrzej, Historia kuchni polowej. Na kulinarnym zapleczu armii świata – od starożytności do współczesności, 2024.
- Koczorowski Eugeniusz, Z eskulapem na morzu, Gdańsk 1977.
- Mickiewicz Marian, Z dziejów żeglugi, Warszawa 1971.
- Walter Richard, Wyprawa lorda Ansona dookoła świata, Gdańsk 1978.
- Seyda B., Dzieje medycyny w zarysie, cz. 1 Warszawa 1962, cz. 2 Warszawa 1965.
- Da Silva Jose Gentil, Morskie dzieje Portugalczyków, Gdańsk 1987.
Przypisy:
1. Z eskulapem na morzu, Eugeniusz Koczorowski, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1977, s. 81
2. 4 lipca 1497 roku stu siedemdziesięciu marynarzy z da Gamą na czele wyruszyło czterema statkami. Do Portugalii wróciło tylko 55 ludzi na dwóch statkach wypełnionych przyprawami i klejnotami.
3. Wyprawa lorda George’a Ansona, znana również jako Ekspedycja Ansona dookoła świata, odbyła się w latach 1740-1744. Celem wyprawy było zaatakowanie hiszpańskich kolonii w Ameryce Łacińskiej, zdobycie hiszpańskiego srebra i osłabienie hiszpańskiej floty w okresie wojny o sukcesję austriacką. Ekspedycja rozpoczęła się 18 września 1740 roku w Plymouth w Anglii, gdzie flota lorda Ansona, składająca się z okrętów wojennych: Centurion o wyporności 1,005 ton, 60 dział, 400 ludzi, Gloucester (853 tony, 50 dział, 300 ludzi), Severn (853 tony, 50 dział, 300 ludzi), Pearl (600 ton, 40 dział, 250 ludzi), Wager (599 ton, 24 działa, 120 ludzi), Tryal (200 ton, 8 dział, 70 ludzi). Dwa statki handlowe, Anna i Industry, miały przewozić dodatkowe zaopatrzenie. W 1744 roku, po zatrzymaniu się na wielu wyspach Pacyfiku, Georg Anson w końcu powrócił do Anglii, przyprowadzając jeden okręt – Centurion.