Stanisław Grzesiuk, Trylogia bez cenzury
Niektóre książki nie starzeją się nigdy – zwłaszcza gdy ich autor pluje w twarz wojnie, śmierci i systemowi, a potem jeszcze do tego przygrywa na bandżoli. Gdy czytasz jego wspomnienia, nie wiesz, czy bardziej śmiać się, czy płakać – bo historia warszawskiego cwaniaka to miks ulicznej łobuzerki i obozowego koszmaru. I właśnie w tym surowym, nieoszlifowanym tonie tkwi siła opasłej książki Trylogia bez cenzury – po raz pierwszy bez przemilczeń, pudrowania i poprawności. Prawda, która potrafi zaśmiać się nawet z końca świata.
Czy dziś potrzebujemy jeszcze opowieści warszawskiego cwaniaka sprzed kilkudziesięciu lat? Jeśli choć raz słyszałeś o Stanisławie Grzesiuku – bardzie Czerniakowa i kronikarzu przedwojennej ulicy – to wiesz, że jego książki to klasyka. Teraz powracają w wyjątkowej formie: Trylogia bez cenzury to po raz pierwszy pełne wydanie wszystkich trzech tomów wspomnień Grzesiuka, bez skreśleń i ingerencji cenzury.
Trzymasz więc w rękach opasły tom (1144 strony!) zawierający Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu i Na marginesie życia – historię życia człowieka, który przeżył piekło obozów koncentracyjnych, a mimo to potrafił śpiewać i żartować z życia. Zaraz przekonasz się, dlaczego ta książka w PRL rozchodziła się na pniu, a dziś – po odtajnieniu ocenzurowanych fragmentów – zyskała nowe znaczenie.
Trylogia bez cenzury na tle historycznym
Stanisław Grzesiuk (1918–1963) to postać legendarna polskiej kultury – ikona stolicy, piewca jej dawnego życia i barwnej ferajny (czyli barwnej warszawskiej ulicznej paczki). Urodził się na Lubelszczyźnie, lecz od dziecka mieszkał na warszawskim Czerniakowie, robotniczej dzielnicy słynącej z ciętego humoru i bujnego folkloru.
Tam nauczył się gwary warszawskiej – lokalnego żargonu – i przyjął zasadę życiową „boso, ale w ostrogach” (żyj z honorem, choćbyś nic nie miał). Grzesiuk był z zawodu elektrykiem, z zamiłowania pieśniarzem podwórkowym (grał na bandżoli, czyli bandżo – małej gitarze banjo) i duszą towarzystwa. Jego świat brutalnie przerwała wojna: w 1940 r. został złapany w łapance i wywieziony na roboty do Niemiec.
Za próbę ucieczki trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau, a stamtąd po kilku miesiącach przeniesiono go do obozu Mauthausen-Gusen. W piekle obozowym przetrwał m.in. dzięki muzyce – został członkiem obozowej orkiestry i zdołał nawet sprowadzić do obozu swoją bandżolę, na której potem grał do końca życia. Gdy w maju 1945 r. wolność przynieśli Amerykanie, wycieńczony Grzesiuk wrócił do Polski z ciężką gruźlicą płuc. Choroba skazała go na lata leczenia w sanatoriach – i właśnie tam zaczął spisywać swoje wspomnienia.
Literacki debiut Grzesiuka okazał się sensacją w Polsce Ludowej. Jego pierwsza książka, Pięć lat kacetu, wydana w 1958 r., szybko znikała z księgarń. Następne tomy – Boso, ale w ostrogach (o dzieciństwie i młodości autora) oraz Na marginesie życia (o zmaganiach z chorobą) – ugruntowały jego popularność. Trylogia Grzesiuka stała się kultowa: mówi się, że to największy literacki fenomen PRL – książki rozchodziły się w ciągu kilku tygodni, a czytelnicy pisali listy z prośbą o dodruki.
Sam autor z właściwą sobie skromnością nie uważał się za pisarza, a jednak jego wspomnienia pochłonęły kilka milionów Polaków. Grzesiuk zmarł w 1963 r., nie doczekawszy wolnej Polski, ale pozostawił po sobie żywy pomnik języka i doświadczeń pokolenia wojny. Wraz ze Stefanem „Wiechem” Wiecheckim zalicza się go do najważniejszych twórców stołecznego folkloru.
Dlaczego „bez cenzury”? Otóż pierwotne wydania książek Grzesiuka – choć powstałe za odwilży gomułkowskiej – były jednak poddane pewnym korektom. Wydawca i cenzor usuwali fragmenty uznane za zbyt kontrowersyjne, drastyczne lub “niepedagogiczne”. Grzesiuk, debiutant, przystał na złagodzenie niektórych ocen i opisów, zwłaszcza gdy ostro pisał o zachowaniach współwięźniów czy makabrze obozowej codzienności.
Teraz, po latach, dzięki odnalezionym rękopisom możemy poznać całą prawdę, jaką spisał autor – z okazji setnej rocznicy urodzin porównano teksty z maszynopisami i przywrócono wszystkie fragmenty usunięte przez cenzurę.
Wreszcie dostajemy trylogię w pełnym brzmieniu, bez przemilczeń. Co więcej, poznajemy prawdziwe intencje autora – na przykład w oryginale Pięciu lat kacetu Grzesiuk dopisał, że chce, aby jego dzieci po lekturze nauczyły się nienawidzić faszyzmu i wojny (by zrozumiały, czym jest zło wojny). Tę antywojenną puentę usunięto w 1958 r., a dziś wreszcie możemy ją przeczytać i odczytać przesłanie pisarza wprost.
Główne wątki i język trylogii
Trzy części autobiografii Grzesiuka tworzą fascynującą podróż przez różne etapy jego życia i polskiej historii. Boso, ale w ostrogach przenosi nas w świat międzywojennej Warszawy, widziany oczami dorastającego chłopaka z ulicy. Grzesiuk snuje tam barwne opowieści o przedwojennym półświatku – ulicznych bójkach, pierwszych miłostkach, kradzieżach w bramach i sąsiedzkiej solidarności.
Wszystko to opisane jest lekkim, nieco żartobliwym stylem, który celowo kontrastuje z niełatwą rzeczywistością ówczesnych biednych dzielnic. Autor nie analizuje dogłębnie zjawisk społecznych (nie był przecież socjologiem ani badaczem, jak sam przyznaje), za to mówi szczerze i od serca, tak jak pamięta. Tę potoczność i prostotę można poczytać za zaletę – dostajemy autentyczny, szczery obraz warszawskiej ulicy, w dodatku nasycony oryginalnym humorem. Jednocześnie utrwalona została gwara warszawska tamtych lat.
Przygotuj się więc na słowa i powiedzonka, które dziś wyszły z użycia: ferajna (paczka kolegów), majcher (nóż), kiełbasa podróżna (kaszanka), na rukcug (na kredyt) i dziesiątki innych smaczków językowych. Czasem trzeba się domyślać z kontekstu, bo wydawca nie dodał przypisów tłumaczących te wyrażenia – to może lekko zmęczyć czytelnika nieobeznanego z gwarą, ale zarazem czyni lekturę niezwykle klimatyczną. Masz wrażenie, że sam siedzisz na przedwojennej uliczce, a obok Grzesiuk opowiada Ci swoje przygody, wtrącając autentyczne dialogi i cwaniackie porady.
Środkowa część trylogii – Pięć lat kacetu – to relacja z obozów koncentracyjnych Dachau, Mauthausen i Gusen. Paradoksalnie, ta najbardziej wstrząsająca opowieść napisana jest nadal zadziwiająco lekkim tonem. Grzesiuk nie roztkliwia się nad sobą, nie epatuje patosem ani grozą – raczej opisuje koszmar obozowej rzeczywistości z dystansem i czarnym humorem. Momentami ma się wrażenie, jakby miły wujaszek opowiadał przy kominku straszne historie – z uśmiechem i wdziękiem.
Oczywiście ten styl budzi kontrowersje: niektórzy uważają, że o takich tragediach nie wypada pisać językiem gawędy. Sam Grzesiuk zapewne zdawał sobie z tego sprawę – w powojennych listach niektórzy współwięźniowie zarzucali mu nawet koloryzowanie i jednostronność. Jednak wielu czytelników doceniło właśnie brak egzaltacji i szczerość jego przekazu.
Autor pokazuje obozowe realia bez upiększeń – opisuje głód, choroby, śmierć na każdym kroku, a jednocześnie zdradza swoje przepisy na przetrwanie: spryt, humor, wzajemna pomoc i odrobina szczęścia. Dzięki najnowszemu wydaniu widzimy pełniej te „cwaniackie sposoby na przeżycie”, o których wcześniej milczały ocenzurowane wersje.
Cwaniakowanie, kombinowanie – jakkolwiek to brzmi – było często warunkiem przeżycia w obozie i Grzesiuk to przyznaje otwarcie. Jego wspomnienia wpisują się tym samym w powojenną literaturę obozową (tzw. lagrową), ale się od niej odróżniają. Zamiast tonu martyrologii mamy tu język uliczny, rubaszny humor i bohatera, który za punkt honoru stawia sobie nie dać się upodlić. Taka postawa daje niezwykły obraz siły człowieczeństwa – i jednocześnie demaskuje brutalną prawdę: żeby przeżyć, często trzeba było schować wstyd i kombinować, co w 1958 r. mogło być trudne do przełknięcia dla wielu (stąd ingerencje wydawcy). Teraz możemy to ocenić samodzielnie.
Ostatnia część trylogii – Na marginesie życia – diametralnie różni się nastrojem. Tu młody niegdyś zawadiaka jest już schorowanym, doświadczonym przez los mężczyzną, który wie, że umiera. Grzesiuk pisał tę książkę w cieniu nadchodzącej śmierci, rozczarowany swoim stanem zdrowia i trudną sytuacją chorych na gruźlicę w powojennej Polsce. To najsmutniejsza i najbardziej refleksyjna część trylogii.
Autor rozlicza się z życiem, wspomina kolegów z sanatoriów, którzy odchodzili jeden po drugim, i gorzko komentuje to, jak społeczeństwo traktuje gruźlików – właściwie spisanych na straty, żyjących na marginesie (stąd tytuł). Mimo tak przygnębiającej tematyki Grzesiuk nie wpada w melodramatyczny ton. Pozostaje wierny sobie: pisze prosto, bez łzawych sentymentów, czasem nawet z przekorą.
Dzięki temu paradoksalnie wzrusza jeszcze bardziej – bo jego powściągliwość i autentyczność uderzają czytelnika mocniej niż niejedna łza. Ta część nie jest może tak „efektowna” jak poprzednie (brakuje tu awanturniczych przygód czy czarnego humoru), ale ma ogromną wartość poznawczą i emocjonalną. To świadectwo walki z chorobą w czasach, gdy antybiotyki raczkowały, a każdy oddech mógł być ostatnim.
Dobrze się stało, że dostajemy ją w pakiecie z pozostałymi – wielu czytelników może wcześniej po nią nie sięgało, a dopiero mając całą trylogię naraz przeczyta ją do końca. Warto, bo Na marginesie życia pięknie domyka historię Grzesiuka, pokazując go z innej – poważniejszej – strony.
Wszystkie trzy tomy razem tworzą pełny portret niezwykłego człowieka i epoki. Mamy tu doświadczenie przedwojennej ulicy, traumę wojny i gorycz powojennej rzeczywistości, wszystko opowiedziane jednym głosem – rubasznym, szczerym, czasem nostalgicznym. Oczywiście trzeba pamiętać, że są to wspomnienia pisane z perspektywy autora, więc na pewno subiektywne.
Pamięć bywa zawodna, a każdy ma skłonność przedstawić siebie w lepszym świetle – Grzesiuk też mógł co nieco podkolorować lub pominąć. Jednak nawet jeśli coś podrasował, zrobił to na tyle zręcznie i mało zauważalnie, że czytelnik ma poczucie obcowania z prawdą.
Ta trylogia nie jest historyczną kroniką ani analizą – to gawęda człowieka, który „tam był”, przeżył i opowiada nam po swojemu, co widział. Właśnie w tym tkwi jej siła – w doświadczeniu i wiarygodności narratora. Grzesiuk nie był zawodowym literatem, ale miał dar snucia opowieści i autentyczne życiowe kompetencje do ich opowiedzenia. Dzięki temu jego książki do dziś uchodzą za jedne z najbardziej wiarygodnych świadectw życia warszawskiej biedoty i piekła obozów koncentracyjnych.
Wydanie Trylogii bez cenzury: redakcja i barwione brzegi
Wydawnictwo Prószyński Media stanęło na wysokości zadania, przygotowując to nowe wydanie. Przede wszystkim od strony tekstowej dostajemy pełną, nieokrojoną wersję trylogii, co wymagało benedyktyńskiej pracy redakcyjnej. Wszystkie przywrócone fragmenty zostały wyraźnie oznaczone w tekście pogrubioną czcionką – dzięki temu czytelnik od razu wie, które ustępy były kiedyś wycięte przez cenzurę.
To świetne rozwiązanie: transparentne i zarazem pozostawiające wybór – możesz skupić się na samej historii lub, jeśli masz ochotę, tropić ciekawostki dodane po latach. W książce znajdziemy również kilka słów od wydawcy na temat tej edycji (wyjaśnienie, skąd wzięły się przywrócone akapity i jak je rozpoznać).
Pod względem technicznym książka prezentuje się naprawdę znakomicie. Mimo ogromnej objętości jest wydrukowana na lekkim papierze, dzięki czemu tom nie ciąży w ręku tak bardzo, jak można by się obawiać. Układ tekstu i czcionka są czytelne – zastosowano klasyczny krój pisma, odpowiedni rozmiar i marginesy, więc strony czyta się komfortowo, bez męczenia wzroku. Dodatkowym ułatwieniem jest wyraźne oznaczenie miejsc, w których kończą się kolejne części trylogii – każda z trzech książek zaczyna się od nowego tytułowego frontispisu, co pozwala odetchnąć między opowieściami.
Oprawa jest twarda, solidnie zszyta, co przy tak grubym woluminie ma ogromne znaczenie (kartki nie wypadają, grzbiet się nie łamie). Całość sprawia wrażenie wydania premium, przygotowanego z myślą, by przetrwało długie lata i cieszyło oko bibliofila.
Okładka zbiorczego wydania ma żywą, nowoczesną grafikę i barwione brzegi z wizerunkiem Stanisława Grzesiuka grającego na bandżoli (banjo). Kolorowa oprawa oraz ilustracje na brzegach przykuwają wzrok od pierwszej chwili.
Okładka i jej symbolika
Warto zatrzymać się dłużej przy okładce i oprawie graficznej, bo wydawca wykonał tu kawał dobrej roboty, a przy tym zawarł ciekawy dialog z treścią książki. Okładka zaskakuje współczesnym designem – krzykliwe kolory, duże litery układające się w nazwisko GRZESIUK, a wszystko to w stylu nieco komiksowo-popartowym.
To śmiały zabieg artystyczny, który ma wyróżnić książkę na półce i zachęcić nowych czytelników. Można wręcz powiedzieć, że wydawca poszedł za modnym trendem tworzenia kolekcjonerskich edycji klasyki – „Trylogia bez cenzury” wygląda nowocześnie i efektownie, choć opowiada o sprawach sprzed ponad pół wieku.
Na pierwszy rzut oka ta jaskrawa forma może wydawać się nieco sprzeczna wobec poważnej treści – bo czy wypada oblekać tragedię obozów w jaskrawe barwy? Ale tu z pomocą przychodzi symbolika grafiki.
Z intensywnie barwnych brzegów książki spogląda na nas sam Grzesiuk – stylizowany portret autora z jego ukochanym banjo. Ten zabawny obrazek (Grzesiuk z uśmiechem gra na bandżoli) to klucz do tonu opowieści. Pokazuje nam człowieka pełnego życia i humoru, który nawet w obliczu śmierci trzymał się muzyki i uśmiechu.
Banjo to nie tylko rekwizyt – to symbol nadziei i wolności. Przecież to dzięki muzyce Grzesiuk przeżył obóz, a po wojnie swoimi piosenkami („Siekiera, motyka”, „Bal na Gnojnej”) niósł radość innym. Okładka z banjo przypomina nam, że w tej historii – obok mroku – jest też światło, śmiech i śpiew. To bardzo dobrze koresponduje z treścią trylogii: dokładnie tak Grzesiuk radził sobie z losem – grając i żartując z samego siebie.
Grafika na okładce i wklejki utrzymane są w tej samej stylistyce, co barwione brzegi – tworzą spójną całość. Intensywne, kontrastowe kolory mogą wydawać się bardzo jaskrawe, ale jednocześnie oddają energię i charyzmę Grzesiuka. Wszak mówimy o człowieku, który miał charakter, pazur i barwną osobowość – a taka właśnie jest ta okładka.
Nowy odbiorca, niezaznajomiony z twórczością Grzesiuka, na pewno zwróci uwagę na tę książkę w księgarni – a po przeczytaniu zrozumie, że ta feeria barw niesie w sobie ważne przesłanie. Życie, nawet najtrudniejsze, ma też kolory, jeśli potrafimy je dostrzec. Okładka Trylogii bez cenzury świetnie oddaje właśnie tę mieszankę tragedii i uśmiechu, która płynie z kart książki.
Mocne i słabsze (troszkę) strony
Grzesiuk opisuje własne przeżycia bez upiększeń i fałszu, co sprawia, że czytelnik mu wierzy. Czuć, że to relacja naocznego świadka – od ulicznych bójek po obozowe dramaty – a nie wymyślona historia. Ta autentyczność ma ogromną wartość historyczną, bo z pierwszej ręki poznajemy realia przedwojennej Warszawy, życia w obozach czy walki z chorobą.
Niewątpliwym atutem jest język Grzesiuka – soczysty, potoczny, pełen gwarowych smaczków. Dzięki niemu opowieść tętni życiem i barwą. Humor (często czarny) przebijający nawet w najtrudniejszych momentach nadaje książce unikalny ton. To nie jest suchy pamiętnik – to gawęda, która śmieje się losowi w twarz, co zostaje w pamięci na długo.
Mimo lekkiego stylu, książka potrafi głęboko poruszyć. Grzesiuk nie gra na tanich emocjach, ale właśnie ta powściągliwość sprawia, że pewne sceny chwytają za gardło. Los więźniów obozów, śmierć kolegów, odchodzenie samego autora – wszystko to układa się w przejmującą lekcję o wartości życia, przyjaźni i godności. Trylogia ma też wymiar uniwersalny: uczy, jak zachować człowieczeństwo w nieludzkich warunkach i dlaczego warto nienawidzić wojny.
Dostajemy pełną wersję trylogii, z przywróconymi fragmentami – to ogromny plus dla miłośników literatury faktu. Wreszcie można poznać zamysł autora w całości, bez cenzorskich cięć. Dodatkowo, wydanie jest piękne wizualnie i solidne (twarda oprawa, barwione brzegi, czytelny druk), co uprzyjemnia lekturę i czyni z książki atrakcyjny przedmiot sam w sobie.
Jednak osoby niezaznajomione z realiami przedwojennej Warszawy czy żargonem więźniów mogą momentami czuć się zagubione. Gwara warszawska, liczne kolokwializmy i historyczne aluzje nie zawsze są wyjaśnione. Przydałby się słowniczek lub przypisy tłumaczące np. mniej oczywiste powiedzenia (np. klawo, jak cholera – czyli świetnie, doskonale). Ich brak to drobne utrudnienie, zmuszające do samodzielnych poszukiwań lub domyślania się z kontekstu.
Jak każda autobiografia, tak i ta trylogia jest pisana z perspektywy autora, który mógł pominąć niewygodne szczegóły lub przedstawić siebie nieco korzystniej. Niektórzy krytycy wskazywali, że Grzesiuk czasem przemilczał cudze zasługi albo łagodził własne przewinienia. Jeśli szukasz obiektywnego, pełnego obrazu opisywanych wydarzeń, musisz pamiętać o tej subiektywnej ramie. Jednak warto dodać, że w wydaniu bez cenzury ten obraz jest pełniejszy niż kiedykolwiek – więc zarzut stronniczości traci na sile.
Czytając całość od deski do deski, zauważysz, że poszczególne części różnią się stylem i klimatem. Przeskok od awanturniczej młodości (Boso...) do mrocznych lat obozu, a potem do refleksji o śmierci może być wyzwaniem. Nie każdemu spodoba się każda z tych odsłon – np. ktoś oczarowany humorem pierwszego tomu może mieć trudność z przygnębiającym tonem ostatniego. Jako całość trylogia jest bogata, ale emocjonalnie wymagająca. Dobrze robić sobie przerwy między tomami, by „przetrawić” jedną opowieść, zanim wejdzie się w następną.
Styl gawędziarski, pełen dygresji i anegdot, ma swój urok, ale też może nie przypaść do gustu czytelnikom oczekującym literackiej finezji czy głębokiej analizy psychologicznej. Grzesiuk pisze prosto, czasem aż nazbyt prostolinijnie, powtarza pewne frazy, nie zagłębia się w introspekcje. Dla jednych będzie to zaleta (bo czyta się łatwo i przyjemnie, jak rozmowę z przyjacielem), dla innych wada – bo brakuje literackich fajerwerków czy filozoficznych refleksji. Warto być tego świadomym, sięgając po trylogię.
Podsumowanie i ocena
Czy warto sięgnąć po Trylogię bez cenzury? Tak, tak i jeszcze raz tak! To coś więcej niż tylko zbiór książek – to żywa historia opowiedziana ludzkim głosem. Grzesiuk zabierze Cię w podróż od przedwojennych ulic, przez obozowe baraki, po szpitalne sale, a zrobi to tak, jakbyście gadali po przyjacielsku przy butelce piwa.
Jego opowieści bawią, uczą, wzruszają i dają do myślenia. W nowym wydaniu nabierają dodatkowej głębi – nieocenzurowane, szczerze do bólu – stanowią ważne świadectwo historyczne i społeczne. Można śmiało powiedzieć, że Grzesiuk to dziś nie tylko autor kultowy, ale i wiarygodny kronikarz swoich czasów (co potwierdzają badacze, rodzina i edytorzy, którzy przywrócili mu pełnię głosu).
Jeśli cenisz literaturę faktu, pamiętniki wojenne czy po prostu dobre, prawdziwe historie – ta trylogia jest pozycją obowiązkową. Książkę czyta się jednym tchem, a po skończeniu długo pozostaje w pamięci. To również piękne wydanie do kolekcji – cieszy oko na półce i serce podczas lektury. Jak zauważył redaktor tej edycji, Michał Nalewski, dopiero teraz możemy w pełni poznać intencje i słowa Grzesiuka, więc nawet jeśli czytałeś go kiedyś – warto przeczytać jeszcze raz, bez cenzury.
Trylogia bez cenzury to książka, która rozbawi Cię, wstrząśnie Tobą i czegoś ważnego nauczy. Tak jak miliony czytelników przed Tobą, prawdopodobnie pokochasz tego warszawskiego zawadiakę i jego opowieści. A gdy zamkniesz ostatnią stronę, zostaniesz z refleksją, że najlepsze scenariusze pisze samo życie – nawet, jeśli czasem ocenzuruje je historia. Gorąco polecam tę lekturę – to kawał dobrej literatury i prawdziwej historii w jednym.
Uważaj – bo jak już zaczniesz czytać Grzesiuka, to ani się obejrzysz, a wciągnie Cię on na amen. I choć nieraz zrobi się „niehalo” (niefajnie) na sercu, to koniec końców powiesz: kurczę, dobrze było poznać tego gościa.
Z takiej lekcji życia płyną mądrość, otucha i przestroga – rzeczy bezcenne w każdych czasach. Czytajcie więc Grzesiuka – bez cenzury!
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.