Tułaczka po obcej ziemi | Recenzja

P. Dąbrowski, Tułaczka po obcej ziemi. Wspomnienia więźniów łagrów sowieckich od marca do sierpnia 1941 roku

Obecność Armii Czerwonej na froncie II wojny światowej jest bardzo specyficzna. Na samym początku bowiem Sowieci stanęli przecież po stronie nazistowskich Niemiec. Po czerwcu 1941 roku nastąpiła zmiana sojuszy i ZSRR przyłączyło się do koalicji antyhitlerowskiej.
W tym momencie żyjący jeszcze więźniowie sowieckich obozów pracy zostali objęci „amnestią” i odzyskało wolność. Wielu z nich przez cały ten czas sporządzało coś w rodzaju pamiętnika, po to, aby ich los nigdy nie został zapomniany.

Prawie każdy kojarzy sowiecki łagier z perspektywy literackiej. Czytaliśmy przecież niemal wszyscy „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy „Archipelag-Gułag” Aleksandra Sołżenicyna. Ukazane tam obrazy niewątpliwie pozostają w wyobraźni i podświadomości czytelników
na bardzo długo. Śmiem nawet stwierdzić, że to właśnie kanony literackie na pewien sposób ukształtowały nasz sposób myślenia o tym, co działo się w tym naznaczoną wielką ludzką tragedią miejscu. Trzeba bowiem pamiętać, że zdecydowana większość z tych, którzy tam przebywali nie zasłużyło na to, aby się tam znaleźć. Jednakże radziecki system sądowy oraz penitencjarny niezwykle rzadko przywiązywał wagę do tego, co tak naprawdę miał na sumieniu podsądny i jakie pobudki nim kierowały. Wystarczyło wykazać jedynie chęć obalenia systemu czy władz i wyrok mógł być tylko jeden. Nie ulega również żadnej wątpliwości, że pobyt w takim miejscu przez dłuższy czas musiał odbić się na zdrowiu fizycznym i psychicznym więźniów, którzy w naturalnym pragnieniu ochrony własnego życia, posuwali się do czynów, których nigdy nie popełniliby
w normalnych warunkach.

Tyle w teorii, a jak ma się do tego praktyka? Tego właśnie dowiemy się z lektury rzeczonej książki. Narrację prowadzi w niej Piotr Dąbrowski, żołnierz Września, który trafił do sowieckiej niewoli po wkroczeniu czerwonoarmistów na ziemie polskie. Późniejsze wypadki potoczyły się w taki sposób, że trafił on do obozu w Kozielsku, z którego cudem wyjeżdża do obozu pracy nieopodal koła podbiegunowego. W obu tych miejscach warunki na pewno urągały ludzkiej godności i miały jeden jedyny cel – złamać człowieka i pokazać mu, że sam jeden w spotkaniu z aparatem władzy
i opresji nie ma żadnych szans. Myślę, że nie ma sensu opisywania głodu, beznadziei, tortur, okrutnego traktowania, wszystkich tych czynników, które były powiązane z tym, co składało się na obozową codzienność. Ale jedno trzeba zauważyć pobyt w takim miejscu sprzyja dwóm rzeczom
– umocnieniu charakterów i relacji międzyludzkich. To doświadczenie, którego nic nie jest w stanie zastąpić. Może to i absurdalne, ale prawdziwe.

Relację Piotra Dąbrowskiego można rozpatrywać w podziale na cztery kategorie: tę dotyczącą informacji geografii i faktografii, tę obrazującą życie codzienne jeńców, wskazującą odniesienia do rodziny i Ojczyzny oraz mające związek ze sferą psychiczną, wiarą a nawet humorem. Żołnierskie zapiski malują się ironią, pytaniami retorycznymi i rusycyzmami – związanymi wielką tęsknotą za krajem i najbliższymi. Warto też odnotować, że bohater nigdy nie traci nadziei na lepsze jutro. Obóz opuszcza po podpisaniu w lipcu 1941 roku układu Sikorski – Majski.

Wspomnienia, przeznaczone dla żony i córki są również doskonałym portretem psychologicznym sowieckich oprawców.  Na nieco ponad 60 stronach pamiętnika wyraźnie widać, do czego zdolni są ludzie owładnięci propagandą i przekonaniem o wielkości rządzących państwem kreatur, które w ich oczach urastają do rangi herosów. Nie działają oni jak ludzie, jak istoty myślące, lecz jak zaprogramowane roboty z rodzaju Homo sovieticus. Informacje przekazywane przez ogniomistrza Dąbrowskiego są niemal reporterskie – krótkie i treściwe, ale naładowane ogromną ilością emocji w niemal każdej literze i wyrazie. Znaczy to wiele więcej niż nawet najbardziej dokładne charakterystyki. Przy tym, stosowany tam język nie jest często reporterski. Przeciwnie mimo tak uciążliwych warunków, w których przyszło mu pisać, stara się notować w sposób niemal literacki, ładny, odpowiedni do słowa pisanego.

W tym miejscu wielkie podziękowania należą się Instytutowi Pamięci Narodowej oraz zespołowi ludzi, którzy przygotowali tekst do druku. Chciałbym zwrócić uwagę, że ogromną pomocą
w analizie materiału są wstępne rozważania o jego materii oraz tym wszystkim, co składa się na niego zarówno od strony językowej, jak i historycznej oraz faktograficznej. Sądzę, że jest to bardzo istotne dla przedstawicieli tego pokolenia, które nie pamięta już wojny i może mieć problemy
 ze zrozumieniem niektórych fragmentów, słów czy określeń. Zabrakło tam jedynie słowniczka słów pochodzenia rosyjskiego, który nie jest obecnie już tak powszechny.

Lektura  w swym całokształcie ze wszech miar spełnia kilka zadań jednocześnie – edukacyjny, kronikarski, a przede wszystkim historyczny. Jej zadaniem jest budzić sumienia tych, którzy nie chcą pamiętać z jakimi okropieństwami wiązała się wojna. Polecam im spojrzeć na zdjęcie umieszczone na okładce. Wyraz twarzy czterdziestolatka, zawiera w sobie każdy z tych dni które spędził tam, gdzie my na pewno nie chcielibyśmy się znaleźć. Niech to będzie moje memento.

Wydawnictwo: Instytut Pamięci Narodowej

 Ocena recenzenta: 5/6

Dominik Majczak

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*