Szymon Piegza, Mieli nas za opętanych. Historie nadużyć egzorcystów
Któż z nas nie lubi oglądać horrorów nawiązujących do pewnych praktyk religijnych. Chyba nie ma człowieka, który nie oglądałby „Egzorcyzmów Emily Rose”, „Konstantine” z Keanu Reeves’em, czy słynnego „Omenu”. Jednak rzeczywiste egzorcyzmy wyglądają mniej spektakularnie. Bardzo często, zwłaszcza w Polsce, obrzęd ten został mocno wypaczony, i zamiast pomocy, osoby dotknięte tym procesem, dodatkowo przeżywają kolejne traumy. O tym, z grubsza, jest recenzowana przeze mnie publikacja.
Egzorcyzm to według słownika PWN – „zaklęcie mające przezwyciężyć wpływ groźnych sił nadprzyrodzonych; 2. W Kościele katolickim: obrzęd liturgiczny mający na celu usunięcie wpływu szatana na jakąś osobę lub rzecz” (https://sjp.pwn.pl/so/egzorcyzm.html). Pod tym enigmatycznym wyjaśnieniem kryje się bardzo złożony problem, zarówno natury religijnej, jak i problem społeczny.
Obrzęd egzorcyzmów znany jest już od czasów najdawniejszych, i praktykowany był lub nadal jest w bodaj wszystkich religiach i wierzeniach świata. Mianem osób opętanych bardzo często opisuje się osoby dotknięte różnymi schorzeniami psychicznymi lub nabytymi traumami i urazami. Dlatego najczęściej osobę dotkniętą „opętaniem” kieruje się na terapię do psychiatrów, psychologów, czasem – do zakładów psychiatrycznych. Tylko nieliczne z przypadków faktycznie nie dają się logicznie wyjaśnić.
W niektórych państwach, obrzęd ten jest całkowicie zakazany (jak w Niemczech), ale są też takie państwa, gdzie stanowi on powszechną praktykę. W przypadku Kościoła rzymskokatolickiego proces egzorcyzmowania podporządkowany jest szczegółowym wytycznym. Jak to mniej więcej wygląda, można sprawdzić w hollywoodzkich produkcjach filmowych typu „Egzorcyzmy Emily Rose” czy w serii „Obecność” (oczywiście to pewne uproszczenie, ale na tyle rzetelne, aby mieć względne rozeznanie).
W Kościele katolickim, przynajmniej w teorii, obrzęd ten przeprowadzić może specjalnie przeszkolony do tego duchowny. W praktyce bywa jednak zupełnie inaczej. I właśnie o tym jest książka Szymona Piegzy pod tytułem „Mieli nas za opętanych. Historie nadużyć egzorcystów”. Pozycja ta wstrząsa, bowiem Autor pisze o wielu wynaturzeniach, które mają miejsce w polskim kościele.
Nie gojąca się rana
Książka pod wieloma względami jest oburzająca. To, co dzieje się w polskim Kościele katolickim wykracza poza zdrowy rozsądek, o czym mówią nawet sami duchowni. Dla mnie to niepojęte, jak można komuś wmówić, że spanie księdza z dwoma młodymi kobietami, ochroni je przed działaniem szatana. Jak podtapianie wodą święconą, gdy człowiek walczy o oddech, ma być przejawem zwycięstwa nad złym? Albo po co kobietom wciera się jakieś maści w miejsca intymne? Przetrzymywanie wbrew woli egzorcyzmowanego, aż do defekacji w spodnie, czy całkowitego wyczerpania fizycznego i psychicznego. Kto takich ludzi wybiera? Kto daje im władzę nad tymi, którzy przyszli prosić o pomoc?
Przecież to tortury, znęcanie się – psychiczne, fizyczne, powodujące nieraz całkowite wykluczenie ze społeczeństwa. Wszak osoba posądzona o bycie pod wpływem Lucyfera traci własną prywatność, prześladowana jest przez tych, którzy zwyczajnie boją się diabła. Bardzo chciałbym, aby to był tylko wytwór chorej wyobraźni, a jednak mój Kościół dopuszcza do takich co najmniej dwuznacznych sytuacji.
Bardzo często zdarza się, że osoba desygnowana przez biskupa na stanowisko egzorcysty nie posiada żadnego elementarnego przeszkolenia czy doświadczenia, które pomogłoby mu rozwiązywać ludzkie problemy. Niestety, często są to też ludzie z własnymi kompleksami, którzy w ten sposób starają się kompensować własne problemy emocjonalne, psychiczne oraz seksualne. Nie posiadają nawet elementarnej wiedzy z zakresu psychologii, czy szerzej – medycyny.
Niejednokrotnie ulegają dziwnym modom, które co jakiś czas wstrząsają Kościołem powszechnym. Nie wspomnę już nawet o teologii i procedurach, jakie są ustalone w tymże kościele, a które nie są w ogóle przestrzegane przez domorosłych „egzorcystów”.
Słowem – cały ten „biznes” jest jedną wielką kompromitacją dla instytucji Kościoła katolickiego, a także przechowalnią dla różnej maści oszustów, oszołomów, szarlatanów i zwyrodnialców. Tak, nie bójmy się tych słów.
Chyba każdy z nas pamięta „natchnione” kazania księdza Natanka, i jemu podobnych księży, którzy głosili swoje wydumane teorii, co powoduje opętanie. Muzyka heavymetalowa, wschodnie sztuki walki, lektura Harrego Pottera (ciekawe, że już David Coperfield nie opętuje) czy bajkowa postać Hello Kitty. Olejki eteryczne, medytacja (a tylu świętych do niej zaprasza). To tylko niewielka część tego, w czym, wedle osób opanowanych religijnym fanatyzmem, doszukać można się działalności Złego we wszystkim, co wydaje się dziwne, wyzwalające, zabawne, a nawet naiwne.
Walka z autorytetami
W publikacji pojawia się również wątek autorytetów – zarówno tych rodzinnych, jak i duchownych. W naszym kraju nadal pokutuje teza, iż rodzina jest najważniejsza, i że wszystko, co robią rodzice, jest dobre dla ich dzieci. Oczywiście to wierutne kłamstwo. Większość rodziców ma wprawdzie na celu dobro dzieci, ale nie wszyscy. Nie generalizujmy.
Dla niektórych, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, ważniejsze jest _ co powiedzą inni”. Są też rodziny, gdzie poziom wykształcenia wiąże się z niemal całkowitym podporządkowaniem się cudzemu „autorytetowi”, jako człowiekowi wykształconemu. Takie rodziny funkcjonują tylko za zgodą, przy pomocy wytycznych i przyzwoleń duchowych przewodników. Bardzo często w sutannach. Słowem – co powie ksiądz, jest święte. Nie ma żadnej dyskusji, żadnych wątpliwości. Ot co – wyrocznia boska, z którą się nie polemizuje, tylko wykonuje polecenia.
Tak samo bywa z powagą instytucji księdza, który często stara się stawać się panem moralności, lokalnym dyktatorem, który nadaje ton nie tylko życiu wiernych, ale i wszystkich, którzy znajdują się w jego parafii. To nasze dziedzictwo kulturowe powoduje, iż wielu duchownych nie tylko tworzy wokół siebie zamknięte społeczności, ale i dopuszcza się nadużyć na wielu polach, począwszy od przeinaczania nauki teologicznej Kościoła, przez jawny handel „kościelnymi dobrami”, na przemocy i wykorzystywaniu psychicznym i seksualnym kończąc.
Problem ten jest dosyć spory, ale w polskim Kościele brak chęci i praktyki, by z tym walczyć. Niestety, nadal rządzi etatowa solidarność i chęć zamiatania wszystkich skandali pod dywan. Przykładów można byłoby przytoczyć sporo więcej, i to nie tylko mówiąc o samych egzorcyzmach.
Opętani samotnością, skrzywdzeni przez wspólnotę
W książce „Mieli nas za opętanych” poznamy trudne losy pani Natalii, Julii, Ireny, Renaty czy Agnieszki, które zostały posądzone o opętanie. To, co je spotkało, przechodzi ludzkie pojęcie. Bardzo często są to historie wielomiesięcznych, a nawet wieloletnich traum i zwyczajnych tortur. Osoby te poddawane były różnym wymyślnym „oczyszczeniom”, które mają niewiele wspólnego z obrzędem egzorcyzmowania. Wielogodzinne modlitwy, ubezwłasnowolnienie, osaczanie psychiczne, pranie mózgu, molestowanie, podtapianie, a nawet gwałty… „Mieli nas za opętanych” to pozycja, która nie pozwoli wam pozostać obojętnym. Bo zwyczajnie, tak po ludzku – się nie da.
Jakie to wstrętne, gdy ktoś wmawia komuś drugiemu jak ma dobrze żyć, czy jest dobry, czy jak ma funkcjonować w świecie. Wstyd przyznać, że wielu niedouczonych księży zamiast pomagać tym, którzy przyszli prosić o wsparcie, o pomoc, oferują tylko pseudonaukowe, pseudoreligijne transformacje; których jedynym celem jest podporządkowanie sobie drugiego człowieka.
Jakie to wstrętne, gdy ktoś czerpie z drugiego człowieka tylko dla siebie, wypełniając własne emocjonalne braki, doprowadzając drugiego człowieka na skraj życia i śmierci. Pisząc tę recenzję, długo zastanawiałem się, czy przytoczyć wam urywki poszczególnych wspomnień ofiar „egzorcystów”. Ale nie umiem wybrać, wszystkie te relacje są równie ważne. I równie wstrząsające.
Publikacja mocno mną wstrząsnęła, bo myślałem, że to już problem, z którym Kościół dawno się rozprawił. Ale po lekturze wiem, że jest wręcz inaczej. I nie umiem się pozbierać. Nie wiem, czy nadal chcę uczestniczyć we wspólnocie, która jest opresyjna wobec osób w potrzebie.
Książka zawiera się na 320 stronach. To pozycja ważna, ale wstrząsająca. Po jej lekturze wasze spojrzenie na Kościół zdecydowanie ulegnie zmianie.
Wydawnictwo Znak
Ocena 5/6
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Znak. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.