Siódma krucjata Ludwika IX. Nil pełen trupów, głód, choroby i katastrofa francuskiego króla w Egipcie

Siódma krucjata Ludwika IX. Nil pełen trupów, głód, choroby i katastrofa francuskiego króla w Egipcie

Rzeka niosła ciała, armia chorowała, a król Francji coraz głębiej grzązł w egipskiej pułapce. Siódma krucjata Ludwika IX zaczęła się od wielkich planów, ogromnej floty i wiary w zwycięstwo, a skończyła głodem, dyzenterią, niewolą i upokarzającym okupem. Egipt miał otworzyć drogę do Ziemi Świętej. Stał się miejscem jednej z najbardziej ponurych katastrof francuskiego średniowiecza.

Ludwik IX ruszył do Egiptu z armią, która miała zaplecze, ludzi, pieniądze i ambicję wykraczającą daleko poza zwykłą wyprawę wojenną. W Damietcie początek wyglądał obiecująco: miasto zostało zajęte niemal bez walki, a we Francji zwycięstwo przyjęto z triumfem.

Problem zaczął się później. Zamiast szybko wykorzystać przewagę, król zatrzymał się w Damietcie na wiele miesięcy. W tym czasie Egipcjanie przegrupowali siły, umocnili pozycje i przygotowali teren pod starcie, które miało zatrzymać marsz Francuzów w stronę Kairu. Nad Nilem krucjata straciła impet, zapasy i zdrowie. Król, który wyobrażał sobie egipską przyszłość Francji, został pojmany, skuty żelazem i zmuszony do zapłacenia ogromnego okupu.

Rzeka była pełna trupów. Francuzi i Egipcjanie przyglądali się, jak zwłoki, wzdęte i nadjedzone przez ryby, płyną z nurtem, gromadząc się przy niskim moście rozpiętym między dwoma obozami, wypełniając koryto „od jednego brzegu do drugiego, i na odległość rzutu drobnym kamieniem”. Gdy ciała zaczęły gnić i cuchnąć, woda stała się niezdatna do picia, a powietrzem nie dało się oddychać. Król Ludwik zapłacił stu ludziom za wyłowienie zwłok. Usunięcie za toru zabrało im tydzień. Zbadano genitalia wszystkich zmarłych.

Tekst jest fragmentem książki Kapetyngowie, która czeka na Ciebie tutaj:

 Kapetyngowie

Nieobrzezanych pochowano w rowie wśród chrześcijańskich modlitw. Resztę uznano za muzułmanów. Ciała rzucono z powrotem do rzeki po drugiej stronie mostu, by spłynęły do morza albo stały się żerem węgorzy niestroniących od ludzkiego mięsa. Węgorze te, jak wspominał przyjaciel i towarzysz broni króla Jan z Joinville, były tego roku jedynym pokarmem francuskich wojsk podczas Wielkie go Postu, i sądził, że to ów pośredni kanibalizm przyprawił armię o ciężką chorobę.

Był luty 1250 roku i Ludwik tkwił uwięziony na brzegu Nilu, w połowie drogi między wybrzeżem a Kairem. Naprzeciwko miał silniejszą liczebnie i taktycznie egipską armię, która pozbawiła już życia jego najstarszego z jego braci, Roberta, wybiła kwiat templariuszy i odcięła krzyżowców od zaopatrzenia.

Król i jego żołnierze, ranni i niedożywieni, padli pastwą dyzenterii i szkorbutu. W swojej historii Ludwika i krucjaty Joinville wspomina, że mężczyźni „jęczeli jak rodzące kobiety”, kiedy cyrulicy usuwali im stoczone gangreną dziąsła, a sam król cierpiał na tak silną biegunkę, że dla wygody trzeba mu było odciąć tylną część spodni.

Kiedy Ludwik nakazał w końcu odwrót, próby przebicia się skutkowały jedynie śmiercią lub pojmaniem. Mniej cenni jeńcy, którzy odmówili przejścia na islam, byli zabijani hurtem. (Sam Joinville twierdził, że przeżył tylko dzięki temu, że podał się za kuzyna króla).

Lojalny wobec swoich ludzi Ludwik pozostał z tylną strażą armii podczas ucieczki na północ wzdłuż Nilu, został jednak pojmany 6 kwietnia po bitwie, w której tysiące Francuzów poniosło śmierć lub trafiło do niewoli, a święty sztandar Oriflamme został podarty na strzępy. Ludwika, tak chorego, że ledwie trzymał się na nogach, zaniesiono do domu pewnej damy z Paryża, która mieszkała w pobliżu, i pozostawiono na śmierć albo łaskę zwycięzców. Skuty żelazem i zagrożony tor turami zgodził się wypłacić olbrzymi okup i zwrócić swe mizerne egipskie zdobycze.

Jak do tego doszło? W sierpniu 1248 roku Ludwik, zostawiając Francję pod pieczą matki, wypłynął w towarzystwie żony, Małgorzaty, z flotą przeszło stu wielkich okrętów wiozących wielu najpotężniejszych baronów królestwa, około 2500 rycerzy, 5000 łuczników, 7500 piechurów oraz nieprzeliczoną rzeszę sług i ciurów.

Ponieważ jego próby zainteresowania tym przedsięwzięciem innych narodów spełzły na niczym, niemal wszyscy jego ludzie byli Francuzami. Armia przezimowała na Cyprze, gdzie sukces krucjaty wydawał się niemal zagwarantowany przez ogromne zapasy wina, zboża i pieniędzy, jakie zgromadził tam Ludwik.

Podczas pobytu na Cyprze na horyzoncie zamajaczył obiecujący nowy sojusz, kiedy król przyjął poselstwo Mongołów, którzy (rzekomo) nawrócili się na chrześcijaństwo i obie cali wspomóc krucjatę, atakując kalifa Bagdadu, a w każdym razie tak to zrozumiał Ludwik. Z Cypru krucjata skierowała się do Egiptu.

Siedziba sułtanatu Ajjubidów, który panował teraz nad Lewantem, kraj ten uważany był za strategiczną bramę do Ziemi Świętej, odkąd obrała go sobie za cel piąta wyprawa krzyżowa (1217–1221). Podobnie jak ta wcześniejsza, niefortunna ekspedycja, siły Ludwika rozpoczęły inwazję, schodząc na ląd pod Damiettą, gdzie jedna z odnóg Nilu wpływa do Morza Śródziemnego.

5 czerwca 1249 roku, poprzedzany przez krwistoczerwony sztandar Świętego Dionizego, Ludwik zeskoczył wprost do morza i przez sięgającą mu do pach wodę pobrnął w pełnej zbroi na plażę, gdzie na Francuzów czekał już oddział mameluków. Wszędzie wokół jego ludzie posuwali się z trudem przez płycizny, niosąc broń na barkach, niektórzy zmagając się z opornymi końmi, które nie chciały zejść z łodzi do wody. (Francuzi nie zapewnili sobie płaskodennych barek, nie mieli więc innego sposobu dotarcia na brzeg niż to żałosne brodzenie).

Mimo tych niepomyślnych początków krzyżowcy zajęli plażę przy znikomych stratach, po czym wkroczyli niemal bez walki do Damietty, w tajemniczych okolicznościach porzuconej przez obrońców. Uznali to za cud. Odnieśli zwycięstwo „nie siłą ani orężem”, jak stwierdził mistrz templariuszy, „ale za sprawą Bożej potęgi i łaski”.

Egipscy muzułmanie byli wstrząśnięci. „Była to straszliwa katastrofa”, pisał arabski kronikarz Ibn Wasil, „jakiej podobna ni gdy się nie wydarzyła […] cały Egipt pogrążył się w rozpaczy”8. We Francji zorganizowano uroczystości i procesje, a Blanka Kastylijska w triumfalnym nastroju informowała listownie Henryka III o zwycięstwie syna.

W Damietcie Ludwik popełnił jednak poważny błąd. Pozostało mu niewiele czasu do dorocznego wylewu Nilu uniemożliwiające go marsz w głąb kraju, ale zamiast natychmiast ruszyć ku kolejne mu celowi, zatrzymał się w mieście na ponad sześć miesięcy.

Zwłoka wynikała po części stąd, że czekał na przybycie ostatniego ze swych trzech braci, ale także stąd, że przybył do Afryki z zamiarem za puszczenia korzeni, być może nawet wyobrażając sobie, że w ramach krucjaty dokona aneksji Egiptu, tak jak jego ojciec trzydzieści lat wcześniej zaanektował Langwedocję. Na okrętach wiózł nie tylko broń i żywność, ale także sprzęt rolniczy, gdyż, jak wyjaśniał później naigrawającemu się z niego sułtanowi, „złożyłem ślub i przysięgę, że przybędę tutaj […], ale nie zobowiązywałem się do tego, że odejdę”.

Nawet znacznie później, kiedy Nil zatopił jego marzenia, wciąż snuł fantazje o egipskiej przyszłości, mówiąc skonsternowanemu Joinville’owi, że z pewnością przyjąłby godność sułtana, gdyby muzułmanie mu ją zaoferowali. Owa półroczna bezczynność w Damietcie pozwoliła Ludwikowi założyć tam (na krótko) biskupstwo i ufortyfikować miasto jako swoją bazę nad Nilem, ale też irytowała niecierpliwych młodych ludzi, którzy zabijali nudę bezowocnymi wypadami, odbierając impet krucjacie i dając wrogowi czas na przegrupowanie oraz umocnienie swoich pozycji.

Ekspansjonistyczne plany Ludwika co do Egiptu mogą też tłumaczyć kiepski wybór następnego celu wyprawy, kiedy w końcu wyru szyła z Damietty. Wielu z jego doradców zalecało atak na Aleksandrię, główny port Egiptu, leżący dwieście kilometrów na zachód wzdłuż śródziemnomorskiego wybrzeża. Gdyby Ajjubidzi stracili ją po utracie Damietty, mogliby się zgodzić na oddanie Jerozolimy w zamian za zwrot tych miast.

Była to wymiana, jaką zaoferowano dowódcom piątej krucjaty, kiedy mieli w rękach jedynie Damiettę, i taka sama propozycja padła albo ze strony Ludwika, albo wobec niego – w tej kwestii źródła muzułmańskie i chrześcijańskie są sprzeczne – kiedy jego wyprawa zmierzała ku klęsce.

Ale jeśli Ludwik naprawdę chciał nie tylko odzyskać Jerozolimę, ale także zdobyć Egipt dla Francji, wymuszenie ustępstw przez strategię opartą na kontrolowaniu wybrzeży nie zaspokoiłoby jego ambicji. Zadowoliłoby go wyłącznie zniszczenie centrum ajjubidzkiej władzy w Kairze.

I tak 22 listopada armia nie skierowała się na zachód wybrzeżem ku Aleksandrii, szlakiem, który pozwoliłby jej uzupełniać zaopatrzenie przez Morze Śródziemne, ale na południe, wzdłuż Damietty (odnogi Nilu) w stronę Kairu, tak jak wcześniej nieszczęsna piąta krucjata.

Szczególnie entuzjastycznym zwolennikiem kairskiego planu był ulubiony brat Ludwika, Robert. Jak stwierdził, „kto chce zabić szyb ko żmiję, musi ściąć jej głowę”. Ale Robert, na którego junackiej dumie krucjata ostatecznie się potknęła, mylnie ocenił sytuację.

Nie wziął pod uwagę, że Damietta stawiła tak niewielki opór z powodu politycznej próżni, która okazała się jedynie chwilowa. Sułtan był ciężko chory – prawdę mówiąc, zmarł tego samego dnia, w którym krzyżowcy wyruszyli do Kairu – jego syn i następca przebywał w Anatolii, a żona, potężna sułtanka Szadżar ad-Durr, nie przejęła jeszcze dowództwa nad mamelukami.

Robert dobrze znał nieszczęsny los piątej krucjaty, która załamała się, gdy armia weszła w pułapkę niemal dokładnie w tym samym miejscu, gdzie dwadzieścia osiem lat później Ludwik zmuszony był żywić się węgorzami trupojadami. Robert (słusznie) winił za katastrofę zignorowanie przez wcześniejszych krzyżowców dorocznego wylewu Nilu, który sprawił, że droga stała się niemożliwa do przebycia.

Jak pisał do matki, Blanki, był zdania, że „armia nie powinna opuszczać [Damietty], dopóki rzeka nie opad nie […], gdyż chrześcijanie doznali wielu krzywd w tym regionie przy poprzedniej okazji”. Sądził, że wymarsz przy niskim stanie wód za pewni większy sukces. Jak się okazało, płytki Nil oznaczał tylko, że zwinnym okrętom Egipcjan łatwiej będzie pokonać flotę większych jednostek Ludwika. Ale Robert nie żył wystarczająco długo, by się o tym przekonać.

Kiedy Francuzi tracili czas w Damietcie, egipskie siły fortyfikowały miasto Al-Mansura mniej więcej w połowie wybranej przez krzyżowców marszruty wzdłuż Nilu do Kairu. Chociaż armia Ludwika dotarła w ten rejon około Bożego Narodzenia, nie mogła zaatakować przez ponad miesiąc, ponieważ Al-Mansura leżała po drugiej stronie głębokiego kanału, który łączył się pod miastem z Damiettą – odnogą Nilu.

Ludwik nakazał przegrodzić kanał groblą, aby utworzyć przeprawę między oboma obozami. Prace przed ostrzałem nieprzyjacielskich machin osłaniały ruchome drewniane wieże. Egipcjanie jednak niszczyli groblę szybciej, niż Francuzi ją usypywali, wieże zaś spalili (wraz z załogami) ciskanym z machin miotających ogniem greckim, który eksplodował z hukiem niczym „piorun z nieba”, sprawiając, że Ludwik podrywał się na łożu i modlił o wybawienie, a Joinville oczyma wyobraźni widział smoki.

Francuzi rozebrali część swych okrętów, by zdobyć drewno na odbudowę wież, ale jedynym skutkiem było to, że spłonęły raz jeszcze, a prace przy przeprawie zostały zniweczone.


Tekst jest fragmentem książki Kapetyngowie Justine Firnhaber-Baker, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Rebis.

Fot. Zdobycie Damietty podczas siódmej krucjaty (BnF Français 13568 f.83)

Comments are closed.