Deszczowe Zakopane, dom wczasowy Hyrny i dzieci, które w pochmurne dni potrafiły doprowadzić dorosłych do granic cierpliwości. Wczasy w PRL próbowano dopasować do rodzin, wczasowiczów indywidualnych i osób korzystających ze zorganizowanego wypoczynku. Za świetlicami, skierowaniami i programem imprez krył się prosty problem: jeden model ośrodka nie odpowiadał wszystkim.
„W czasie deszczu dzieci się nudzą. To ogólnie znana rzecz…” – dziennikarka Danuta Sikorska nuci słowa piosenki śpiewanej przez Barbarę Krafftównę, spoglądając przez okno świetlicy domu wczasowego Hyrny na tonące w deszczu Zakopane. Sylwetki Tatr giną w strugach wody i wzrok kobiety sięga nie dalej niż do willi po drugiej stronie ulicy 15 Grudnia i otaczających je drzew. Ogólnie Sikorska jest zadowolona z wczasów. Tylko pogoda nie dopisuje. Ale poza pogodą wszystko jest na najwyższym poziomie. Danuta Sikorska wie, co mówi. Na co dzień mieszka w Warszawie, trochę świata widziała, a w samym Zakopanem też już zdarzało jej się bywać. Jeśli więc mówi, że Hyrny to ośrodek na poziomie, to tak musi być.
Należący do Funduszu Wczasów Pracowniczych obiekt został niedawno wy remontowany. Odświeżono elewacje, unowocześniono pokoje, które po prawie dziesięciu latach nieustannej eksploatacji prezentowały się niezbyt korzystnie. Do tego zmieniono wyposażenie świetlicy, tak że najmłodsi wczasowicze mogą być teraz zadowoleni. A jeśli dodać do tego zmiany organizacyjne, to okaże się, że dom wczasowy Hyrny jest zupełnie nowym miejscem. Pierwszy kierownik ośrodka, Jan Kuśmierski, wspominał, że początki były ciężkie.
Z jednej strony reklamowano go jako największy i najnowocześniejszy w całym Zakopanem. Z drugiej zaś nie popisał się wykonawca, Przedsiębiorstwo Budownictwa Ogólnego Podhale. A to psuło się światło, a to nie działały windy. Wszystko trzeba było poprawiać. Chociaż należy przyznać, że wczasowicze byli zadowoleni. Mieli do dyspozycji sto trzydzieści pięć przestronnych pokojów jedno‑ i dwuosobowych, każdy z prysznicem. Na piętrach były salki radiowo‑telewizyjne. Do tego jadalnia i świetlica, obie urządzone z dużym smakiem. Problemy zaczynały się jednak, gdy wczasowicze zapragnęli odwiedzić Hyrny wraz ze swoimi dziećmi. O tym nie pomyśleli ani projektanci ośrodka, ani kierownictwo.
Kuśmierski pamięta, jak pewna para przyjechała z dzieckiem, ale nie miała dla niego skierowania. Nie pomyśleli, jak widać, że brzdąc też musi mieć swój papierek. Na szczęście recepcja i kierownik stanęli na głowie i znaleźli dla malca łóżko. Gorzej, że niefrasobliwi rodzice musieli zapłacić za niego pełną stawkę, jak za dorosłą osobę, bez żadnych zniżek. Od jakiegoś czasu ulgi nie były już przyznawane przez Fundusz, lecz przez zakłady pracy, więc nie dało się w tej sytuacji nic zrobić.
Przy ładnej pogodzie milusińscy bawili się na dworze, chodzili z rodzicami na wycieczki. W czasie deszczu nudzili się jednak niemiłosiernie, biegali korytarzami, krzycząc i hałasując. Bezdzietni wczasowicze, którzy chcieli poświęcić pochmurne popołudnie na lekturę książki czy gazety, zaciskali zęby, gdy długim korytarzem Hyrnego przebiegał tabun rozbawionych kilkulatków. Podczas posiłków niosły się komentarze wygłaszane teatralnym szeptem, że „człowiek nie może wypocząć”, a „jak kto nie potrafi upilnować własnego dziecka, niech się nie pcha na wczasy”.
Danuta Sikorska wzrusza ramionami, słysząc opowieści sprzed dziesięciu i więcej lat. Teraz wszystko się zmieniło. W jadalni obsługa niczym w restauracji kategorii S. Jedzenie jest smaczne i kaloryczne (wcześniej zdarzały się skargi na jakość serwowanych posiłków). I rzecz najważniejsza: kierownictwo i instruktor kulturalno‑oświatowy opracowali bogaty program imprez. Tak bogaty, że praktycznie każdego dnia Sikorska ma dwie atrakcyjne opcje do wyboru. Ostatnio wraz z grupą wczasowiczów była na wystawie prac Władysława Hasiora, a wcześniej w Muzeum Tatrzańskim. I nad Morskim Okiem. W tym czasie dla dzieci zorganizowano bal, turniej ping‑ponga czy konkurs rysunkowy z nagrodami. W Hyrnym nikt się nie nudzi, ani dorośli, ani dzieci. Nawet w deszczowe dni.
Tekst jest fragmentem książki Remontownia ciał i dusz, która czeka na Ciebie tutaj:
W 1979 roku aż dziewięć milionów osób spędzało urlopy na wczasach krajowych opłacanych w siedemdziesięciu pięciu procentach z funduszy państwowych i zakładowych. Do tego należało doliczyć trzy miliony dzieci na koloniach i obozach. Jednym słowem, co trzeci Polak skorzy stał ze zorganizowanego wypoczynku. Ta ogromna masa ludzka była zbiorowiskiem jednostek o zróżnicowanych potrzebach, upodobaniach i możliwościach. Jak zatem można było w ogóle myśleć o jednym modelu wypoczynku?
„Nie może istnieć jeden typ ośrodka dobry dla wszystkich” – mówiła Grażyna Konsewicz z Instytutu Turystyki podczas sympozjum naukowego zorganizowanego w Spale dla uczczenia trzydziestolecia Funduszu Wczasów Pracowniczych. Należy wyróżnić, kontynuowała, trzy rodzaje ośrodków: dla wczasów rodzinnych, z pokojami trzy- lub czteroosobowymi i możliwością dostawienia łóżeczka dziecięcego, ze stałą opieką pielęgniarską i lekarską, żłobkiem, przedszkolem oraz innymi funkcjami typowymi dla domów wczasowych; dla wczasów indywidualnych, gdzie pokoje byłyby pojedyncze albo dwuosobowe, z łazienkami lub co naj mniej umywalką i toaletą; dla wczasów towarzyskich, gdzie dwuosobowe pokoje wyposażone byłyby w łazienki lub toaletę z umywalką, posiłki zaś wydawano by na zasadach obowiązujących w obiektach PTTK, co umożliwiłoby wczasowiczom swobodne planowanie aktywności w ciągu dnia. Potrzeb tych grup nie da się pogodzić w jednym modelu ośrodka wypoczynkowego, konkludowała Konsewicz. Zdaniem psychologów dla prawidłowego rozwoju dziecka wskazane jest spędzenie wakacji z obojgiem rodziców, zwłaszcza że ci na co dzień, przytłoczeni obowiązkami, mają mało czasu dla swych pociech. Nie można przy tym dopuścić do tego, by opieka nad dziećmi stała się „turnusową pracą”. Dobrze byłoby uwolnić matki od części obowiązków, pozwolić im wypocząć. Prostym i skutecznym rozwiązaniem byłoby organizowanie w obrębie domów wczasowych zajęć dla dzieci podzielonych na grupy wiekowe.
Problem wypoczynku rodzinnego z początku budził silne emocje. W realiach tworzącego się państwa socjalistycznego postrzegany bywał jako relikt burżuazyjnej rzeczywistości, ograniczenie nałożone na kobiety. Same kobiety były wprawdzie innego zdania, ale decydenci płci męskiej wiedzieli lepiej, co dla nich dobre. Już w latach czterdziestych związki zawodowe, zwłaszcza te reprezentujące silnie sfeminizowane branże, głośno upominały się o zorganizowanie wczasów dla matek z dziećmi.
Ich postulaty dotarły nawet na posiedzenie plenarne Komitetu Centralnego Związków Zawodowych w 1948 roku, kiedy to delegat (płci męskiej!) Związku Zawodowego Włókniarzy przywoływał przykłady domów wypoczynkowych, w których kobiety mogą wypoczywać wraz ze swym potomstwem. Powstały one jako oddolna inicjatywa środowisk związanych z przemysłem tekstylnym i cieszyły się ogromną popularnością. Komitet Centralny był jednak sceptyczny. Kobiety nie będą mogły w pełni wypocząć, jednocześnie zajmując się dziećmi, argumentowano. Ostatecznie jednak decydenci ulegli presji i już w 1950 roku zorganizowano pierwsze wczasy rodzinne.
Gdy na początku lat sześćdziesiątych badacze z Katedry Etnologii i Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego podnosili ten temat w rozmowach z wczasowiczami, padały różne opinie. Trzydziestodziewięcioletni robotnik transportowy uważał, że „aby dobrze się czuć na wczasach, na leżałoby pracownikom dać możliwość przyjazdu z rodziną do osobnych domów dla rodzin. Dla kawalerów powinny być domy osobne, bo oni mają inne zainteresowania”2. Będący jego rówieśnikiem ślusarz z Rzeszowa deklarował natomiast, że „na wczasy nie chciałby jechać z rodziną, bo by nie wypoczął”.
Rzecz znamienna – w materiałach i opracowaniach przeważały wypowiedzi mężczyzn. Głosy kobiet pojawiały się sporadycznie. Dysproporcję tłumaczy wypowiedź jednej z nich, trzydziestoparoletniej robotnicy z fabryki części rowerowych w Poznańskiem: „Od tego roku nie popuszczam żadnych wczasów. W poprzednich latach namawiali mnie, żebym pojechała. Ale cóż miałam robić, trzeba było dzieci pilnować”.
Jednak nawet gdyby kobieta udała się na wczasy rodzinne, które z czasem zaczęły być stałym punktem oferty FWP czy CRZZ, to najprawdopodobniej nie uniknęłaby konieczności całodobowej opieki nad pociechami. Żaden z organizatorów wypoczynku nie wprowadził specjalnego programu uwzględniającego najmłodszych, zdając się w tej kwestii całkowicie na inwencję kierownictwa poszczególnych ośrodków. W efekcie mało który obiekt mógł się pochwalić rozwiązaniami choćby zbliżonymi do tych, jakie proponowano w zakopiańskim Hyrnym.
Znacznie częściej najmłodsi pozostawali pod stałą opieką rodziców, a w naj lepszym razie – wraz z rówieśnikami korzystali z atrakcji oferowanych przez świetlicę i plac zabaw. Nic dziwnego, że nierzadko dochodziło do konfliktów pomiędzy dorosłymi, bezdzietnymi wczasowiczami a rodzi nami z dziećmi. Czy jednak mogło być inaczej, skoro w uchodzącym przez lata za wizytówkę Beskidu Jaszowcu „nie było ani wydzielonych przestrzeni, ani żadnej specjalnej oferty” dla dzieci?
Na szczęście ani pracownica fabryki części rowerowych z Wielkopolski, ani inni rodzice nie musieli już pilnować swoich pociech w czasie wakacji – zajęło się tym socjalistyczne państwo, zapewniając dzieciom możliwość wyjazdu na obozy i kolonie. Zorganizowany wypoczynek dla najmłodszych w systemach totalitarnych i autorytarnych miał, niczym rzymski bóg Janus, dwa oblicza. Pierwsze, dobrotliwe i uśmiechnięte, oferowało najmłodszym utopijną wizję rekreacji w harmonii z naturą. Drugie, ponure i zacięte, naznaczone było ideologią i propagandą.
Tekst jest fragmentem książki Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u, Błażej Ciarkowski, Wydawnictwo Czarne.
Fot. Domek letniskowy typu Brda na wystawie Budexpo, Warszawa, 1980
